
Znaleziono 180 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Jazz, sroki, bobry i mordobicie
W czołowej albańskiej szkole wyższej, nobliwi, poważni i zasłużeni biolodzy, naukowcy i nauczyciele akademiccy skoczyli sobie do gardeł, wywołując regularną bitwę o sroki, ryby, bobry i jazz. Argumenty merytoryczne ustąpiły pałkom, pięściom i wskaźnikom - w zasadzie prali się po łbach czym popadnie. Interweniowała policja. Kilka osób zostało rannych. A wszystko przez urodzinowy prezent. Rektor błaga o litość Komisarz Ilil Cela (36 lat) trze dłonie zakłopotany, choć patrzy w oczy odważnie, wręcz wyzywająco. Twarz zdradza jednak, że mimo doświadczenia operacyjnego nie czuje się pewnie w towarzystwie reportera, stąd też obecność oficera prasowego. Zadaję pierwsze, dość ogólne pytanie, uzyskuję równie ogólnikową odpowiedź. Rzucam zatem kolejne, znów niezbyt szczegółowe, odpowiedź znów “na okrągło”. W końcu pytam: jak konkretnie brzmiało wezwanie? Cela nie mógł już kluczyć, więc spojrzawszy na czubki butów, westchnął i cicho zreferował, jak na egzaminie: Wezwał nas rektor uczelni, cały w panice, prosząc, a w zasadzie błagając o interwencje na terenie szkoły. Zaznaczył, że kilka osób jest nieprzytomnych, że być może nie żyją. Oficerka przyjmującą zlecenie sądziła, że był jakiś koncert rockowy na kampusie, więc rektor nieskładnie wyjaśniał, że awantura wybuchła na radzie wydziału biologii. Wtedy coś zaczęło w słuchawce strasznie walić, łomotać. Na nagraniu słychać, jak oficerka pyta: co to? Rektor nim się rozłączył rzucił: ratunku, przyjeżdżajcie, przyszli po mnie, drzwi długo nie wytrzymają. To o nią się pobili Valentina ma zniszczoną detergentami skórę na dłoniach, drobną figurę, rozbiegany wzrok, ale też bije od niej coś serdecznego, ciepłego, czuje się, że chropowate opakowanie skrywa życzliwą osobę. Wolałaby nie rozmawiać w ogóle, ale rzecznik prasowy przekonał ją, że wywiad pomoże uczelni zmyć niesławę. Warunek: wystąpi anonimowo, chociaż tu wszyscy wiedzą, że naukowcy wzięli się za łby o nią właśnie, Valentinę, lat 45, sprzątaczkę z najdłuższym stażem na Wydziale Biologii, którą wszyscy znają, pozdrawiają, traktują jak dobrą koleżankę albo ciocię. Jak zareagowała, gdy jej powiedzieli? Szok, przerażenie, strach przed zwolnieniem z pracy, myślałam, że mnie wsadzą do więzienia - oczywiście nic takiego nie miało miejsca, o awanturze podczas rady wydziału dowiedziała się następnego dnia, kiedy huczały już o niej wszystkie albańskie media, a o tym, że bezpośrednim powodem zajścia stał się prezent dla niej, opowiedziała jej dopiero policjantka, kiedy Valentina uparcie pytała po co ma składać zeznania, skoro nie ma z zajściem nic wspólnego, przecież podczas rady wydziału była w domu oglądała serial w TV. Pytam Valentinę o płyty, czy słuchała tych płyt? Odpowiada, że tak. Dopytuję o wrażenia. Valentina trochę wstydzi się, mityguje jak mała dziewczynka, mówi, że nie rozumie jazzu, to dla niej za mądre. Kończę spotkanie chcąc dociec, co jej zdaniem mogło być powodem, że ta historia tak fatalnie się skończyła. Valentina nie ma pojęcia. - To po prostu nie mieści się w głowie. Co nie mieści się w głowie? Posłuchajcie w skrócie. Najpierw na cotygodniowej radzie wydziału dr Edmond Shehu postawił wniosek przyznania nagrody dla Valentiny za wzorową, dwudziestoletnią pracę na wydziale. Wszyscy przyklasnęli - każdy jest z niej przecież zadowolony. Ustalono, że sprzątaczka dostanie premię jubileuszową, o którą wystąpi do rektora dziekan, a rektor chętnie się zgodzi, bo lubi i zna Valentinę. Rada wydziału zaś jednogłośnie postanowiła, że oprócz gratyfikacji finansowej kupi Valetinie prezent. Jaki? O to miała zadbać prof. Dervishi. I zadbała. Za tydzień, na kolejne posiedzenie, przyniosła płytę Stephana Crumpa pt. Slow Water, która miała być prezentem. Wówczas włączył się dr Edmond Shehu, który skrytykował niegrzecznie wybór profesor Dervishi, twierdząc, że zna tę płytę. Kłopot w tym, że jest jej podwładnym, a forma krytyki wywołała naturalny opór. Po krótkiej pyskówce rada wydziału postanowiła odłożyć sprawę na przyszły tydzień i z ulgą rozeszła się do domów. Po siedmiu dniach spotkali się ponownie, jednak wówczas dr. Shehu był uzbrojony w kontrpłytę Sarah Jerrom pt. Magpie i zażądał jej odtworzenia. Ale nie koniec na tym. W ciągu minionego tygodnia namówił kilkoro członków rady, by poparli wybór jego płyty przed prof. Dervishi. Tak się zaczęła albańska wojna biologów Najpierw dr Shehu argumentował, że jego propozycja jest lepsza, bo nie dość, że bezpośrednim powodem nagrania płyty była obserwacja przez autorkę zgromadzenia srok i wron wykonujących powietrzny, zimowy taniec, to przecież wydział jest najbardziej znany w środowisku naukowym z badań nad obyczajami ptaków miejskich. Prof. Dervishi zarzuciła w odpowiedzi podwładnemu hucpę, łamanie regulaminu rady (nie uprzedził o planie odsłuchu nowej kontrpłyty), a także niegodne naukowca umysłowe wstecznictwo, wszak to właśnie życie rzek, o czym jest płyta Stephana Crumpa pt. Slow Water stanowi gros obecnych badań wydziału na co idzie też najwięcej grantów, a poza tym, to właśnie rzeki są bardziej zagrożone, niż “jakieś miejskie sroki”. Zaczął się słowny, trwający prawie kwadrans ping-pong na coraz durniejsze argumenty, podnoszący wszystkim emocje do zenitu. W końcu jeden z adiunktów, bliski prof. Dervishi, wykrzyczał, że dr Edmond Shehu tak obstaje przy swoim, ponieważ jest zaangażowany uczuciowo, gdyż po cichu od lat podkochuje się w Valentinie! Tego było za wiele, zwłaszcza, że przed laty, kiedy byli jeszcze młodymi naukowcami Shehu odrzucił zaloty Dervishi - co było wydziałową tajemnicą poliszynela. Do tej pory nikomu to przeszkadzało. Do tej pory. Shehu uderzył pierwszy Pięścią. Jego stronnicy zaatakowali sekundę potem, także bez ostrzeżenia. Rozpoczęła się zażarta, wyrównana walka między naukowcami wydziału biologii. Rektor próbował wszystko załagodzić, ale ktoś go palnął w głowę skoroszytem, więc uciekł z sali. Prof. Dervishi leżała nieprzytomna, przygnieciona ławką, adiunkt został zaatakowany imitacją kości szympansa wyciągniętą z gabloty, polała się krew. W ruch poszły wszystko, co kto miał pod ręką: rzucali w siebie nawet modelami srok i wróbli. Jedna z grup pognała za uciekającym rektorem. Na szczęście agresorzy nie zdążyli wyważyć drzwi, rozbili tylko socrealistyczne posągi, które stały na rektorskim korytarzu od lat 50 tych XX wieku.. Przyjechała policja. Wszystkich, poza rektorem, skuto i odtransportowano do szpitali i na komendę. Tak oto naukowcy pobili się o jazz: płytę Stephana Crumpa pt. Slow Water, która opowiada o życiu bobrów, a także rzek w ogóle i jest inspirowana książką Water Always Wins Erici Gies oraz płytę Sarah Jerrom pt. Magpie (Sroka), której narrację wyznaczyły obserwacje zachowań miejskich srok