Wrzesień 2025: Koza, Bowie i Ból. Przegląd Jazzowych Nowości.
- ROBERT KOZUBAL

- 12 paź
- 17 minut(y) czytania
Przygotujcie się na najgorętszy przegląd, bo wrzesień 2025 to był istny festiwal kontrastów. Oto rzeźnia na styku jazzu i krautrocka od Kimatiki, a zaraz potem "święta i potężna" orkiestrowa liryka od Øysteina Sevåga ("Lacrimosa"). A to dopiero początek!
Ten materiał to podróż, która łączy chaos z porządkiem z IKEI:
Zobaczycie, jak Gard Nilssen Acoustic Unity z fenomenalną Signe Emmeluth rozwalili tegoroczną Akademię Jazzu i zinterpretowali Paula McCartneya.
Jazz Filozofów i Bankierów: Odkryjecie The New York Second – projekt Haralda Walkate’a, który wjechał do jazzu prosto z Wall Street, by pisać muzykę inspirowaną tajemniczą fotografką Vivian Maier.
Legendy i Wielka Strata: Przetrwamy katartyczną żałobę u Donny’ego McCaslina (ten od Davida Bowiego), który znalazł w jazzie mechanizm przetrwania po stracie żony.
Hołdy dla Tytanów: Sprawdzimy, jak wychwalana przez samego Herbiego Hancocka Carmen Staaf prowadzi intymną konwersację z dorobkiem Theloniousa Monka i Mary Lou Williams.
Chaos i Beka: Uśmiejemy się z duńskim "bębniarza-anarchisty" Krestena Osgooda, który bawi się w Monka, pozostając w muzycznym związku od niemal 30 lat.
Echa Północy: Dotrzemy do Karla Seglema i Arve Henriksena, którzy zabiorą nas od medytacyjnego Bukkehornu po eteryczne, post-pożarowe poematy.
Wrzesień 2025 udowodnił, że jazz jest potężny, niejednoznaczny i absolutnie wolny. Zaczynamy!
COCHEMEA: Duchowe Fuzje i Afro-Funkowy Groove

Cochemea Gastelum to amerykański saksofonista, multiinstrumentalista i kompozytor, którego twórczość jest głęboko zakorzeniona w jego rdzennoamerykańskim dziedzictwie (plemię Yaqui). Jest kluczową postacią w nurcie łączącym funky jazz, afrobeat, soul i spiritual jazz z elementami etnicznymi i transowymi.
Ale to nie byle tamtejszy, bo współpracował z Amy Winehouse, Davidem Byrne, duetem hip-hopowym Run The Jewels i dziesiątkami innych. Zasłynął jako saksofonista w legendarnej grupie soulowej Sharon Jones & The Dap-Kings, co nadało jego solowym projektom wyjątkowy, organiczny groove, ale wciąż uwielbia wciąż improwizować.
Album "Vol. III: Ancestros Futuros" (Tom III: Przodkowie Przyszłości) jest kontynuacją trylogii, którą rozpoczął krążek "All My Relations" (2019). Tytuł doskonale oddaje jego koncepcję: płynne połączenie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Na tym albumie Cochemea idzie dalej w eksploracji swojej tożsamości, tworząc dźwiękowe światy, w których pamięć i spekulatywna historia splatają się z futurystycznymi wizjami.
Płyta ta wprawdzie stanowi hołd dla przodków, ale odważnie wybiegaj w przyszłość, dzieki czemu naturalnie prowadzi do fuzji inspiracji. Cochemea czerpie z duchowego dziedzictwa takich mistrzów jak Yusef Lateef czy Gato Barbieri, przetwarzając ich spuściznę w sposób hipnotyczny i transowy.
Muzycznie album manifestuje się jako mieszanka gęstych, medytacyjnych pasaży i dynamicznych, rytmicznych eksplozji. Artysta mistrzowsko wykorzystuje swoje instrumenty – głównie saksofon i flety – budując intymną, a jednocześnie ekspresyjną narrację. Każdy utwór jest wypełniony głęboko zakorzenionym, ekspansywnym dźwiękiem, który rezonuje z survivalem, rytmem i nieskrępowaną wyobraźnią. "Ancestros Futuros" to swoisty rytuał dźwiękowy – muzyka, która prowadzi słuchacza przez kosmiczny czas-przestrzeń.
DONNY McCASLIN: Most między Jazzem, a Gwiazdami

