
Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Hyperlapse Jazzda, czyli jest nowe Slowly Rolling Camera
Jeśli chcesz przenieść się w inny wymiar, to ja już znam jeden dobry sposób. Ale nic za darmo. Cena: musisz troszkę przyhamować w biegu i poddać się lipcowemu rytmowi płyty „Silver Shadow” , świetnej grupy jazzowych kinomaniaków, czyli Slowly Rolling Camera . Bez obaw. I wprost mówię, że nie kupuję filmowego anturażu grupy, zupełnie nie przekonuje mnie cała filozofia wokół płyty, nie potrafię rozpoznać tych opisywanych przez zespół rzekomych odniesień muzyki do montażu filmowego, do jakiejś narracji filmowej, jakiegoś bohatera całej płyty. Wiem za to jedno: jeśli pozwolisz się unieść, to panowie z SRC zabiorą cię w chmury, na nieboskłon. Jak to zrobią? Słuszne pytanie. Ale wyluzujcie. Mają swoje sposoby, bo to stare wygi, jazzowi wyjadacze, muzycy pierwszoligowi. Grupie stuknęła dyszka, a to jest ich siódme dzieło długogrające. Od pierwszych taktów wiadomo, że nagrali płytę wymuskaną, wychuchaną, wypieszczoną. Po pierwsze dzięki niej świat zwalnia, choć kula ziemska kręci się tak samo, to jednak jakoś tak leniwie i naturalnie. `Bo pomimo trip hopowych połamańców rytmowych, które tu i ówdzie występują, jest to jednak album wyjątkowo spokojny, chwilami melancholijny, a miejscami mroczny. Początek „Rebirth” , pierwszego utworu z „Silver Shadow” , jest – przysiągłbym na drugie imię mojej matki – zagubionym i odnalezionym kawałkiem Pink Floyd. Aż duszno w nim od przydymionej końcówki lat 60., dopóty, dopóki saksofon zabiera nas w kilkutaktową podróż w czasie, umieszczając w samym środku gorącego lata 2024. Tytułowy kawałek pięknie łamie słuchaczowi kości trip hopem, pływającym wariacko wokół linii kontrabasu – i szczerze mówiąc, mnie ten związek wprost zahipnotyzował. Wyniosły kontrabas i padaczka triphopowa. Słuchałem tego szalonego marszu chorych na pląsawicę urzeczony, gdy nadsቹzedł „When The Sun Comes Out” i ze wszystkich stron spłynął atramentowy ambient. Daję słowo, psioczyłbym, do kroćset, psioczyłbym! Gdzie Rzym, gdzie jazz, gdzie ambient? Ale było tak błogo, tak dobrze, tak spokojnie! W „Beam” jest dużo melodyjnych dęciaków, troszkę miejsca na improwizacyjne kontrolowane szaleństwo, to przebój na tle innych kawałków. Główny temat wciąga, przyczepia się jak babie lato, więc im bardziej chcesz się wyplątać, tym silniej czujesz go za kołnierzem. A końcówka finałowego „Spotless Mind” jest uroczysta jak trzeba, choć ani trochę hymniasta. „Silver Shadow” trwa ledwie dwa kwadranse. Ale ta muzyka naprawdę potrafi zakrzywić czasoprzestrzeń, nie zdziwcie się więc, gdy pomyślicie, że od startu minęły godziny. Dodam zatem na koniec – głównie dla kolekcjonerów nikomu nic niemówiących nazwisk jazzmanów – że stały skład Slowly Rolling Camera: Dave Stapleton, Deri Roberts oraz Elliot Bennett (ech ta cudna perkusja) uzupełniają talenty Jaspera Høiby na basie, Josha Arcoleo na saksofonie, Stuarta McCalluma na gitarze i (mojego ulubionego ) Verneriego Pohjoli na trąbce.
