top of page
prelegenci

Szymon Justyński – Prawdziwy Last Romantic Warrior


Jeśli kochasz brzmienie lat 80., wspominasz je z nostalgią, a w dodatku do cna zgrałeś taśmy z nagraniami George'a Duke'a, Jamiroquai, Earth, Wind & Fire, Toto, The Doobie Brothers czy Hirama Bullocka – musisz poznać Szymona Justyńskiego i jego najnowszy album. Ten chłopak to naprawdę ostatni romantyczny wojownik!


To wręcz fascynujące, że biały młody facet z maleńkiego cypelka południowej Polski ma w sobie tak niesamowitą, czarną, afroamerykańską duszę. W Polsce ta muzyka nigdy wszakoż nie miała łatwo – ani dobrej prasy, ani - być może przez to - gigantycznej publiczności. Ten bujający rytm chyba nigdy masowo nie wszedł nam w krew. Tymczasem Justyński udowadnia, że paszport i kod pocztowy nie mają w muzyce żadnego znaczenia. Funk i soul to gatunki tak mocno wsparte na emocjach i "feelingu", że natychmiast wydobyłyby z muzyka każdy fałsz. A u Justyńskiego nie ma ani jednego momentu, w którym czułbym się wpuszczany w funkowe maliny. Ma mój absolutny podziw.


Rodzinna krew i światowy groove


Ogromnie ważny na tej płycie jest skład. Za mikrofonem najczęściej słyszymy Igę Justyńską. Trzeba wspomnieć o jej bardzo dojrzałym i czystym głosie, który idealnie splata się z kompozycjami brata. Iga w języku obcym czuje się po prostu doskonale – słychać tu wyższość

młodszych pokoleń, które gadają i śpiewają po angielsku po stokroć lepiej od nas, bez grama wschodnioeuropejskiego kompleksu.



Ale Last Romantic Warrior to także światowe gwiazdy. Kluczową postacią okazał się Alex Bernath – świetny perkusista i przyjaciel Szymona. To on skontaktował go z Ray’em Greene’em. Ray ma siłę Corvetty w głosie i nie ma się co dziwić, że Carlos Santana bez wahania zatrudnił go u siebie (a wcześniej śpiewał przecież u legend pokroju Tower of Power czy Ricka Jamesa). Szymon nagrał wideo-demo, Alex podesłał je Ray’owi i tak chłopak z Bogatyni trafił do Ray Greene Band, grając kilkadziesiąt koncertów w całej Europie.


To był piękny dowód na to, że muzyka nie zna granic.



Klasyka gatunku i ogrom pracy

Znajomość z Ray’em otworzyła drzwi do kolejnej legendy – Marca Russo, saksofonisty znanego z Yellowjackets i The Doobie Brothers. Jego obecność na płycie to prawdziwa wisienka na torcie. Szczególnie słychać to w utworze "No Ordinary Moment" – jest on bujający, ale jednocześnie emocjonalnie mocny, okraszony klasyczną do szpiku zagrywką i genialnym solem saksofonu Russo.

Na tym albumie naprawdę jest czego słuchać – to potężna dawka muzyki, bo Szymon zmieścił tu aż 19 utworów, nad którymi pracował pieczołowicie przez dwa lata. To nie jest produkt z taśmy, to album przemyślany w każdym detalu.

Ostatni na płycie kawałek pokazuje przy tym, że Szymon jest artystą w pełni świadomym i wie, że nie wybiera miękkiej drogi. Utwór "Lonely Cowboy" brzmi jak manifest kogoś, kto idzie pod prąd:


You gotta just feel what's wrong with love? / You gotta be free To still move on / I'm tired Of letting you in / I'm facing Lonely road...


(Musisz po prostu poczuć, co z tą miłością jest nie tak? / Musisz być wolny, by wciąż iść przed siebie / Mam dość wpuszczania cię do środka / Stoję u progu samotnej drogi...)


Ten "lonely road" to właśnie ścieżka ambitnego muzyka, który woli rzetelny, szczery groove od tanich kompromisów.



Walka o duszę w cyfrowym świecie

Zresztą o tym, dlaczego artysta w ogóle nazwał się „Ostatnim Romantycznym Wojownikiem”, najlepiej opowiedział on sam. Kilka tygodni temu w wywiadzie, jakiego udzielił mi dla portalu Jazzda.pl, zapytałem go wprost: Skąd w tytule nowej płyty ten „Ostatni Romantyczny Wojownik”? Czy to Twoje alter ego w świecie zdominowanym przez chłodne, cyfrowe brzmienia?

Jego odpowiedź to w zasadzie manifest całej tej płyty:

Tak, to swego rodzaju alter ego - postać, która przez muzykę pozwala przeżyć emocje. "Wojownik", bo walczy z tym wyprutym z emocji modelem produkcji dzisiejszych "hitów". Robi muzykę, która pozwoli znów zapłakać, odlecieć, poczuć - i nie jest tak sterylna i idealna. W tym właśnie sensie romantyczna. "Ostatni", bo czuję, że coraz mniej jest miejsca na takie podejście w mainstreamie. Wszystko musi być wypolerowane, skwantyzowane, idealne technicznie, przekompresowane - ale gdzie w tym człowiek? Gdzie emocja? Gdzie ta niedoskonałość, która sprawia, że coś nas dotyka? Ja chcę robić muzykę, która ma duszę. Która nie brzmi jak algorytm. Która pozwala poczuć coś prawdziwego - nawet jeśli to znaczy, że gdzieś coś lekko "pływa", że wokal ma chropowatość, że bas ma ciężar. To jest walka o przestrzeń dla autentyczności w świecie, który coraz bardziej woli perfekcję nad prawdą. I "romantyczny" w tym starym, dobrym znaczeniu - ktoś, kto wierzy, że emocje są najważniejsze. Że muzyka to nie produkt, tylko most między duszami.

Last Romantic Warrior – album, który ma swoją premierę właśnie dziś – to niesamowity wehikuł czasu. Przenosi nas w najlepsze lata 80., ociekając autentycznym soulem i funkiem. Jeśli komuś w tym kraju uda się rozkołysać publiczność w tym rytmie, to tylko jemu. Szymon Justyński udowodnił, że jeden kontakt prowadzi do drugiego, ale bez szczerego talentu i "bebechów" do tej muzyki, nie byłoby tej magii.


Komentarze


bottom of page