Donny McCaslin - amerykański saksofonista tenorowy i kompozytor, którego nazwisko stało się rozpoznawalne, kiedy jego zespół został wybrany przez Davida Bowiego. Ostatnia płyta legendy rocka, Blackstar (2016), była nie tylko jego pożegnaniem, ale i trampoliną do sławy dla McCaslina. Bowie celowo sięgnął po jego formację, aby nadać swojej płycie jazzowo-elektroniczny, mroczny charakter.
McCaslin jednak swoją pozycję w świecie jazzu, ugruntował znacznie wcześniej budując potężne, wirtuozowskie brzmienie, którego korzenie tkwią w tradycji post-coltrane’owskiej. W jego grze słychać echa Johna Coltrane’a, w niebywałej intensywności, długich, spirytualnych frazach i technicznej sprawności. No cóż - jak to z jazzmanami bywa - zaczął być szeroko, czyli poza światem jazzu, znany dopiero po wspomnianej współpracy z Bowiem.
A zasługuje na to o wiele bardziej niż inni, ponieważ McCaslin z biegiem lat z mistrza tradycyjnego jazzu stał się innowatorem. Jego solowe projekty po albumie "Blackstar" – takie jak "Beyond Now" czy "Blow." – stanowią fuzję organicznego saksofonu z syntezatorami, industrialnymi beatami i rockową energią. Jego muzyka jest obecnie synonimem awangardowego jazz-rocka, idealnie balansującego między melancholią a hipnotycznym rytmem.
Ta mroczna estetyka osiągnęła kulminację w albumie "Lullaby for the Lost" (Kołysanka dla zagubionych), który stał się jego najbardziej osobistym i katartycznym dziełem. Płyta ta jest muzyczną reakcją na konkretną, głęboką stratę – śmierć jego żony, Carol. McCaslin otwarcie przyznał, że muzyka była jego mechanizmem przetrwania, mającym pomóc w przetworzeniu żałoby. Jak sam mówił: "Chodzi o nadzieję… o to, by to wewnętrzne światło nie zgasło, lecz zostało przetworzone. To jest nauka kierowania bólu w coś znaczącego, nawet pięknego." Kołysanka w tym kontekście to nie utwór uspokajający, lecz melodia mająca pomóc odnaleźć drogę w mroku. Album celowo balansuje na krawędzi intensywnego lęku, który McCaslin określił jako "piękny lęk" ("beautiful angst").
KARL SEGLEM, CZYLI SPOKÓJ PÓłNOCY

Przenosimy się na daleką Północ, gdzie króluje norweski wirtuoz bukkenhornu - Karl Seglem, który wydał właśnie najnowszy album "Nordic Ro I". Ledwie rok temu zachwycałem się jego albumem "Path.Hope.Myth" bezkompromisowym połączeniem sztuki z aktywizmem – wyszedł z tego potężny, koncepcyjny jazz, którym Seglem rzucał kontrowersyjne pytanie: Dlaczego nigdy nie przestajemy chcieć więcej? POCZYTAJ POD LINKIEM
Seglem, saksofonista, kompozytor i poeta, jest jedną z najważniejszych postaci skandynawskiego jazzu, który stworzył zupełnie autorski gatunek określany jako world heritage folk jazz. Jego muzyka, czerpiąca inspirację bezpośrednio z norweskich krajobrazów, jest z reguły ekstrawertyczna, energetyczna i jest esencją eksploracji relacji między surową norweską tradycją a swobodną improwizacją. Tym, co czyni Seglema artystą unikalnym na skalę światową, jest jego maestria w grze na Kozim Rogu (Bukkhorn). Ten tradycyjny, ludowy instrument dęty, wykonany z naturalnego rogu, wnosi do jego jazzowych kompozycji element pierwotny, przejmujący i głęboko melancholijny, rezonując z surowym pięknem fiordów. Jednak najnowsza płyta "Nordic Ro I" (Spokój Północy) to świadome odejście od dynamicznej, improwizacyjnej esencji jazzowej na rzecz kontemplacyjnego ambientu. Album ten jest projektem głęboko medytacyjnym, który Seglem stworzył, by służyć relaksowi i praktykowaniu uważności (mindfulness). Zamiast typowych solówek, Seglem, we współpracy z producentem Alfem Magne Hillestadem, wykorzystuje pierwotne brzmienie starożytnych Kozich Rogów jako główne źródło melodyczne, łącząc je z prawdziwymi dźwiękami norweskiej natury – szumem wody, wiatrem i szeptem drzew. Tym samym "Nordic Ro I" staje się wyjątkowym, sonicznym dziełem, które ma działać kojąco i terapeutycznie.
ARVE HENRIKSEN: Wrześniowy Festiwal Duetów