oraz ich złożony świat. O krótki opis opis obu płyt poprosiliśmy blog Jazzda.net . Oto te charakterystyki: Biologiczne tropy, wiosna 2024, sięgnięcie po suity oraz jazzowe rodowody autorów - to wspólne mianowniki obu płyt. Dodałbym do tego wyjątkową dbałość o końcową jakość muzycznego materiału - jednak jest to ocenne. Reszta różni je diametralnie Rzeczywiście bardzo rzadko się zdarza, że jazzmani odwołują się tak wprost, jak Crump i Jerrom do biologicznych powodów nagrania swoich płyt. Wcześniej robili to z powodzeniem tylko John Luther Adams, Wadada Leo Smith i Ashley Fure . Owszem, natura jako taka bywa bardzo często przywoływana przez wrażliwych muzyków jazzowych w poszczególnych utworach, ale nie przypominam sobie, by stała się kanwą dla dwóch albumów wydawanych niemal w tym samym czasie. To znak, że oddziaływanie człowieka na naturę ma wpływ również na jazz. I to jest wspaniałe. W przypadku kontrabasisty Stephana Crumpa i jego płyty pt. Slow Water, bezpośrednim powodem jej powstania było zamówienie suity jazzowej przez jedną z amerykańskich fundacji. Crump poproszony został o oscylację tematu wokół książki “Woda zawsze wygrywa” pisarki naukowej Erici Gies. To książka o nowym podejściu do rzek, które w USA lansuje coraz silniejsza grupa o nazwie “Slow Water” właśnie. Ruch Slow Water zaczął swoją działalność od publicznego zadania rewolucyjnego pytania: czego chcą rzeki? Nikt przed nimi tej sprawy tak nie stawiał. Rzeka traktowana była jako martwy byt podlegający władzy człowieka, a ci nowi ekolodzy ju upodmiotowili. Zdaniem ekologów rzeki nie chcą tego czego pragnie cywilizacja ludzka, przede wszystkim zaś, nie chcą regulacji. To jest spór między potrzebami, a możlwiościami, spór który na razie wygrywa przemysł i konsumpcja, a przegrywają rzeki i ekolodzy. Od kiedy jednak zmiany klimatyczne stały się tematem dysput szerokiego nurtu medialnego, powoli stanowisko tych drugich staje się coraz lepiej słyszalne. Wróćmy do płyty. Fundacja trafiła doskonale. Po pierwsze Stephan Crump to doświadczony profesjonalny muzyk, filar wielu nowojorskich składów i zapalony edukator. Nagrywał i koncertował jako jedna trzecia uznanego tria Vijaya Iyera ,miał wiele własnych grup na przykład Rhombal z Tyshawnem Soreyem, Ellerym Eskelinem i Adamem O'Farrillem; Secret Keeper z MaryHalvorson; Rosetta Trio z Jamie Fox i Liberty Ellman, czy Borderlands Trio z pianistą Krisem Davisem i perkusistą Erikiem McPhersonem. Nawet jeśli te nazwiska niewiele Państwu mówią, zapewniam, że mówimy o świetnych muzykach. Ale to nie wszystko, ponieważ lider, Stephan Crump urodził się i wychował w Memphis nad rzeką Mississippi, rzeka i woda towarzyszą mu od zawsze. W wywiadach otwarcie mówi o wielu wyprawach trekkingowych czy ekstremalnych spływach kajakowych, w jakich brał udział. Gdy miał 13 lat przeszedł cudownie i jednocześnie brutalne doświadczenie - dwutygodniowy spływ kajakowy dzikimi rzekami Kanady. Woda jest mu bliska, więc ekologiczny temat suity z pewnością go pociągał. Slow Water to trwająca bez przerwy 67 minutowa suita, która rozwija się i powoli meandruje jak szeroka amerykańska rzeka. Część materiału została napisana, część jest zaimprowizowana w studio. Crumpowi towarzyszy duży skład, pięcioro artystów: z wyjątkiem wibrafonistki Patricii Brennan , z resztą zespołu współpracował rzadko lub wcale: puzonistą Jacobem Garchikiem , trębaczem Kennym Warrenem , altowiolistką Joanną Mattrey i skrzypaczką Yuniyą Edi Kwon . Majestatyczna i kontemplacyjna - to chyba najlepsza słowa oddające odbiór muzyki z tej płyty. Nie ma tam porywów, szybkiego tempa, muzycznych wirów, szalonych galopad instrumentalnych, jest sporo ambientu z udziałem żywych instrumentów, długich fraz, wspólnego grania, tworzenia swoistego grupowego pejzażu dźwiękowego. Sam autor wielokrotnie podkreślał, że z wiekiem coraz bardziej pociąga go idea zespołowego grania, w którym zacierają się granice ego. Jak na jazzmana, podejście dość oryginalne, choć ostatnio modne. Muzycy i krytycy od pewnego czasu poświęcają sporo uwagi zbytniemu odejściu od słuchacza, publiczności, skupieniu się na zagadnieniach technicznych. Slow Water to więc muzyczne doświadczanie kolektywu. Ale skąd bobry? Stały się Crumpowi bliskie po lekturze kolejnej książki, tym razem Kena Goldfarba o bobrach pt. “Eager”, Tak powiedział w jednym z wywiadów: – Tytuł mojej płyty to właściwie „Eager”. Przemysł futrzarski zdziesiątkował te zwierzęta do połowy XIX wieku. Kiedyś zamieszkiwały całą Amerykę Północną, a ich działalność spowalniała przepływ wody. Miasta chcą kontrolować wodę, gdy w naturalny sposób stara się ona rozszerzać, płynąc wolniej. Strona Stephana Crumpa https://www.stephancrump.com/ Z kolei suita Sarah Jerrom pt. Magpie (Sroka) jest bliższe jazzowi stricte. Przede wszystkim jednak Jerrom czerpała z zupełnie innego natchnienia i sięgnęła po odmienne rozwiązania techniczne. To już jej czwarta płyta. Poprzednie były równie udane, choć żadna nie dorównuje "Sroce" rozmachem. Na uwagę zasłużył z pewnością krążek z twórczością wybitnego poety Williama Butlera Yeatsa - The Yeats Project. Wszystkie płyty znajdziesz tutaj https://www.sarahjerrom.com/music Sroki? Na pierwszy rzut oka i ucha niedorzeczność. Skąd w ogóle tak dziwaczny pomysł na jazzową suitę? Sama artystka tłumaczy, że w styczniu 2018 roku obserwowała podczas burzy śnieżnej podniebny taniec wielkich gromad srok i wron. Tak się złożyło, że to nie był dobry moment w jej życiu ze względu na bolesne doświadczenie poronienia. Myślała w owym czasie o napisaniu muzyki przełamującej to piętno i tabu związanego z utratą ciąży. Urzeczona widokiem ptaków zaczęła pracować nad muzyką, w której narracji wykorzystała życie miejskich srok - jakkolwiek dziwnie to brzmi. Efekt: “Magpie” jest podwójnym albumem zawierającym osiemdziesięciosześciominutową suitę na rozszerzoną orkiestrę jazzową. W nagraniu bierze udział aż 22 muzyków (dla porównania: typowa orkiestra jazzowa z czasów Duke’a Ellingtona, jednego z najbardziej znanych liderów i kompozytorów jazzowych, liczyła 12 osób w 1927 roku, a następnie została powiększona do 14 osób w 1932 roku) co jest o tyle ciekawe, że płyta jest w 100 procentach stworzona, a więc finansowana przez Sarah Jerrom! Nie dziwi więc jej spójność stylistyczna i wysoka jakość brzmienia zespołu. To jest suita z tekstem, który śpiewa autorka, wspierana przez trzy inne osoby. Orkiestrą dyryguje Christian Overton. Muzyka jest zupełnie inna niż na płycie Stephena Crumpa: żywsza, rytmiczna, mniej improwizowana, choć nie całkowicie uwolniona od popisów solowych. Tekstu do zaśpiewania jest dużo, czasem ciąży to na materiale - choć jego autorka płynnie i zwinnie rozkładala akcenty tak, aby słuchacz mógł nie tylko śledzić treść, ale zachwycać się formą. Utwory są długie, niektóre bardzo: finał: “Crystallization (for R.)” trwa ponad 17 minut. Dużo na płycie soczystego prawdziwego amerykańskiego jazzu (choć Jerrom to Kanadyjka), ze zwrotami, zmianami tempa, skrętami, popisami solowymi. Obu płyt słucha się z prawdziwą przyjemnością, choć obu z zupełnie innych powodów. Tylko Valentina zostanie Skandal w Tiranie powoli milknie. Szkoła wraca do normalnych zajęć. Główny sprawcy bójki zostali zwolnieni z aresztów, ponieważ ze względu na zapis monitoringu nie mogą mataczyć. Nieoficjalnie wiadomo, że z wydziałem pożegna się większość kadry z prof. Prof. Dervishi i drem Shehu na czele. Czasem, coraz rzadziej, jeszcze skorzy do żartów studenci ubiorą szkielet w kimono do karate albo puszczają głośny jazz na korytarzach z dużych głośników na baterie. Valentina nadal sprząta korytarze wydziału biologii. UWAGA!!! WAŻNE!!! Szanowni Państwo Przedstawiamy powyższy materiał jako przykład głębokiej patologicznej perwersji dziennikarskiej. Robert K. autor tego artykułu całkowicie go sfabrykował. Zmyślił całą historię rzekomo po to, aby zainteresować czytelników jazzem. Nasz dział fakt czekingu z łatwością wyłapał te brednie. Jesteśmy za prawdą i tylko prawdą w mediach. Precz z takimi bzdurami. Niemniej, żeby pokazać Państwu do czego prowadzi brak regulacji tak zwanych mediów społecznościowych, publikujemy ten materiał. Ku przestrodze.
- Jazz z wami. I praojcosarmacją twoją
Cześć. Jestem Ryszard i zmienię oblicze tej ziemi. Tak powiedzieli mi ci, którzy prosto z przyszłej polskiej Praojcosarmacji zaczęli pewnego dnia lądować w mojej piwnicy, choć nie wiedzieli, że o mnie mówią. Jesteście pewnie ciekawi: jak to zaczęli lądować w piwnicy? Normalnie. Pojawiali się i już byli. Zresztą, czytajcie, bo im się należy. Tamtego pamiętnego popołudnia, kiedy zjawił się pierwszy z nich, siedziałem w mieszkaniu słuchając Entropia Ensamble i zastanawiałem się, kiedyż, ach kiedyż oni wreszcie nagrają drugą płytę, bo już mija pięć lat, jak byli rewelacyjnym debiutem i - jakby nie patrzeć - w tym debiucie stali się wielce doświadczeni, toteż sobie myślałem, że to taki najdłuższy debiut świata jest, że najwyższy czas być rewelacją, która potwierdziłaby swój niezwykły i niezaprzeczalny talent na kolejnym albumie. Podobno coś się kroi i będzie nowa płyta, więc się bardzo, bardzo jaram przypominając sobie tamtą. A muzycznie czad jest to wspaniały, normalnie jazz bez trzymanki. No i jest to nasz, rodzimy, łódzki czad. Z rozmyślań i słuchania wyrwało mnie pukanie do drzwi. Stukał Gawryło. Walił w tym swoim bezkompromisowym, popisowym stylu. Wyszedłszy doń ze zdziwieniem usłyszałem, że w mojej piwnicy ktoś przebywa i hałasuje. Wziąłem bejsbola, berettę i zszedłem w kazamaty sprawdzić zasadność skargi Gawryły. Owszem. Słowo stało się ciałem, gdyż rzeczywiście w mojej piwnicy ktoś przebywał i hałasował. Był to pijany Krzesimir Ogniomłot . Krzesimir hałasował, albowiem wychlał zapas moich nalewek i win domowych, które z pasją tworzyłem we współpracy z sumiennymi pracownikami firmy Browin, niech żyją w szczęściu i zdrowiu długie lata. Ale zastrzeżenie: gdy stałem przed drzwiami swojej piwnicy nie wiedziałem jeszcze, że Krzesimir to Krzesimir i że to on jest w mojej piwnicy i że wychlał. Wtedy tylko udawałem chojraka słysząc niezrozumiały bełkot dochodzący zza prowizorycznych drzwi piwnicznych i zastanawiałem się, jak ktoś dostawszy się do środka potrafił zamknąć je za sobą od zewnątrz na kłódkę? Trzeba było jednak działać, a nie rozmyślać, bo w pewnych rejonach naszego miasta najpierw się działa, a dopiero później (z pisanym dużymi literami EWENTUALNIE) dzwoni po policję. Mieszkałem właśnie w takim rejonie, zatem otworzyłem kłódkę i wydobyłem z użyciem bejsbola i okropnych przekleństw pijaniuteńkiego mężczyznę, który w odpowiedzi i przestrachu wylewnie dziękował mi za ocalenie życia, ponieważ - jak zapewniał - utknął w piwnicy mej nie ze swej własnej woli, tylko wykonując rozkazy. Przedstawił się i obiecał, że wyjawi cel swojej wizyty z przyszłości, jak wypijemy po kieliszeczku tego wspaniałego trunku z moich buteleczek. Wskazał je. Zabrałem schlanego do mieszkania. W ogóle się nie opierał się, zwłaszcza, że zgarnąłem też dwie ostatnie flaszki z półki. Dowiedziałem się od niego wtedy właśnie, że jest on Krzesimirem i przybywa z przyszłości, żeby powstrzymać degrengoladę i upadek swej praojcosarmacji, czyli Polski, bo tak będzie się nazywała oficjalnie w przyszłości. Musiał tylko dorwać i zniszczyć komputer pewnego człowieka, który prowadził blog jazzowy, tak bardzo popularny w przyszłości, że nieustannie buntował poddanych sarmatobywateli i poddane sarmatoobywatelki, szerząc jazz jako muzykę ludzi wolnych, ostatni bastion swobody. Tam, w przyszłości nie mogli go namierzyć, gdyż się przed nimi skutecznie ukrywał, więc praojcosarmaccy naukowcy stworzyli maszynę do cofania się w czasie, po to, by zdusić bunty w zarodku - i to właśnie było jego zadanie. Coś tam jednak pokiełbasili, jak to polscy naukowcy, bo zamiast na dworcu centralnym w Warszawie, bezpieczniacy praojcosarmaccy lądowali w mojej łódzkiej piwnicy, obok flaszek z winem i słoików z ogórkami oraz marynowanymi grzybami. O Krzesimirze nie warto długo rozprawiać, powiem tylko, że miał na lewicy fajną dziarę z symbolem walczącego sarmaty bohatera. Wytatuowali ją pracownicy specjalnych służb w ramach kampanii Neonatosarmacjatatoo . Taka dziara była obowiązkowo dobrowolnie tatuowana wszystkim niemowlętom praojcosarmacji tuż po urodzeniu, jako dowód opieki władz od kolebki i przypomnienie, że nie tylko matka, ale i ojciec liczą się w życiu rodziny, że tata jest jej filarem oraz filarem ojczyzny. Wzruszył mnie tym obrazem, bowiem przypomniałem sobie tatusia. Krzesimir zniknął jeszcze tego samego dnia z mego mieszkania, rzekomo w poszukiwaniu wspomnianego blogera, ale ja myślę, że był po prostu w ciągu alkoholowym. Machnąłem na niego ręką i wróciłem do swojego życia. Jakieś trzy tygodnie później Gawryło ponownie niepokoił mnie swym wymownym pukaniem, znów wskazując na piwnicę - Somsiad, ja tam se lubiałem wypić zanim spotkałem Ludmiłę na Tinderze, ale żeby kumpla po gorzole znowuż w piwnicy zamykać. Ludzie! Ludzie! Tak to być nie będzie somsiedzie kochany, bo une te pańskie kumple za bardzo marudne som - mówił Gawryło zerkając jednakże niechętnie i bojaźliwie na mojego bejsbola, którego znów użyć musiałem jako środka perswazji wobec kolejnego gościa. Tym razem w mojej piwnicy wylądował Bogumił Świętosław. Był trzeźwy, bo Krzesimir prawie wszystko wypił, a nowe się jeszcze nie nastrugało, oprócz tego Bogumił Świętosław zachowywał się grzecznie, przepraszająco i tajemniczo. Nie potrafił skryć ogromnego uczucia zdziwienia faktem, że znam cel jego wizyty w przeszłości. Mimo to wypytał mnie skrupulatnie o blogerów i o jazz. Troszkę mnie to