Maciej Tubis: Recitalowa Samotność i stempel na Chopinie. Przed premierą albumu „SOLO”
- ROBERT KOZUBAL

- 1 dzień temu
- 4 minut(y) czytania

Maciej Tubis świeci własnym światłem, a nie odbitym. Nie szuka wzorca – on go tworzy. Obcujemy z zapisem, w którym czas zwalnia, a biografia łódzkiego pianisty domyka się w spektakularnej, artystycznej klamrze. Choć oficjalne spotkanie szerokiej publiczności z materiałem „SOLO” (Solo Live 2026) nastąpi dopiero 27 lutego, jazzda.net – dzięki przedpremierowemu dostępowi – może już teraz potwierdzić: nadchodzacy album to manifest dojrzałości łodzkiego pianisty. Album, choć jazzowy, to jednak wymykający się prostym klasyfikacjom. To ewolucja, której rytm warto poczuć.
Każda wielka podróż ma swój punkt wyjścia, często ukryty w małym, symbolicznym geście. Dla Macieja Tubisa był nim moment, gdy jako młody chłopak kupił swoją pierwszą jazzową płytę – legendarny cykl nagrań Oscara Petersona „Exclusively for My Friends”. Jest w tej historii niezwykły detal, który idealnie tłumaczy dzisiejszą drogę artysty: Tubis kupił ten album za pieniądze z nagrody zdobytej w jednym z konkursów chopinowskich organizowanych przez szkoły muzyczne, a były to czasy, w których nie było żadnego streamingu. Ba! Nie było nawet youtuba.
Można więc powiedzieć, że w najbardziej dosłownym sensie Chopin posłużył Tubisowi do odkrycia jazzu. Pieniądze zdobyte dzięki klasycznej dyscyplinie i wierności partyturze otworzyły drzwi do świata nieograniczonej improwizacji. Dziś, słuchając „SOLO”, widzimy w tym geście proroczą parabolę. Po latach sukcesów z Tubis Trio i eksperymentach z elektroniką, artysta wraca do samego fortepianu, by spłacić dług obu mistrzom – Petersonowi i Chopinowi – budując własny, zachwycający i w pełni autonomiczny świat.
Filozofia samotności: Linoskoczek i katedra z dymu
Zrozumienie wagi tego albumu wymaga uświadomienia sobie, czym w istocie jest fortepianowy koncert solowy. To najbardziej bezwzględna forma muzycznej wypowiedzi, jaką zna świat sztuki. Na scenie nie ma „bezpieczników” – nie ma sekcji rytmicznej, która przykryje pomyłkę, ani partnera, któremu można podać piłkę w chwili słabości.
Tubis na tej płycie staje się linoskoczekiem nad Wielkim Kanionem. Wchodzi na cienką linkę partytury bez siatki zabezpieczającej; każdy dźwięk to krok, a najmniejsze zachwianie barwy czy tempa grozi upadkiem w przepaść ciszy. To także operacja na otwartym sercu wykonywana na samym sobie – artysta musi być jednocześnie precyzyjnym chirurgiem dbającym o technikę i pacjentem wystawiającym swoją najgłębszą wrażliwość na widok publiczny.