Trzeba przyznać: Arve Henriksen to Najdelikatniejszy Trębacz na Ziemi. Używając trąbki, harmonium, elektroniki i eterycznego, falsetowego wokalu, stworzył unikalne, lodowato-ciepłe brzmienie, którego nie da się pomylić z nikim innym. Jego technika to esencja pauzy i oddechu, a trąbka w jego dłoniach zazwyczaj szepcze lub unosi się w górę jak dym.
Tę niezwykłą, uduchowioną wrażliwość Henriksen zanurza w mroku na swoim nowym albumie "After The Wildfire", nagranym z Janem Bangiem, mistrzem live samplingu i architekturą dźwięku. Album ten narodził się z zamówienia dla Skopje Jazz Festival i został rozbudowany ze studyjnego nagrania, które od początku balansowało "między gatunkami, jednocześnie ambientowe, folkowe i symfoniczne". Sercem dzieła jest dialog Henriksena i Banga, uzupełniony przez Eivinda Aarseta i Ingara Zacha, osadzony w bogatych, orkiestrowych teksturach. To medytacja nad siłą natury i nietrwałością ludzkich działań. Utwory budują sugestywne obrazy, a całość jest dźwiękowym poematem – tym, co pozostaje i migocze po ogniu, w idealnej harmonii ciszy i lęku.
Płyta jest głęboką medytacją nad siłą natury i nietrwałością ludzkich działań. Każdy utwór jawi się jako odrębna scena i "fragment przetrwania" po symbolicznym pożarze, budując sugestywne i paradoksalne obrazy. Otwierające "Seeing (Eyes Closed)" kreuje wizję wewnętrzną, gdzie trąbka unosi się nad upiornym pianolem, a napięte "Grassland" symuluje ciche polowanie na rozległym terenie. Album zaskakuje energią w "Pehlivan Fighters", które pulsuje suficką, ekstatyczną energią, oddając rytuał jako wspólnotowe święto ducha. Całość zamyka "Remnants" (Resztki), które pozostawia słuchaczowi jedynie "matowy blask, migotanie światła na ciemnej wodzie" – to, co ostatecznie przetrwało po ogniu. Album jest spójnym dźwiękowym poematem w cieniu nietrwałości.
Koniecznie trzeba wspomniec o liderze: Jan Bang jest jedną z najbardziej innowacyjnych postaci w dziedzinie live samplingu i elektronicznej obróbki dźwięku. Bang nie jest tradycyjnym muzykiem, lecz dźwiękowym architektem. Jego główną techniką jest przechwytywanie i zapętlanie dźwięków granych na żywo (przez Henriksena lub innych), tworząc natychmiastowo złożone, ambientowe, warstwowe pejzaże. Jest to stały partner Henriksena.
ALE TO NIE KONIEC. Arve we wrześniu jest zdubeltowany.

Efektem niebywałej muzycznej płodności Arve Henriksena jest kolejny wrześniowy duet, tym razem z holenderskim gitarzystą i kompozytorem Bramem Stadhouldersem, zatytułowany "Aemona". Stadhouders to muzyk, którego twórczość opiera się na złożonych, polifonicznych strukturach – jego domeną jest łączenie ascezy gitary akustycznej z mistrzowskim wykorzystaniem loopów i elektroniki, co tworzy dźwiękowy obraz jednocześnie intymny i bogaty harmonicznie.
To wydawnictwo, będące trzecim winylowym albumem Podium JIN, jest skierowane do kolekcjonerów i poszukiwaczy brzmienia wykraczającego poza gatunek – ukazało się w ręcznie numerowanej edycji 300 egzemplarzy. Nagrane przed publicznością w Galloway Studio, "Aemona" uchwyciła surową istotę improwizacji: żadnych dogrywek, tylko czysty, intuicyjny dialog dwóch mistrzów. Najdelikatniejsza trąbka na Ziemi, należąca oczywiście do Henriksena, szepcze i lamentuje, unosząc się nad ambientowymi, krystalicznymi fakturami gitary Stadhoudersa i subtelną elektroniką. Efektem jest płynny, medytacyjny pejzaż dźwiękowy, pełen etericznych, pasaży, które roztapiają się w ciszy. To krucha, krystaliczna kameralistyka – czyste pieśni ambientowe idealne do kontemplacji nordyckiej melancholii.
Ôtrium: Od Paryża do Klasyki Trio

Kontynuując przegląd jazzowych nowości września, po nordyckich medytacjach Arve Henriksena, przenosimy się do Francji, gdzie trębacz Quentin Ghomari wydał świetny album "Ôtrium - Deuxiéme Mouvement". Ghomari to jedna z najbardziej obiecujących i wszechstronnych postaci na francuskiej scenie współczesnej, absolwent prestiżowego CNSM w Paryżu. Jego styl to połączenie francuskiej elegancji i niezatrzymywalnej eksploracji, w ten sposób potrafi być kontemplacyjny i dziki, a jego brzmienie swobodnie operuje w szerokim spektrum ekspresji.
Album "Ôtrium - Deuxiéme Mouvement" (Ôtrium - Drugi Ruch) to powrót do kameralnego, klasycznego, choć niecodziennego dla trębacza składu trio, z Yoni Zelnikem na kontrabasie i Antoine Paganottim na perkusji. Ten album jest wyrazem oddania dla ekspresywności, spontaniczności i czystej radości z muzycznej wymiany. Płyta łączy kompozycje własne Ghomariego, jak oniryczna "La Part Des Songes", z reinterpretacjami jazzowych klasyków i standardów, co doskonale pokazuje jego silne zakorzenienie w tradycji i jednocześnie odwagę w poszukiwaniu nowych tekstur.
W efekcie otrzymujemy witalny i zdeterminowany współczesny jazz. Trąbka Ghomariego najpierw delikatna i oniryczna, za chwilę stacza się w gwałtowną, pełną pasji improwizację. Mimo kameralnego składu, muzyka jest pełna przestrzeni, a sekcja rytmiczna tworzy elastyczne tło, w którym Ghomari może swobodnie rozwinąć skrzydła, zachowując przy tym francuską elegancję i joie de vivre. "
KIMATIKA: Baryton w Oparach Shoegaze – Witamy w Rzeźni!