skonfundowało, bowiem lubiłem jazz, toteż mogłem się popisać wiedzą przed gościem. Kiedym jednak uraczył go pięknymi utworami z tegorocznej płyty “Plays” świetnej saksofonistki Nicole Glover, widziałem, jak biedak się kurczy, a z każdym utworem coraz bardziej czerwienieje na licu. Przy arcywspaniałym, trochę swingującym, trochę zafrykanizowanym “Open or Close” trzymał jeszcze pion, gdy na nasze uszy spłynął kombinowany, bebopowo mięciutki, welurowy standard “The Fox”, zagrany z takimi fajnymi żeńskimi obłościami w brzmieniu, których panie nawet nie są świadome, a których my, faceci jesteśmy świadomi zanadto, zaczął lekko podrygiwać, ale z przerwami, jakby wolał wersję Harolda Landa, o co go w końcu spytałem, i zaproponowałem, że możemy posłuchać, bo też mam. Wówczas znieruchomiał, jak skuty lodem i wyznał, że właściwie to on nie przepada za jazzem. To w takim układzie, przy wolniutkim i nastrojowym “The A-Side” prawie się nie odzywałem, mając w nosie jego gust, to mój kwadrat w końcu, cnie? Ale nie gadałem, gdyż uwielbiam ten utwór. Milczałem też, bo to zniszczyłoby odbiór, a jest to misterny kawałek muzyki, gdzie kontrabas mozolnie buduje swoje struktury przy wtórze miotełek i talerzy, a po drugie nie miałem o czym gadać. W “One second, please” wjeżdża wibrafon, co na moim gościu zrobiło tak ogromne wrażenie, że zerwał się na równe nogi i chciał czmychać. Nie chciałem go wypuścić ot tak, jak byle kogo, Pozwoliłem płycie dobiec końca przez genialny melodyjny "I’ve Grown Accustomed to Her Face". Wtedy go wypuściłem. Zniknął w łódzkiej, ciemnej jak Abramka przed reformą Balcerowicza, nocy. Coś mi mówiło, że niebawem pojawi się kolejny praojcosarmata w poszukiwaniu wolnego i swobodnego blogera. Na wszelki wypadek więc zainstalowałem sobie w piwnicy alarm i kamerkę. Nie czekałem długo. Po kilku tygodniach dosłownie wyskoczył ze ściany piwnicy waląc łbem w taczkę, co tam jeszcze po tatusiu stała w pionie. Szybko doń zbiegłem. Tym razem przysłali chudego i dobrodusznie wyglądającego ofermę, Gerwazego Ostrogniewa. W mieszkaniu opatrzyłem mu zakrwawiony łeb i przeprowadziłem eksperyment z użyciem ostatniej, wspaniałej płyty Issaha Colliera "The Almighty". Udając, że nic nie wiem, że niczego się nie domyślam zaatakowałem go znienacka dźwiękiem. W pokoju rozeszły się jazzowo-spirytualne, ostro odjechane, rozwleczone w czasie i przestrzeni, hipnotyczne, hipisowskie, niedzisiejsze utwory Colliera w duchu Alice Coltrane i nurtu spiritual, gdzie dźwięk wspina się ku nieboskłonom, jak gotyckie katedry chwaląc ducha muzyki. Przy “Duality Suite”, w którym saksofon bez cienia litości wwierca się w mózg, pianista szaleje jak natchniony, bas nadaje kosmiczne tempo, zaś perkusja leci na złamanie karku - wszyscy razem więc unoszą się w niebotycznym szaleństwie grania free, mój gość skurczył się, zmalał i jak dziecko zaczął zatykać uszy. A więc to tak! On bał się tego słuchać, jego oczy jak złotówki błagalnie prosiły o litościwą przerwę, o naciśnięcie STOP. Olśniło mnie: oni wszyscy bali się słuchać jazzu! To w praojcosarmacji było źle widziane, oznaczało bunt jednostki wobec wszechobecnego podporządkowania wielkosarmatom psia jego mać od morza do morza! Gerwazy Ostrogniew był do tego głodny, więc zanim wyruszył poszukiwać pozostałych dwóch, którzy przepadli w przeszłości bez wieści, zeżarł mi wszystkie schabowe. Na następnego zasadziłem się już w piwnicy. Zainstalowałem tam głośniki, podłączyłem je do sprzętu w domu, całą piwnicę ci kleiłem tabliczkami: Cisza, Milczeć i Spokój mnie tutej no i sobie czekałem, czekałem, aż się doczekałem. Pracojcosarmata tym razem wylądował z przyszłości miękko, prawie że telemarkiem, gdyż usunąłem tatusiową taczkę z jego trajektorii lotu. Natychmiast w piwnicy puściłem mu ostatnią płytę Alessandro Fongaro “Pierte” . Specjalnie ją wybrałem. Po pierwsze dlatego, że to nowość i sam jej jeszcze za dobrze nie odsłuchałem, po drugie, że to ostre granie free, nagrane jako krzyk szczęścia po długiej przerwie spowodowanej pandemią COVID 19, po trzecie: wiedziałem, że rytmiczne potknięcia, jakby sekcja dostawała co rusz, od nowa czkawki oraz straszący uszy wyeksponowany kontrabas i perkusja, a także dwa drapieżne saksofony lubujące się w powikłanych i do tego zapętlonych motywach podziałają na mojego niechcianego gościa, jak święcona woda na antychrysta. Fongaro, kontrabasistę, Włocha mieszkającego w Holandii, znałem, gdyż miał wcześniej bardzo dobry zespół CLOD! ale chyba jego muzycy, mimo sukcesów, nie widzieli się już we wspólnym projekcie. W końcu po czwarte, bo płyta miała swoisty punkowy nerw, to była zbuntowana, niegrzeczna, kłótliwa, rozkapryszona i wyzywająca muzyka jazzowa. No w każdym razie żaden tam miły swing. Na przykład z tytułu wynika, że utwór będzie trwał trzy minuty, ale panowie lecą jak szaleni ponad cztery. Pewnie zapomnieli, że miało być trzy. No i w dodatku ta sekcja rytmiczna. Perkusistka Sun-mi Hong waliła w zestaw na pełnej złości, jakby chciała go rozwalić. I miała tę niezwykłą arytmię w graniu, która skupia na sobie uwagę słuchaczy. Słusznie spytacie dlaczego stałem się złośliwy? Bo mnie wkurzyli jeden przez drugiego. Nikt mnie kurna nie pytał czy może sobie lądować w mojej piwnicy w poszukiwaniu jakiegoś blogera-srokera. Doznałem strat finansowych (wypite nalewki, wina, zjedzone obiady, naniesione błoto, pogięta rączka tatusiowej taczki) oraz strat moralnych (sąsiedzi uważali mnie za pijaka i łobuza, który sprasza do siebie głośne towarzystwo i pije z nim po piwnicach). Żeby chociaż jakiś dyplom uznania dali, albo karnet do Teatru Wielkiego na Sylwestra za okazane im serce i pomoc. A tu gówno. To ja mam was w dupie praojcosarmackie zakute łby. Żebyście widzieli więc, jak mój praojcosarmata Benedykt Lubomir usłyszawszy zespół Fongaro wpadł w panikę, a jednocześnie przywykły do rozkazów zachował zrezygnowaną ciszę widząc wokół siebie nakazujące ciszę napisy. Był kompletnie zdezorientowany, normalnie zwariował, chyba zaczął po cichutku chlipać. Przybywszy z praojcosarmacji gdzie jazz był występkiem, znalazł się w samym jądrze jazzu w zamknięciu, nie widząc gdzie, dlaczego, po co? Może wręcz podejrzewał, że wylądował w czyśćcu. Sami byście zwariowali. Po skończeniu płyty zlitowałem się i go wypuściłem przerażonego, nie zaprosiwszy jednak do domu. Zanim sobie poszedł powiedziałem mu, że następny z nich żywy już z piwnicy nie wyjdzie i że spodziewam się oficjalnych przeprosin od rządu praojcosarmacji. Postraszyłem, że jak mi nie wypłacą ekwiwalentu moralnego w wysokości 20 tysięcy dolarów, to stworzę w internecie bloga i opiszę całą te historię ze szczegółami, co ich kompletnie skompromituje. Już kwartał mija, jak żaden się nie pojawił. Ekwiwalentu jednak też nie ma. A mieliście mnie na widelcu, barany. No to macie swój blog, frajerzy.