- From thrash to jazzda, czyli Alonso Umaña Chan "Fo'nection"
Alonso Umaña Chan zaczął walić w bębny kiedy miał ledwie dychę na wątłym dziecięcym karku, czyli będąc brzdącem ocierającym jeszcze nos w rękaw. Pięć lat później napitalał już w meksykańskich zespołach thrash metalowych, co jak powszechnie wiadomo jest doskonałym treningiem siłowym, a wszak rzeźba na tym też korzysta. Na szczęście w porę wsiąknął w jazz, ale tamta nauka nie poszła w meksykański las - albowiem Alonso urodził się w Kostaryce, ale żyje od lat w Meksyku, choć szkoły kończył (a jakże!) w Niu Jorku, czyli tam gdzie trzeba, żeby się czegoś nauczyć, wpaść w odpowiednio złe dla jazzmana nałogi i nabyć prawa do wpisywania w CV, że jest kształcony w stolicy jazzu. Alonso zebrał świetny kwartet, z którym nagrał energetyczny album pod tytułem Fo’Nection. Ja uwielbiam kiedy pałker jest liderem, bo zazwyczaj w jednej ich kompozycji jest tyle zmian tempa i akcentów, ile u innych muzyków w całym dorobku. Jeśli więc lubicie, gdy w muzyce “dużo się dzieje”, nie ma nudy i sztampy, a w dodatku zasadniczo raczej jest szybko, zespół gna w szalonym galopie, zaś perkusista odjeżdża w popisach - to Fo’Nection z pewnością przypadnie wam do gustu. Ale, ale! Nie skipujcie wolniutkiego szóstego kawałka pt. Empathy&Ignorance , bo to nie żadna pościelówa! Wprost przeciwnie. Wsłuchajcie się, jak tam Umaña akcentuje, jak szuka i kombinuje. No, a w ostatnim kawałku Alonso pokazuje co mu zostało z thrashu, nie szczędzi zestawu. Utworku Caro’s Report trzeba słuchać głośno. Szkoda, że do Meksyku jest 10 tysięcy kilometrów, bo jak diabli bym chciał tego artysty posłuchać na żywo, może kiedyś założe se, jak inni, patronajta, żeby ludzie fundowali loty i Jazzda podróżowała służbowo. Tymczasem jest świeżutka płyta, z lipca - zatem, wciągajcie, bo trzeba.
- Koncerty GO GO PENGUIN
Fenomenalne brytyjskie trio w 2024 roku zagra dwa koncerty w Polsce: w Krakowie i Bydgoszczy. Ja zaś zapraszam na dwa inne: tegoroczny z Manchesteru i live z Paryża z 2017 roku. Koncerty Go Go Penguin potrafią być porywające. Go Go Penguin to ekstraklasa światowa. Muzycznie spadkobiercy Esbjörna Svenssona, stworzyli swój rozpoznawalny styl i mozolnie go dopieszczają. Ich muza jest energetyczna, nie stroni od melodii, pętli, elektroniki - jest dla wszystkich. Z jednej strony są zakładnikami swojej stylistyki, z drugiej jednak słuchacze po prostu ją uwielbiają. To jedna z tych grup jazzowych, które zapełnią każdą salę bez względu na liczbę miejsc. Krótko o Go Go Penguin: trio jazzowe z Manchesteru w Anglii, założone w 2012 roku. Zespół tworzą: Chris Illingworth - fortepian Nick Blacka - bas Rob Turner - perkusja. Koncerty go go penguin - MANCHESTER 2024 Koncerty go go penguin - PARYŻ 2017 Więcej informacji: Strona internetowa: https://gogopenguin.co.uk/ Facebook: https://www.facebook.com/Gogopenguin/ YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=DolDqHG6FSI
- Spokojny wiatr od morza
S.E.A. Trio tworzą doskonali muzycy z polskiego Wybrzeża. Zanim wydali płytę dali ten świetny koncert. Szukasz spokojnego jazzu? To obejrzyj go koniecznie.