Ich muzyka to "wniknięcie we futurystyczny jazz, motorową propulsję, free improv i elastyczne kompozycje". To rzeźnia, co znaczy, że usłyszymy Prawdę przez hałas. Właśnie nagrali trzeci album pod tytułem "Etceteral", na którym nie biorą jeńców. A nazywają się Kimatika i pochodzą ze Słowenii – kraju zielonego, spokojnego, ale (jak widać) okazjonalnie bojowego, stanowiąc jeden z najbardziej intrygujących europejskich eksperymentów muzycznych. Zespół celowo zostawia słuchacza pomiędzy dwiema epokami i dwoma gatunkami – to "blend niepokornego free jazzu z krautrockiem", a ich surowość sprawia, że tęsknota za starą płytą Warp ustępuje miejsca pilnej potrzebie tańca.
Kimatika to Boštjan Simon (saksofon barytonowy, elektronika), Marek Fakuč (perkusja) oraz Lina Rica (wizualizacje, która jest kluczową, choć nie brzmiącą, członkinią tria). Lider Boštjan Simon mówi wprost, że "główny nacisk tym razem był na kompozycję, a nie na improwizację", dlatego to nie jest spontaniczna podróż, lecz struktura stworzona do rozsadzania.
Brzmienie "Etceteral" to czysty, miejski industrialny chaos, który jest "chrzęstem i brzękiem dźwięku ruchu ulicznego, podróży kosmicznych i ostatnią rzeczą, jaką słyszysz w ponury niedzielny poranek w Berlinie". Saksofon barytonowy Simona ryczy i warczy, ale jest też — co zaskakujące — "mglisty, czasami jak wokal na płytach shoegaze’owych", celowo cofnięty w miksie, by rozluźnić więzy, które wiążą ten zespół z jazzem. Pod spodem pulsują gęste i jaskiniowe basowe częstotliwości, a perkusja operuje polirytmicznymi zderzeniami i motoricznymi, krautrockowymi groove’ami.
Od otwierającego "Ljolo" z electro-squelchem rodem z policyjnego serialu z 2070 roku, aż po zamykającą, taneczną "Kaneda", album konsekwentnie buduje natychmiastowość z złożoności. To nie jest nostalgia za "pudłem Warp'a" sprzed lat, lecz nowy, pilny soundtrack do skomplikowanej teraźniejszości. To jazz dla "jazz headów", ale też dla tych, którzy od jazzu uciekają prosto w soniczny, bezkompromisowy atak. Słowem: RZEŹNIA!
Muzyczna Alchemia Sevåga: Spotkanie z Jazzem po 15 Latach