- Wszyscy święci Jazzują w niebie
Znany polski dziennikarz umarł po czym ożył. Przeżył własną śmierć. Gdy potem zdradził, co przeszedł, został sam jak palec. Odsunęła się odeń nawet najbliższa rodzina. Unika spotkań. Nie odbiera telefonów od nieznajomych numerów. Nie odpowiada na maile. Dotarcie do niego graniczy z cudem. Nam zajęło to cały kwartał. Użyliśmy wielu forteli, wydaliśmy sporo pieniędzy. Spotkaliśmy się z jego biskimi przyjaciółmi i dalekimi znajomymi. Perswadowaliśmy cierpliwie przez nich, że zależy nam na opowieści prawdziwej, przedstawionej z szacunkiem dla niego samego oraz tego, co przeżył. Nie chcieliśmy iść utartym szlakiem taniej sensacji, mając jednocześnie świadomość, że w pełni nie da się od niej uciec – właśnie ze względu na jego doświadczenia. Przypomnijmy. Jednego dnia polski internet wybucha smutną sensacją: znany dziennikarz został potracony przez auto i nie żyje! Dzień później rodzina i szpital dementują: żyje, cudem ocalał, przeszedł śmierć kliniczną, jest nieprzytomny, ale istnieje duża szansa, że wróci do pełnego zdrowia. Media jeszcze przez kilka dni okręcały temat, jak warchlaka na rożnie, korzystając ze szczerego ognia zainteresowania cudzym nieszczęściem. Ogień jednak z wolna gasł, toteż media skierowały swe ciekawskie oko na kogoś innego. Po kilkunastu miesiącach ciszy absolutnej, jeden z internetowych tabloidów wydrukował informację: Wojciech Markiewicz, dziennikarz który przeszedł śmierć kliniczną twierdzi, że w niebie grają jazz, a każdego nowego gościa wita niejaki Sun Ra. Wymowa i oprawa graficzna tekstu nie pozostawiała wątpliwości: tabloid sugeruje, że bohater materiału postradał rozum. The Bad Plus „Complex Emotions” Nie dajcie się zwieść pierwszym dość trywialnym taktom najnowszej płyty gigantów z The Bad Plus. Wytrzymajcie kilka minut utworu „Grid/Ocean”. W nagrodę usłyszycie magię, gdyż pojawienie się gitary stworzy niezmierzoną przestrzeń, jakby piosenka, która jest balonem sflaczałym, została napompowana jednoczesnym oddechem tysięcy kompresorów. Prawdziwy The Bad Plus– czyli taki, jakiego świat kocha i pragnie słuchać wraca w drugim utworze „French Horns”: mechaniczne repetycje, melodyjne frazy, zagrywki frywolne graniczące z żartem w szkole muzycznej i to w pierwszych jej klasach. „Complex Emotions” jest dla mnie płytą – walką, albumum – zmaganiem. Jazzowi giganci z Minneapolis postanawiają definitywnie bowiem zmienić jak wąż skórę, nie tracąc starych fanów, bo przecież robią w szołbizie. Balansują więc, raz bogu świeczka, dwa diabłu ogarek. Raz wróbel w garści, dwa gołąb na dachu. Jedzą ciastko i mają ciastko. Bo było ich pierwotnie trzech, ale od 2021 i także na „Complex Emotions” jest czterech. Obecność gitarzysty Bena Mondera wprowadza nowe tropy muzyczne, ich granie traci charakterystyczną rytmiczność, na rzecz pasaży. Jeszcze wprawdzie nie robi się onirycznie, jeszcze The Bad Plus nie udają się w jazz-ambientową toń (lub mieliznę – jak kto woli), ale stary zespół czuć w ledwie kilku odsłonach np. „Cupcakes One” czy świetnym, niemal rockowym, ale przez to oczywistym badplusowym „Deep Water Sharks”. W innych jest inaczej: w zwolnionym „Casa Ben” saksofon wpada w pieśń, jak nietrzeźwy wij. W cudnym i zarazem cudacznym „Carrier” robi się raczej nostalgicznie, przy czym z nostalgią zespołu wydaje się kompletnie nie zgadzać się Dave King na perkusji – posłuchajcie uważnie, jak genialnie prowadzi zespół w tym kawałku. Tam właśnie słychać, jak grają mistrzowie. Ale starzy fani muszą przygotować się na prawdziwy wstrząs wieńczący dzieło. Oto „LiPo”, które zaczyna się dziwacznie, rodem z japońskiego darkambientu. Zapewniam, że dopiero po dłuższej chwili zdadzą sobie sprawę, że słuchają płyty z CD, więc nie jest to inny zespół dołączony do ścieżki po skończeniu płyty The Bad Plus przez algorytm strimingu. Co to jest? Astrukturalny, pastelowy, improwizowany utwór z perkusją w roli okalającego go muru, gitarą tworzącą mglisty horyzont, saksofonowem snującym gawędę w tajemnym języku. A im dalej, drogi słuchaczu, tym dziwniej! Bagno, skały, duchy, zapadliska, ciemności – oto klimat tego utworu. W sumie więc czy to wszystko Bad, czy wyszło jednak na Plus? Sami oceńcie. Wojciech Markiewicz – jak twierdził - po śmierci trafił do miejsca wypełnionego… muzykami jazzowymi. Przywitał go młody Sun Ra śmiejąc się do rozpuku z miny przybysza i wrzeszcząc bez przerwy „ A nie mówiłem, człowieku nie mówiłem? Przecież mówiłem, cały czas mówiłem” . Dalej, za niebiańską bramą w kształcie dwóch złączonych klarnetów kiczowatych jak w „Dynastii” było jeszcze dziwniej. Wszędzie, przy równoległych ulicach działały kluby muzyczne, gdzie za bileterów, wykidajły i sprzątaczy robili zmarli muzycy popowi i rockowi. Markiewicz widział jak Jim Morrison zmywał mopem podłogę klubu Hanka Mobleya , a w knajpie Johna Coltrane’a toalety szorował Michael Jackson z przyklejonym nosem . Markiewicz był ciepło przyjęty przez każdego jazzmana, jakiego napotkał, wszyscy się doń uśmiechali, zapraszali do siebie, obiecywali darmowe drinki i wspaniałą muzykę przez całą