- Gdy Marsalis gra Coltrane'a bogowie przed nimi klęczą
Podwójny Święty Gral. Arcydzieło i nadkoncert. Coltrane i Marsalis. Trzeba tego posłuchać przynajmniej raz w życiu. Boskie równanie z dwoma brylantami. Brylant pierwszy: płyta Johna Coltrane'a "A Love Supreme" jest w mojej ocenie najważniejszą płytą gatunku, zaś w opinii wielu bardziej osłuchanych ode mnie, kamieniem milowym jazzu. Wydana w 1965 roku, nagrana przez kwartet, w jeden lub dwa dni (zdania są podzielone, co i tak niewiele zmienia), święta płyta miłośników jazzu wykracza poza swój gatunek. Była jedną z ulubionych płyt hippisów. Brylant drugi: Brandford Marsalis, cudowne dziecko amerykańskiego jazzu, wirtuoz saksofonu i klarnetu, genialny brat genialnego brata Wyntona, otoczony wspaniałymi muzykami, wspólnie sięgają po "Love Supreme" i wykonują ją fenomentalnie: emocjonalnie, duchowo, a nie technicznie. To wszystko razem, na jednym koncercie w Amsterdamie jest, jak "Master of Puppets" dla fanów trash metalu i "Mała o, o!" dla miłośników piosenki chodnikowej. Gdyby zaś Państwo chciało posłuchać oryginału, czyli "A Love Supreme" na Spotify to zapraszam. Wszakoż jest to płyta, której poświęcano książki np. "A Love Supreme: The Creation Of John Coltrane's Classic Album", którą napisał Ashley Kahn, ze wstępem Elvina Jonesa, który bębnił w tamtej legendarnej sesji nagraniowej kwartetu Johna Coltrane'a.
- Jazz do tańca
Co ty gadasz? Do tańca? A jak! Zaprasza duet Okvosho. Ich album: „A place between us” to dowód, że nareszcie można. Ja to widzę tak: tworzący Okvosho bracia Georg i Christoph Kiss, czyli Jurek i Krzysiek Buziaczkowie poszli sobie jako widzowie na kolejny koncert jazzowy w swoim rodzinnym Zurichu. Było jak zawsze - cytując Borowieckiego z “Ziemi Obiecanej” - “doskonale, wybornie” albowiem muzycy dali z siebie wszystko, zagrane przez nich powykręcane kompozycje przypominały rwące górskie potoki wiosną, brzmienie było idealne jak alpejski poranek, a w harmoniach można było utonąć, jak w oczach szwajcarskich dziewcząt wypasających unurzaną w codziennym dobrostanie trzodę. Zachwycona widownia zastygła w zachwycie zamieniając się w jednolity monolit, by nie uronić nutki, nie stracić taktu, nie zgubić tempa. Jeden z drugim najwyżej poruszał stopą albo ledwo, ledwo pokiwał się w rytm. Po solówkach pojawiły się obowiązkowe brawa. Były bisy, a jakże. Ku zaskoczeniu wszystkich aż dwa! Po nich pachnący Szwajcarzy szwarkocąc pod nosem pochwały udali się do swych neutralnych domostw. Wprost czuło się, że koncert “doskonale, wybornie” się powiódł. Bracia Buziaczkowie także powiedli wzrokiem i słuchem po widowni. Wychodząc patrzyli jednak w czubki swego szwajcarskiego obuwia. Coś im w tym nie pasowało, coś im zgrzytało, coś było „nie teges”. Kiedy doszli co to było? Diabli wiedzą. Ale już wiedzieli, że dziwne było dla nich to, że na koncercie doskonale bawili się muzycy. I tylko oni. Postanowili wobec tego nagrać płytę, która na koncercie będzie „teges”, z muzyką jazzową, która pozwoli na pląsy publiczności. To wprawdzie historyczna rekonstrukcja mentalna, która zapewne nie wytrzymałaby próby „fakt czekingu”, ale tak łopatologicznie wyobrażam sobie moment narodzin pomysłu na płytę. Bo „A place between us” tylko przez pierwszą minutę plus dwadzieścia sekund jest albumem dla jazzowych purystów, gdy samotny saksofon wygrywa serenadę do gwiazd (dosłownie). Potem Buziaczkowie otwierają przed nami drzwi klubu, za progiem których króluje rytm i fajne melodie, a Jurek i Krzysztof zapraszają na parkiet. Ale nie szukajcie łatwizn, nie oczekujcie pioseneczek a’la Modern Talking? Pomyliliście lokal. Tu się gra dżaz. Tu