Album Øysteina Sevåga, "Lacrimosa", wydany przez Siddhartha Records, miał swoją światową premierę 5 września 2025 roku, a ja od pierwszego dnia, gdym go wysłuchał, nie przestaję o nim myśleć.
Dlaczego? Tytuł Lacrimosa oznacza "łzę" i odzwierciedla ducha projektu. Okładka albumu, przekazana przez NASA, przedstawia naszą piękną planetę zawieszoną w przestrzeni, niczym perła, kropla lub łza. Sevåg opisuje swoją muzykę jako przeznaczoną dla każdego, kto "potrzebuje ulgi, inspiracji lub odnowionej wiary w przyszłość w czasach, gdy świat zmaga się ze znalezieniem wspólnego gruntu". Idealny moment. Cała Europa zastygła przed jakimś fatalnym skokiem, a mój stary świat się kompletnie rozpadł, znikł, rozsypał. Zaledwie wczoraj byłem dzieckiem, a dziś mam ponad 50 lat, w dodatku rzeczywistość w której żyłem wówczas i żyję teraz to jakby dwie inne galaktyki czasowe.
I u licha, powiecie że bredzę, ale Sevåg to wie i on chce dodać mi otuchy, chce powiedzieć, że mój pierwiastek ludzki jest niezmienny i żebym traktował go jak busolę.
Muzyka na nowym albumie Øysteina Sevåga, Lacrimosa, jest zakorzeniona w zachodniej polifonicznej muzyce artystycznej, rozgałęziając się w rytmiczną improwizację z nutą nordyckiego charakteru. Rezultat jest melodyczny i polifoniczny, "święty, lecz potężny". Lacrimosa to pierwszy album studyjny Sevåga nagrany z zespołem od 15 lat. Tym samym kontynuuje on swój projekt "muzycznej alchemii": łączy europejską muzykę artystyczną z improwizacją, tworząc potężną, podnoszącą na duchu siłę. Z wykształcenia pianista i kompozytor w wielu gatunkach, w ostatnich latach Sevåg skupiał się na utworach kameralnych, orkiestrowych i chóralnych. Od 1990 roku muzyka Sevåga była wydawana na uznanych przez krytyków, nagradzanych albumach, dystrybuowanych na całym świecie przez Sony Music, Hearts of Space i Siddhartha Records.
Na albumie połączył siły "gwiazdorski norwesko-brytyjsko-niemiecki zespół", skupiający czołowe głosy ze świata jazzu i muzyki klasycznej, muzyków, którzy są równie swobodni zarówno w muzyce artystycznej, jak i w improwizacji. Kluczową rolę w tym niezwykłym składzie odgrywa brytyjsko-szwedzka fagocistka Emily Hultmark, znana jako dawna koncertmistrzyni zarówno w Londyńskiej Philharmonia Orchestra, jak i w Royal Stockholm Philharmonic. Dołączają do niej wieloletni współpracownicy Sevåga z projektu Global House (1995), w tym Bendik Hofseth (saksofon) i Rune Arnesen (perkusja), a także wybitne nazwiska, jak Mats Eilertsen (kontrabas).

Pełny, imponujący skład zespołu to:
Øystein Sevåg (fortepian)
Emily Hultmark (fagot)
Bendik Hofseth (saksofon)
Mats Eilertsen (kontrabas)
Rune Arnesen (perkusja)
Sara Övinge (skrzypce)
Hanne Moe Skjelbred (altówka)
Gregor Riddell i Elisa Herbig (wiolonczela)
Fame’s Symphony Orchestra (40 instrumentów smyczkowych, Orkiestra to North Macedonia Symphony Orchestra).
KRESTEN OSGOOD: "Evidence" – Bębniarz, Komik i Król Kontrastu

Kresten Osgood to jedna z najbardziej charyzmatycznych i eklektycznych postaci na europejskiej scenie jazzowej. W swojej rodzimej Danii jest prawdziwą instytucją. Ten niezwykły perkusista, kompozytor i improwizator jest artystą, który "odrzuca i całkowicie zawłaszcza" kategorie. Ma na koncie około 100 albumów i grał z legendami takimi jak Roscoe Mitchell, Paul Bley czy Sam Rivers, a krytycy podkreślają, że wnosi do muzyki "wielką dawkę dowcipu i energii". Jego występy często wykraczają poza samą muzykę: potrafi w środku koncertu zorganizować np. "talk show" o starych duńskich postaciach, udowadniając, że jazz to przede wszystkim komunikacja i żywioł. Osgood z najwyższym szacunkiem podchodzi do tradycji, ale w każdej chwili jest gotów ją wywrócić do góry nogami.

Choć nie stoi za nim żaden manifest ekologiczny (jak u Seglema) czy orkiestrowe zamówienie (jak u Henriksena), album "Evidence" idealnie wpisuje się w misję Osgooda, którą jest łączenie tradycji z awangardą. Muzycy interpretują szeroki wybór mniej znanych utworów klasyków (Monk, Mingus, Dolphy) oraz autorskie kompozycje lidera. To współczesny jazz, który jest poważny w intencji, ale wolny i pełen humoru w ekspresji. Jak to Osgood ma w zwyczaju, improwizacja i podejmowanie ryzyka jest tu na pierwszym miejscu, co stworzyło kolejne ponadczasowe nagranie, płynnie łączące surową spontaniczność z intymnością studia.
A teraz legenda płytowa: Kresten Osgood, ten charyzmatyczny bębniarz-anarchista, wykopał z głębi swoich archiwów prawdziwą perełkę: legendarne nagranie studyjne, które jest spotkaniem tytanów. Z jednej strony mamy zatem jednego z najbardziej legendarnych artystów saksofonowych Szwecji, Kristera Anderssona, a z drugiej ulubionego saksofonistę Danii, Jespera Løvdała. Cały ten szwedzko-duński saksofonowy konglomerat jest podparty sekcją rytmiczną najwyższej klasy, która potrafi grać zarówno z absolutną precyzją, jak i kompletną brawurą. Za fortepianem zasiada Heine Hansen, jeden z najwybitniejszych pianistów swojego pokolenia, a całe to towarzystwo jest betonowane przez rytmicznych partnerów, Thomasa Vanga i samego Krestena Osgooda, którzy są w muzycznym związku od prawie 30 lat! Ta grupa nie bawi się w nowości, lecz bierze na warsztat utwory wszech czasów, jak tytułowy "Evidence" Monka, "Johnny Come Lately" Strayhorna czy piękny "I Get Along Without You Very Well" Carmichaela. To jest piękny dokument.
Pianistyczna Konwersacja: Staaf, Monk i Williams