wieczność. A grali w tych zatłoczonych knajpach najlepsi, lepsi i gorsi – słowem do wyboru i koloru wszyscy muzycy jazzowi. Było w czym wybierać. Markewicz twierdził, że „nie miał potrzeby zwiedzania tego świata, ale jednocześnie miał pełną świadomość jego wrzechistnienia i ogromu”. Markiewiczem zajął się genialny trębacz i były heroinista Lee Morgan, postawił setkę, uspokoił, ugłaskał, ukołysał, powiedział, że wszyscy, którzy tu trafiają są po prostu w szoku, ponieważ za życia nikt ich nie przygotowuje na taki, wieńczący dzieło, wieczny koniec. Cierpią zwłaszcza ci, którzy nie znoszą jazzu, bo to dla nich oznacza raczej piekło. A od jazzu nie da się tam uciec: brzmi wszędzie, dudni zawsze, przez cały czas: bebop, nujazz, free i tak dalej. Krótko mówiąc niebo to wielki klub jazzowy. Co ciekawe: Markiewicz wszystko rozumiał, bo postacie mówiły po polsku, ale usta układały do słów angielskich. Wyglądało to cudacznie, jakby oglądał film z polskim dubbingiem. To i wiele innych rewelacji znalazło się w publicznej wersji opowieści Markiewicza, która uznana zostałaby jako sen wariata, gdyby nie osoba bohatera. Wojciech Markiewicz był znany jako stąpający twardo po ziemi realista, reporter trzymający się starych zasad obiektywizmu relacji dążącej do prawdy. Człowiek, który fakty stawiał zawsze ponad społeczne potrzeby. Na tym opiera się nasza konsternacja i nasza ciekawość. Dlatego chcieliśmy skonfrontować się z bezpośrednio opowiedzianą historią przez bohatera. Powiemy to bez ogródek: ten człowiek nigdy publicznie nie skłamał, zawsze trzymał się twardych zasad. Dlaczego więc teraz, po śmierci klinicznej miałby zmyślać? Spytaliśmy o to kilku znanych lekarza psychiatrów i neurochirurgów, ale uzyskaliśmy od nich odpowiedzi, które mogliśmy sami znaleźć w Googlach. Więc ich nie zacytujemy. A Markiewicza tak. Wolfgang Haffner "Life Rhytm" Skoro o sprawach niebieskich mowa, pochylmy się na moment nad jeszcze jedną, aktualną, wydaną tej jesieni płytą jednego z bogów współczesnego jazzu; perkusisty Wolfganga Haffnera. Podkreślam zawsze, że najbardziej lubię płyty liderów grających na perkusji i wibrafonie: poddane są dyscyplinie tworzącej czytelne struktury muzyczne, wszystko tam „chodzi jak w zegarku” a podział między elementami skomponowanymi, a improwizacjami zaznaczony jest zazwyczaj grubą, niemal „Mazowiecką”, kreską (ach, któż dziś zrozumie ten cudzysłów i dużą, nieuprawnioną, literę?). Oddajmy głos liderowi: Ciągle myślę o tym, jak poprowadzić zespół perkusją w sposób, który wprawdzie przydziela temu instrumentowi rolę centralną, ale który służy bardziej kształtowaniu muzyki niż prezentowaniu wirtuozerii — mówi Wolfgang Haffner To jest bardzo udany materiał, po który radzę sięgnąć zwłaszcza osobom bojącym się (nie wiedzieć dlaczego) słuchania jazzu. Wpadniecie od razu w objęcia ładnych lecz nie banalnych melodii, bo już pierwszy, tytułowy utwór ma swoją optymistyczną osnowę i brzmi jakby Haffner spotkał Pata Mathen’ego. W kolejnym ,„Balance” wciąż jest pogodnie, a warto cierpliwie doczekać do wyjątkowej urody popisu trębacza Sebastiana Studnitzkiego – zresztą namawiam tych zalęknionych jazzem do wsłuchania się w projekty tego ostatniego, są doskonałym połączeniem nowoczesnego jazzu z piosenkami do grania w radio. Ale wróćmy do najnowszej płyty Haffnera, który nie boi się „ładnego jazzu”. Co to znaczy? W mojej nomenklaturze nie lęka się tworzyć muzyki w zielonym meloniku, aczkolwiek oddaje się wirtuozerii i pogodzie ducha – na tej płycie słychać to według mnie wyraźnie. „Joy po Life” to naprawdę „Radość z życia”, „Open Land” jest wspaniałą kompozycją z rockowym pazurem i cudnie przewodzącą perkusją, w „Silence and Sound” znajdziecie piękną, skandynawską, mroźną zimę harmonizowaną fortepianem. „Home” zaś jest jazzem w kapciach – dokładnie tak zapewne widzi własny dom lider: spokój, powolność, luz. Są trzy kompozycje odstające od reszty: niezbyt pasujący do zestawu, obleczony arabskim klimatem „Desert move”, doskonale klimatyczny, nieco nerwowy, intrygujący utwór o nazwie „Supernova” oraz nie wiedzieć po co wyznaczony na singiel „Eternity”, który jest jedynym smutnym, nostalgicznym akcentem tej magicznej płyty. Bogowie jazzu mają się jak widać dobrze. Markiewicz w końcu się ugiął i zgodził na spotkanie, stawiając nam rozliczne ograniczenia, na które przystaliśmy, bo ponad wszystko byliśmy jego symbolicznymi uczniami, chcieliśmy stanąć w prawdzie. Przyjął naszą ekipę w przytulnym, zadbanym mieszkaniu, w którym przedstawił nam swą obecną partnerkę i kota o imieniu Hades. Opowiedział tam całą historię – jak sam powiedział - zejścia klinicznego głosem nieco drżącym z nerwów, popijając zieloną herbatę, dłońmi kreśląc okręgi lub inne wymyślne figury uplastyczniające opisy. Swą opowieść zaczął: Popełniacie błąd, ponieważ każdy ma prawo do swojego Edenu. Wiem jednak, gdzie byłem i pamiętam co czułem. To nie jest sen wariata. Pamiętam to dobrze, spytałem Hanka: a gdzie jest Bóg? Hank powiódł ręką z papierosem i powiada: nie widzisz? Przecież jest wszędzie. Bogiem jest jazz, człowieku.