Słuchając „SOLO”, ma się wrażenie obcowania z budową katedry z mgły. Muzyk zaczyna od fundamentów (pierwszych dźwięków), stawia kolumny i sklepienia, ale wszystko to wykonane jest z najbardziej nietrwałego materiału – z drgań powietrza. To walka o to, by ta misterna konstrukcja nie rozpadła się, zanim wybrzmi ostatni akord. Nie ma tu miejsca na fałsz; w samotności recitalu solo prawda zawsze Cię dogoni.
Podróż przez style: Od ambientowych igiełek po techniczny rozmach
Płyta „SOLO” jest naturalną kontynuacją drogi solisty, którą wytyczyły już dwie udane płyty: „All Your Fears, All Your Hopes” oraz „Into the Night”. Konstrukcja nowego albumu jest przemyślaną retrospekcją i rozwinięciem tych ścieżek.
Pierwszy fragment albumu to propozycja zdecydowanie mniej jazzowa. Jeśli już szukać dla tych pierwszych trzech utworów jakichś gatunkowych szufladek, to najbliżej im chyba do muzyki filmowej – choć przecież ta ostatnia rzadko bywa popisowym recitalem solo. Niemniej, słychać tu sporo repetycji i klimatów bliskich ambientowi. Nutki spływają na nas jak małe, lodowe igiełki, a jednocześnie ta muzyka koi i ociepla swoją melodią. To moment wyciszenia, wprowadzenia słuchacza w głąb tubisowego świata.
Potem jednak pianista zabiera nas w stronę dwóch bardziej rześkich i szybkich kompozycji z albumu „Into the Night”. Muszę to podkreślić z całą mocą: ta płyta moim zdaniem jest w Polsce absolutnie i niesprawiedliwie niedoceniona. To właśnie na niej Maciej pokazał ogromny rozmach i genialną technikę, odważnie sięgając po elektronikę i wypełniając nią przestrzeń oraz wyobraźnię słuchacza w sposób mistrzowski. Na „SOLO” te wątki powracają w wersji akustycznej, obnażone, ale równie potężne, udowadniając, że Tubis posiada rzadką umiejętność budowania gęstej, niemal orkiestrowej faktury samym tylko fortepianem.
Twarzą w twarz z Fryderykiem: Jazzowy stempel
Punktem kulminacyjnym albumu jest moment, w którym Tubis staje twarzą w twarz z Fryderykiem Chopinem. To ten sam Chopin, którego jako uczeń szkoły muzycznej ćwiczył tysiące razy, ale dziś interpretuje go jako dojrzały, silny muzyk posiadający własny, rozpoznawalny język i unikalną artykulację.

Przyznam szczerze: choć nie jestem wielkim fanem klasyki, to Prelude in E minor op. 28 no. 4, Nocturne in E minor op. 55 no. 1 oraz Mazurka in C major op. 24 no. 2 w wykonaniu Tubisa wycisnęły mi łzy z oczu. To nie są interpretacje – to „jazzowy stempel”, autorskie piętno pianisty, jego unikalny znak. Tubis nie „odgrywa” Chopina – on nim oddycha, nakładając na klasyczne ramy jazzowy styl, co czyni te utwory boleśnie aktualnymi i żywymi. To dowód na to, że prawdziwa sztuka nie zna granic czasu ani gatunku.
Barometr rozwoju: All Your Fears, All Your Hopes
Na koniec płyty wracamy do utworu „All Your Fears, All Your Hopes”. Co fascynujące, jest to już trzecia wersja tego kawałka na trzech kolejnych płytach Tubisa (po wersji z Trio i wersji elektronicznej). Ta powracająca melodia stała się swoistym barometrem jego artystycznego rozwoju. Każda kolejna wersja brzmi inaczej, niesie inny ładunek doświadczeń i emocji, spajając dotychczasową twórczość pianisty w jedną, logiczną i konsekwentną całość. To klamra, która pomysłowo domyka ten recital.

Maciej Tubis na „SOLO” udowadnia, że nie musi już nikogo gonić ani niczego udowadniać. Jeśli Oscar Peterson był inspiracją kupioną dzięki Chopinowi, to tą płytą Tubis spłaca dług obu mistrzom z ogromną nawiązką. To album bezkompromisowy, zagrany tak, jakby pianista był sam ze sobą, pozwalając muzyce po prostu przez niego przepływać. W dobie fast-foodowej kultury, Tubis serwuje nam dzieło wymagające, ale dające w zamian rzadkie poczucie obcowania z czymś absolutnie prawdziwym i osobistym.
"Misją Jazzdy muzyki przybliżanie jest. Muzyki, co skupienia, uważności i na nieznane otwartości wymaga. Jeśli rozmowy nasze cenisz i scenę polską 'odbrązawiać' dalej z nami chcesz, do twórców najciekawszych docierając – kawą wirtualną na buycoffee.to/jazzda.net wesprzeć nas musisz. Być tam, gdzie muzyka piersią pełną oddycha, każde wsparcie nam pozwala."





Komentarze