"Carmen Staaf jest znakomitą pianistką jazzową, która ma równie duży talent do komponowania, orkiestrowania i aranżowania... nieustannie wykracza poza historię i nie boi się wkraczać w nieznane i stawiać sobie wyzwania w każdej chwili. Czeka ją świetlana przyszłość" – te słowa Herbiego Hancocka w pełni oddają status artystki. Staaf to postać, której nie można zignorować, absolwentka prestiżowej Juilliard School oraz pianistka i dyrektorka legendy – Dee Dee Bridgewater (NEA Jazz Master).
Staaf z prędkością pocisku pnie się w górę na nowojorskiej i światowej scenie jazzowej, będąc jednocześnie aktywną w samym kotle improwizacji, jakim jest Nowy Jork.

Jej album "Sounding Line" to autorski projekt, który jest zwięzłym dowodem na jej dojrzałość jako liderki. To muzyka, która eksploruje subtelne terytoria współczesnego jazzu, kameralistyki i piosenki autorskiej. Choć projekt jest głęboko introspekcyjny – tytuł Sounding Line (linia sondująca) sugeruje właśnie poszukiwania i zgłębianie – Staaf nie unika tradycji. Jej utwór "Day Dream" jest pięknym hołdem złożonym The Great American Songbook, co dowodzi, że wirtuozeria fortepianu może służyć narracji i liryzmowi.
Największym kluczem do jej wrześniowego albumu "Sounding Line" jest fascynacja dwójką absolutnie bezkompromisowych geniuszy fortepianu: Mary Lou Williams i Thelonious Monkiem. Carmen Staaf nie tylko czerpie od nich inspirację; jej płyta jest współczesną relacją o ich znaczeniu w historii jazzu. Staaf dorastała, zgłębiając język Monka, ale dopiero odkrycie ogromnego zakresu stylistycznego Williams pozwoliło jej dostrzec między nimi ukryte powiązania – wzajemne wpływy, brzmienia i harmonie. To nie jest zbieg okoliczności: Williams słynęła z organizacji w swoim harlemowskim mieszkaniu "salonów pianistycznych", gdzie spotykali się najlepsi, by dzielić się pomysłami. Monk z pewnością tam bywał. Staaf chciała wyobrazić sobie rozmowę między tymi dwoma gigantami, a najlepszym sposobem na to było wykonanie ich utworów w duetach, triach i kwartetach z jej znamienitymi muzykami (m.in. z Benem Goldbergiem i Dillonem Vado).
Program to zuchwałe spotkanie dwóch muzycznych światów. Całość otwiera "Scorpio" Williams, serwowany w duecie z trębaczem Ambrose'em Akinmusire – żwawa linia basu fortepianu i bluesowy fortepian nadają mu współczesny charakter boogie-woogie. Następnie, kanciasta melodia i linia basu "Bye-Ya" Monka wchodzą idealnie po Williams, wzmocnione funkowym swingiem energicznych bongosów. Z kolei "Libra" Williams ma słodko-gorzki smak, otoczony melancholijnym klarnetem Goldberga, podczas gdy "Monk's Mood" Monka dzięki wibrafonowi Vado nabiera otwartego i przestronnego, klimatycznego brzmienia. "Sounding Line" to nic innego jak pion, z którego wywodzą się nowe osiągnięcia, udowadniający, że historia fortepianu jazzowego wciąż rezonuje i inspiruje.
SPACE TRAVELERS UNION: "NEW BIRTH" – Refinement bez Utraty Iskry (I Niestety z Friselem)