- Jazzda Enzo Carniel, czyli nasze wewnętrzne techno
Kim do cholery jest Enzo Carniel? Takie pytanie zadawałem sobie na autostradzie A1 gnając popędzany żądzą zysku z punktu A do punktu B, gdy moje merkantylne plany zniweczył, podeptał, zniszczył rzeczony. Wystarczyło kilkanaście sekund, kilkanaście taktów, żebym zapomniał celu swej podróży, odobowiązkował wszystkie obowiązki. Enzo Carniel jak nietrzeźwa, zbuntowana asystentka wydarł wszystkie najbliższe kartki z mojego planera, odwołał wszystkie spotkania . Pędziłem przekraczając swoje własne ograniczenia prędkości i słuchałem, słuchałem, słuchałem zadając sobie pytanie: kim do ciężkiego diabła jest Enzo Carniel? Komu sprzedał duszę za tyle talentu i takie dźwięki? Nieee, nie mówicie mi że zwykły śmiertelnik od tak, wstaje rano, siada do pianina i komponuje tak dobrą muzykę. Nie wierzę. Spocony zatrzymałem się na MOP. Smartfon dzwonił jak szalony – to wołały obowiązki. Każdy dźwięk groził: zerwiemy kontrakt, bankructwo, puścimy z torbami, czeka się śmierć głodowa i codzienne wizyty komornicze. Miałem to w dupie, bo z głośników płynęła jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem, wykraczająca poza mój ukochany jazz, a jednocześnie zanurzona w nim pod koniuszki palców. Laptop miał resztkę energii w baterii, oznajmiał, że mam kilka minut zanim wyłączy definitywnie zasilanie. Kląłem więc siarczyście wzbudzając niezasłużony strach w rodzince śniadającej na parkingu podczas podróży i jednocześnie zadając kolejne pytania AI Claude o autora tej szalonej muzyki. Mam! Enzo Carniel, pianista, urodzony w 87, a więc niemłody. W House of Echo dąży do stworzenia „pejzaży dźwiękowych o silnej, onirycznej mocy, pomiędzy melodyczną abstrakcją a aluzyjnym rytmem” i chce „pozwolić, aby muzyka była konstruowana poprzez improwizację”. Ma za sobą konserwatoria w Marsylii i Paryżu (!) Grywa w kwintecie Grzegorza Włodarczyka, ale House of Echo to jego główny silnik. Napędzają go wraz Enzo z Marc Antoine Perrio (gitara, elektronika, sound design), Simon Tailleu (kontrabas), Ariel Tessier (perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika). W głośnikach bez przerwy „Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”, a ja znów gnam dwupasmową szosą, bo to jest nowoczesna muzyka drogi. Szybkie tempa, zmiany rytmu, szalone zwroty, wszędzie duszno od elektroniki, chociaż wszystkim rządzi fortepian – dyktator. Wygrywa niezliczone pasaże, wkręca je w mój mózg. Z płyty kapie jazzowe techno, choć pod jej koniec w utworach „In” i „Beyond Cyborgs. We are” przeradza się w wolniejszy, rasowy, europejski jazz. Jazzowi towarzyszą wszelkie możliwe elektroniczne uzupełniacze, tło jak z filmu science – fiction. Wkraczają też elektroniczne modulacje dźwięków - są brudne, szorstkie, chropowate, nieposłuszne, zbuntowane. Cała płyta to jeden wielki cyber jazz punk, a w „Furtfis” ten gniew aż wybucha, kipi, przelewa się. W „(t)ECH(n)O inside Us” atakuje uszy perkusją, jak nadciągająca husaria, a trip hop w akustycznym wydaniu tego kawałka nakazuje skręcić w bok i zdjąć nogę z gazu, bo sam utwór przekracza barierę rozsądku i dźwięku. Ach! Posłuchajcie jak pierwszy na płycie „Clouds” wibruje, rozpędza się, łączy się jak narkotyk z krwiobiegiem. Nie sposób się odłączyć, nie chce mi się uciekać, chcę, żeby to mną zawładnęło. Po raz pierwszy w życiu podoba mi się hip-hopowa melorecytacja w jazzowych gaciach – to Sameer Ahmad i Gaston Bandimic robią z „Rituel Hybridation” genialny mix obu gatunków. Nie wiem, w jakim mieście jestem. Zatrzymuje auto na parkingu parku handlowego. Wchodzę do sklepu z elektroniką, kupuję dobre słuchawki. Smartfon wariuje, klienci i kontrahenci się dobijają, pozawalałem co się dało, wszyscy czegoś chcą. Mam to gdzieś, usuwam każdy jeden zawodowy kontakt, blokuję co chwila kolejne połączenie. Wyrzucam kluczyki od auta do śmietnika, uprzednio zabierając z bagażnika kilka podstawowych rzeczy. Zapinam kurtkę, zakładam mały plecak z laptopem, włączam znów genialne "Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”, nakładam słuchawki i ruszam przed siebie. Dokąd idę? Dokądkolwiek. Bywajcie.
- No To Jazzda - poradnik Jazzowego Mikołaja
JEŚLI NIE CHCESZ CZYTAĆ HISTORII, TYLKO SZUKASZ PŁYT SKROLUJ W DÓŁ Spotkawszy Mikołaja nie wahałem się zbyt długo. Znam przecież doskonale ciężki los grudniowych śmiertelników, w pocie czoła wybierających pod choinkę jazzowe płyty dla ukochanych. Zaproponowałem tak oto: by wspólnie opracować Poradnik Jazzowego Mikołaja. – Mikołaju – rzekłem – Mikołaju – zarepetowałem wołaczem, by podkreślić ich chromą i nie do pozazdroszczenia sytuację – nie zostawiajmy ich samotnych, stroskanych, zmartwionych, obok ogromu półek z płytami, bez wiary we własny muzyczny instynkt. Nie ufajmy wiedzy nieletniego personelu wielogabarytowych sklepów z płytami. Pomóżmy i podpowiedzmy, co kupić? Miko dyktuje listę płyt Miko uśmiechnął się chytrze i od razu wiedziałem, co mu po zaczerwienionym łbie chodzi. Oparliśmy się zatem o najbliższy kontuar, ja kiwałem na barmana, Miko dyktował, a ja wziąłem jego wielgachny czerwony żelowy długopis w kształcie laski i razem stworzyliśmy… … hm wpierw Mikołaj narysował mi plany swojej nowej łodzi podwodnej, bo – powiada – robota z renami stała się nudna i od czasu do czasu brzydko pachnie. Łódź będzie sterowana AI, w wersji rozszerzonej w abonamencie za 99,99 miesięcznie (przy zapłacie z góry za rok) co rzekomo zapewnić ma bezpieczeństwo oraz płynne działanie, a na dodatek strategicznie obmyślane kursy, bo latka lecą, a elfy wiecznie nietrzeźwe, więc Miko sam zaiwania. Gadał i gadał. Mówię mu: Miko, kochany, bo z tą listą to jeszcze przed świętami dobrze byłoby popłynąć do ludzi . W końcu jednak dotarliśmy po nitce do sedna. I oto efekt. Generalnie szkoła falenicka rzecze: kupujcie jazz klasyczny, pozycje z kanonu. Ok, zgoda. Koltrejn, Dejwis, Rolins, Morgan i wielu innych. Jednak to nie nasza droga. Dla nas ten wybór jest zanadto przewidywalny i nudny. Szkoła otwocka, której jesteśmy z Miko entuzjastami (a jak się okazało barman także) radzi, by sięgnąć po płyty tegoroczne, ryzykując nieco blamaż, ale za to przy trafieniu WIELKĄ WYGRANĄ: PODZIW ORAZ MIŁOŚĆ (lub odwrotnie). Wiecie jako to jest: Nie ma ryzyka - Nie ma wygranej. Kochani, poniższy zestaw ma charakter propozycji. Ja i Miko nie możemy dać stuprocentowej pewności, że płyty trafią w gust wybranki/wybrańca/osoby wybranej, ale to są naprawdę świetne naszym zdaniem albumy tegoroczne, więc jak to pisali w sklepach w PRL: Jednakowoż podzieliliśmy płyty na proste hasłowe grupy, abyście mieli łatwiej. Dalejże klikajcież rączo bez wahań, aby sprawdzić Jazz - Melodyjnie Ibrahim Maalouf „Trumpets of Michel-Ange” Eym Trio "Casablanca" Maciej