są dęciaki, bardzo wyraźna linia basu, zwariowana ale delikatna perkusja. Tu jest nowoczesne samplowanie, tu są trip hopowe ucieczki, tu jest mnóstwo połamanych bitów. To jest muzyka oddychająca w rytm elektronicznego pulsu, wokół którego zespół buduje swoje młodzieńcze muzyczne napięcia, których tak brakuje starym wyjadaczom i które są ciekawsze od tiptop-owego jazzowego przetwórstwo-wytwórstwa. Jest to pomysł na granie długimi frazami, bez improwizatorskich szaleństw - po to, żeby się przy tej muzyce swobodnie pobujać na parkiecie. Bo dlaczego nie? POLECANE UTWORY Z PŁYTY Tu występują młodzi utalentowani muzycy, którzy albo przepadną w czasoprzestrzeni, albo wytyczą nowe trendy w muzyce jazzowej, które będą obowiązywać w niedalekiej przyszłości. Kto dziś zna te nazwiska: Dylan Fine (gitara), Zwide Ndwandwe (bass)? Bracia Buziaczkowie wykorzystali nowoczesne technologie i zaprosili gości z całego świata, aby wypełnili swoją dźwiękową wyobraźnią te pół godziny wspólnego misterium. Część muzyków nie przyjeżdżała do Zurichu. Zagrali partie w swoich krajach. oto więc stajemy chyba przed rzeczą najważniejszĄ: najnowsza płyta Okvosho to ucieczka od zatęchłego jazzu, który od czterdziestu lat bryluje na całym świecie. Bracia Buziaczkowie nie chcą go już grać, czują podskórnie, że idzie nowe i oni to nowe pragną Tworzyć. Jaka będzie to muzyka? Czy umrze, jak setki projektów, zmiażdżonych tym, czego ludzie chcą słuchać, czy jednak współtworzyć będzie zupełnie nowy jazz? Nie opowiem się po żadnej ze stron, ale namawiam was: sięgnijcie po tę płytę. Jest świetna. I dla każdego. DO tańca - nie do różańca.
- Czarujący Charles Lloyd
Rzucał jazz w cholerę i do niego wracał. Charles Lloyd. Ten koncert trzeba zobaczyć. To był świetny, zadziorny, bardzo potargany skład. Teraz, grając z The Marvels, nie ma już takiej iskry. Gigant saksofonu w wielkiej formie
- Album, który w 2023 podobał mi się najbardziej
Jestem bezradny, bo cokolwiek napiszę to i tak nie odda mojego zachwytu nad tą płytą. Zatem tylko: Polarity. Dan Rosenboom. Będzie krótko: Słuchałem jej idąc, jadąc, śpiąc, ćwicząc, leżąc, jedząc, robiąc zakupy, czytając, pracując i leniuchując oraz podczas kilku czynności, o których wstydzę się pisać publicznie. Przesłuchałem ją dziesiątki razy. "Rosenboom to fenomen" - to napisał Mark Swed, krytyk muzyczny z Los Angeles Times. Człowiek Który Się Zna. Rocznik 1945. Wiele słyszał, wie co mówi. Muzyka zespołu Dana Rosenbooma jest bardzo rytmiczna (rytm świetnie się tupie, klaszcze, podruguje) i zawiera idealną proporcję melodyki i bezkompromisowej improwizacji - co może nieco przeszkadzać nieprzyzwyczajonym uszom w odbiorze. Jednocześnie utwory z płyty są po prostu ciekawymi kompozycjami, nie stroniącymi od zapożyczeń popowych czy rockowych, dzięki czemu ucho chętnie się ku nim skłania. Czy wiecie co łączy Rodzinę Addamsów, Star Trek, Gwiezdne Wojny, Indianę Jonesa, Avatara? Infantylne scenariusze! Ok. Też. Ale miałem na myśli fakt, że łącznikiem jest Dan Rosenboom, którego grę na trąbce usłyszcie na ścieżkach dźwiękowych z tych filmów. Tych i dziesiątek innych produkcji Holywood, Zresztą sami popatrzcie (trzeba kliknąć na ramkę niżej) Dziwię się, że ani jednej recenzji tej płyty nie znalazłem po polsku w internecie, może była gdzieś w prasie i przegapiłem. Na pewno powodem tego stanu rzeczy nie jest żydowskie pochodzenie artysty. Może więc zwyczajnie podobała się tylko mnie, a inni uznali, że to ot, płyta jakich tysiące. Sprawdźcie kto ma rację, śmiało. I nie przejmujcie się ani dobrym wychowaniem ani starymi zasadami gościnności, krytykujcie mnie na moim własnym blogu.