Nie znoszę stylu gry Billa Frisella, więc z przykrością muszę stwierdzić, że wzorujący się na nim młodzi ludzie mają duży talent. Oto Space Travelers Union, którego lider Ryan Wheless bez ogródek przyznaje, że tworząc materiał do płyty "New Birth", czerpał mocno z triadycznej harmonii Frisella. Na szczęście, to jedyny minus. Reszta jest zdumiewająca. Po błyskawicznym debiucie, ten kolektyw z Arizony przeszedł przez piekło koncertów, dzieląc sceny z takimi legendami jak Echo and the Bunnymen, by elegancko i logicznie uosobić ideę rafinacji bez utraty iskry. Ich nowy album to jaśniejsza i pełniej zrealizowana wersja pierwotnej koncepcji, która łączy unikalny nowoczesny jazz z elementami psychodelicznego rocka, ambientu i elektroniki w sposób, który jest immersyjny i przemyślany.
"New Birth" nie bierze jeńców. Oferuje zarówno klasyczne, melodyjne brzmienia (przypominające najlepsze momenty Herbiego Hancocka), jak i gorączkową, skumulowaną energię jazzową w stylu Charlesa Mingusa (choćby w utworze "Where Did I Put My Hokas?"). Sekcję rytmiczną, której perkusista i basista operują nieparzystymi czasami i złożonymi sygnaturami, uzupełnia rozszerzona paleta Rhodes, Oberheim i Juno, które budują warstwowy, psychodeliczny dźwięk. Od kosmicznego funku po reinterpretację tradycyjnej amerykańskiej pieśni "Shenandoah" w epickim finale – ten album ma wszystko. Wybitnie mi się podoba, jest to jedna z najmocniejszych wrześniowych nowości i polecam się w nią zagłębić – bez względu na to, czy lubicie Billa Frisella, czy nie.
GARD NILSSEN ACOUSTIC UNITY: "GREAT INTENTIONS" – Dekada, która Rozsadziła Trio

Jeśli ktokolwiek pyta mnie, kto moim zdaniem najlepiej wypadł na tegorocznej letniej Akademii Jazzu w Łodzi, to bez cienia wątpliwości odpowiadam: Gard Nilssen Acoustic Unity. A to nie wszystko, bo ten bezkompromisowy projekt perkusisty – który jest, przypomnę, jazzowym żywiołem Skandynawii i regularnym członkiem kwartetu ECM Macieja Obary – powraca z nowym, jeszcze bardziej ambitnym albumem "Great Intentions" (Wielkie Zamiary).
Po dekadzie nagrywania i koncertowania jako jedno z najmocniej swingujących i najbardziej dynamicznych grup w Europie (Nilssen, André Roligheten na saksofonach i Petter Eldh na basie), chłopaki poczuli palącą potrzebę poszerzenia swojego muzycznego zakresu. I to jest najlepsza wiadomość! "Great Intentions" (wydany 26 września 2025) jest ich prezentem na dziesięciolecie istnienia i pierwszym albumem w nowej, pięcioosobowej formule.
Aby stawić czoła dzikim, wietrznym bóstwom norweskiego Zachodniego Wybrzeża, trio wynajęło Ocean Sound Studio i zaprosiło dwa potężne "żywioły natury", które już wcześniej gościnnie rozwalały sceny świata:
Signe Emmeluth (saksofon altowy, flet, perkusja) – To jest klucz! Fenomenalna Signe, którą tak uwielbiam, wnosi nieokiełznany ogień i jest idealnym kontrapunktem dla Eldha i Nilssena.
Kjetil Møster (saksofon tenorowy, perkusja, saksofon barytonowy) – Znakomity artysta, który uzupełnia sekcję dętą i dodaje jej potężną masę i ciężar.
Album "Great Intentions" jest płytą o komunikacji. O dobrych zamiarach, które poszły źle, i o wyboistych drogach, które nimi są wybrukowane. Słowem: o poczciwych zamiarach i oczekiwaniach, które kończą się totalną klapą (albo, w tym wypadku, fantastyczną muzyką!). Jakże mi znane są te klimaty, ta płyta o mnie.
Cały nowy kwintet wystrzelił na pełnych obrotach, ledwie inżynierowie zdążyli wcisnąć record w studio, a muzyka już szybowała w muzyczne sfery, migoczące jak zorza polarna. Artyści posunęli się nawet do zaaranżowania utworu Paula McCartneya - "Waterfalls" z albumu McCartney II.
THE NEW YORK SECOND: Kinematograficzny Jazz w Poszukiwaniu Zaginionej Historii

Na koniec września serwujemy jazz, który jest subtelny, wyrafinowany i kinematograficzny. The New York Second to projekt holenderskiego pianisty i kompozytora Haralda Walkate'a, którego piąty album – "Room For Other People" – czerpie inspirację z jednej z najbardziej fascynujących i tajemniczych postaci XX wieku.
Mowa o Vivian Maier, "fotografce-niani", której życie było tak niekonwencjonalne, że pośmiertnie zyskała status fotograficznego odkrycia stulecia. Maier przez niemal czterdzieści lat pracowała jako niania w bogatych domach Nowego Jorku i Chicago, a jej jedyną, głęboko skrywaną pasją było nieustanne fotografowanie ulic. Zostawiła po sobie dorobek ponad 150 tysięcy zdjęć – większość w ogóle niewywołanych – które są cenną dokumentacją życia miejskiego, pokazującą różnice rasowe, społeczne i intymne momenty napotkanych ludzi. Była samotniczką i obserwatorką, która nikomu nie pokazywała swoich prac, a świat dowiedział się o jej istnieniu i geniuszu dopiero, gdy jej archiwa zostały przypadkowo kupione na aukcji staroci pod koniec życia.
Ten jazz ma właśnie oddawać rytm i tajemnicę życia Vivian Maier. Walkate i saksofonista Tom Beek przełożyli czarno-białe zdjęcia zagadkowej nianio-fotografki na utwory. W składzie (m.in. trębacz Teus Nobel i wibrafonista Rob Waring) operuje się przemyślanymi melodiami i stonowanymi improwizacjami. Muzyka The New York Second naśladuje tempo życia miejskiego, ale jest też przejmująco intymna i cicha – tak jak sama Maier, która robiła zdjęcia, stojąc na uboczu.
Ale to nie wszystko. W świecie jazzu nie brakuje dziwaków, ale Harald Walkate (lider The New York Second) to ewenement. Ten człowiek to chodzący kontrast: swoją karierę zawodową rozwijał w świecie finansów i bankowości, specjalizując się w dziedzinie, która brzmi równie ekscytująco co menu w szpitalu – zrównoważony rozwój i finanse. Sam przyznaje z rozbrajającą szczerością, że praca w bankowości to świat pełen reguł, ale muzyka pozwala mu się z nich wyzwolić. Być może dlatego z humorem nazywa siebie "muzykiem jazdowym" – w domyśle: "muzykiem, który wjeżdża z zewnątrz, żeby narobić artystycznego chaosu, a potem wraca do liczenia zrównoważonych złotówek". Ten kontrast dodaje jego projektowi The New York Second autentyczności: to jazz filozofa, wyzwalającego się lirycznie.

Bo muzyka The New York Second to - w moim odczuciu - liryka właśnie. Walkate wprost cytuje Aldousa Huxleya: „Huxley uważał muzykę za sztukę zdolną do wyrażenia tego, co niewyrażalne”, co natychmiast nadaje tej płycie głębszy wymiar, pasujący do "poszukiwania zaginionej historii" Vivian Maier. Sam lider przyznaje, że inspiruje się pismami Huxleya, ale też, co jest prawdziwym smaczkiem, "Świętem Wiosny" Strawińskiego – łącząc tym samym literaturę i awangardową klasykę z jazzową improwizacją. Co ciekawe, zespół miał bardzo restrykcyjne zasady nagrywania: początkowo celowo postawili na muzykę, która "nie dotyka palców" (vingers z holenderskiego, czyli "bez solówek"), chcąc uchwycić orkiestrowy, płynny i eteryczny dźwięk, zamiast tradycyjnego bebopu. Dopiero później, już w trakcie nagrywania, "pozwolono im dotknąć palcami", co w końcu doprowadziło do powstania kilku solówek.
Dotarliśmy do mety!
Po kosmicznej, polifonicznej podróży z The New York Second – projektem filantropa-bankiera Haralda Walkate’a, który inspiruje się tajemniczą fotografką Vivian Maier – możemy spokojnie zamknąć ten najbardziej ekscytujący jazzowo wrzesień.
Mieliśmy wszystko: czysty, nieokiełznany ogień w "Great Intentions" Garda Nilssena Acoustic Unity (kwintet, który rozwalił Łódź i zaaranżował McCartneya!) oraz chaotyczną RZEŹNIĘ na styku jazzu i krautrocka od Kimatiki. Mieliśmy też liryczne, skandynawskie medytacje Arve Henriksena ("After The Wildfire" i "Aemona"), a także nowojorską klasę z licencją na głębię od Carmen Staaf, wychwalaną przez samego Herbiego Hancocka.
Wrzesień 2025 udowodnił, że jazz jest potężny, niejednoznaczny i absolutnie wolny.
A poniżej playlista 229 utworów - nowości z września 2025.



Od Rzeźni do Liryzmu, czyli dlaczego to robimy.
To, co właśnie przeczytałeś, to efekt kilkudziesięciu godzin przesłuchiwania płyt, zbierania smaczków i tropienia jazzowych legend. Jazzda.net nie jest o ładnych nutkach – jest o ogniu Garda Nilssena, filozofii bankiera-jazzmana Haralda Walkate'a i chaosie Kimatiki.
To jest pasja, która kosztuje czas, energię i pieniądze.
Chcesz, żeby ten ogień płonął dalej i żeby Twoja playlista była co miesiąc wypełniona takimi skarbami?
Twoje wsparcie to jedyny silnik napędowy dla tego bloga. Wpłać równowartość dobrego wina, craftowego piwa lub, jeśli musisz, kawy – i pomóż mi dalej tropić jazzowe szaleństwo.
Wszystko, co wpłacisz, przeznaczam na muzykę i rozwój tego miejsca. Kliknij poniżej. Dziękuję Ci bardzo!





Komentarze