Tubis "Into the night" Jazz Po Staremu Something Else! „Soul Jazz” Lyder Røed Quintet "Upside Down" Jazz Rockowo Elephant 9 "Catching Fire" Tigran Hamasyan " The Bird of a Thousand Voices" Jazz Klubowo Okvosho „A place between us” Kessoncoda "Outerstate" UWAGA OSTROŻNIE - RYZYKOWNA KATEGORIA Jazz Głośno i Awangardowo Ingebrigt Håker Flaten „Brezzy” The Beat Freaks & Ralph Alessi "Lifeline" Charles Gayle / Milford Graves / William Parker "WEBO" Po prostu jazz Patricia Brennan „Breaking Stretch” Laketia Benjamin "Phoenix Reimagined (Live)" EABS "Reflections of Purple Sun" Kamasi Washington "Fearless Movement" Out Of/Into , the all-star collective Blue Note Quintet Tercet Kamili Drabek "Tak bym chciała kochać już" Filip Żółtowski Quartet "BiBi" Tomasz Stańko Quartet "September Night" Jazz Nastrojowo Piotr Komosiński "Wietrzne historie" (2024 reedycja winyl) Jasmine Myra "Rising" Kika Sprangers " (In)finity" Søren Bebe Trio "First song" Tord Gustavsen " Seeing" Jazz wymykający się schematom Enzo Carniel „Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”
- Jazzowa opowieść wigilijna
- Dziadku, proszę, po pierwsze zastanów się czy dostęp do internetu jest ci niezbędny w życiu, po drugie uzasadnij to mocno i dokładnie, po trzecie wypisz też wszystkie swoje kompetencje w tym zakresie, najlepiej wymień certyfikaty albo ukończone kursy lub studia z zakresu programowania i informatyki, wówczas zbierze się kompetentna komisja i na podstawie tego, co napiszesz, być może pozwoli ci prowadzić dalej bloga. Nie trać ducha, ale to nie są moje decyzje. Przecież wiesz co stało się trzy lata temu, przepisy w tym zakresie są jednoznaczne. O, proszę tu jest formularz, weź go, wypełnij, nie tutaj, najlepiej w domu. Masz kogoś, kto ci w tym pomoże? Dasz radę to sam napisać? Dziadku, słyszysz mnie? JAZZDA DZIADEK WŁAŹ NA PIEC PACIERZE KLEPAĆ!` DZIAD - AUTOR BLOGA JAZZDA W ROKU 2046 Słyszałem. Bezsilnie patrzyłem na swoje dłonie. Kipiała we mnie złość i mieszała się z bezgranicznym smutkiem, który pełzł do wszystkich zakamarków ciała, a w koniuszkach palców poczułem nieznane mi dotąd mrowienie i chęć uduszenia baby. Z olbrzymim wysiłkiem stłumiłem emocje, ponieważ wybuch przekreśliłby ostatecznie szansę na odzyskanie dostępu do sieci i bloga. – Dobrze, tak zrobię, ale domyśla się Pani jakie to dla mnie ciężkie do zrozumienia, wszak prowadziłem tego bloga przez ostatnie 22 lata. Moja droga, ja nie uległem Atakowi, nigdy nie klikałem w te ruskie bzdury. Karzecie mnie za błędy innych staruchów. Czułem jednak, że to na nic. Blisko 50-letnia kobieta ze słynnego pokolenia zetek, schludnie ubrana urzędniczka była wobec mnie miła i pełna powierzchownego współczucia, ale nic ponadto. W dodatku właśnie to jej współczucie było najgorsze. Bo byłem dla niej dziadem. Przepraszam. Oni nigdy nie ośmieliliby się na taki epitet. Są zbyt grzeczni. Dziadkiem. Straszne. Powlokłem się noga za nogą do domu. Nie musiałem nic mówić Joannie, znała mnie na wylot, przytuliła i poklepała po plecach. – Napiszemy takie uzasadnienie, że będą je stosować za wzór – pocieszyła. Też była smutna, przecież przed laty to właśnie ona namówiła mnie do uruchomienia bloga Jazzda.net i cierpliwie znosiła przez te wszystkie lata moją pisaninę. A ja wciąż, jak wtedy, gdy miałem 53 lata obiecywałem jej, że blog już niedługo, lada miesiąc będzie przynosić dochody i zacznę zarabiać. ATAK RUSKICH PRZEZ TYCH PRZEKLĘTYCH STARUCHÓW Trzy lata temu Rosjanie przypuścili na Unię Europejską misternie przygotowany atak hakerski i zdemolowali infrastrukturę telekomunikacyjną oraz energetyczną. Atak spowodował olbrzymi chaos, ponieważ przeprowadzono go podczas najsroższej zimy od lat 70. ubiegłego stulecia. Stanęły całe miasta, zwalił się system - dosłownie. Ponad 5 tysięcy ludzi straciło życie – na skutek wypadków (przestało działać oświetlenie uliczne), wychłodzenia (ludzie w podeszłym wieku w popłochu wychodzili na ulicę by prosić o pomoc), zamknięci w windach, których nie dało się uruchomić czy samolotach, które rozbiły się podczas próby lądowania na nieoświetlonych lotniskach. Rosjanie wzorowali się na akcji Mossadu z 2024. Najpierw, na terenie UE, przy pomocy jej obywateli - agentów stworzyli korporację, która przez kilka lat budowała swoją markę, jak normalne przedsiębiorstwo korzystające z wolnego rynku. Korporacja Tytan – tak się nazywała – działała w branży hi tech, produkowała smartfony i laptopy. Kiedy była już znanym brandem wprowadziła Emila – prosty smartfon stworzony dla osób 60+. Emil miał wszystko duże, jasne, przejrzyste, no i był najtańszym inteligentnym opiekunem seniora. Mierzył parametry życiowe i przekazywał do odpowiedniego centrum. Przypominał o lekach. Towarzyszył samotnym, gawędził z nimi, cierpliwie słuchał co mieli do powiedzenia. Był wprost stworzony dla seniorów. Emil stał się szybko hitem, dzieci i wnuki, bardzo chętnie kupowali je swoim rodzicom i dziadkom, zwłaszcza tym samotnym. Czuli się dzięki nim lepiej – zajęci swoimi sprawami, mieli przeświadczenie, że po prostu Emil pomaga ich rodzicom cieszyć się z życia. Aż przyszedł Atak. Część zainfekowanych wiadomości była misternie przygotowaną wiadomością o konieczności aktualizacji systemu Emila, wymagającego podłączenia do sieci. Część trojanów - i to ta najgorsza – wdarła się do systemu poprzez informacje handlowe, na które chętnie seniorzy klikali. Prościej mówiąc: to oni sami pomogli Rosjanom w Ataku. Po wlokących się w nieskończoność miesiącach wszystko wróciło do normy, ale UE jeszcze przez kilka lat podnosiła się z doskonałego i celnego ataku. Tymczasem gospodarka Rosji rosła, jak na sterydach proponując swoje towary i usługi całemu światu, podczas gdy firmy z UE w zasadzie nie istniały bez pełnego dostępu do kont bankowych czy swoich kontrahentów etc. Wiele z nich – i to bardzo znanych, po prostu zbankrutowało, a tysiące ludzi w zasadzie z miesiąca na miesiąc straciło pracę. Rosjanie nie musieli najeżdżać unii, aby ją zdemolować. Wystarczyło ją na dłuższy czas… wyłączyć - przy pomocy podstępnego Ataku, w którym nieświadomie pomogli… seniorzy. Konsekwencje były łatwe do przewidzenia. Okrzepłe z czasem struktury Unii Europejskiej wprowadziły szereg zakazów dla seniorów. Pierwszy o dziwo przyszedł zakaz prowadzenia samochodów po 75 roku życia. Po nim wprowadzono zakaz poruszania się po mieście bez opieki po godz. 22. Następni pojawili się obowiązkowi opiekunowie podczas zakupów i to tylko w określonych godzinach, wreszcie wprowadzono zakaz używania internetu, a ściślej mówiąc ogromne ograniczenie dostępu do internetu. Padłem ofiarą tego ostatniego. Od 53 roku życia prowadziłem blog jazzowy. Przez 22 lata. I właśnie dziś, na tydzień przed 75 urodzinami zamknęli mi do niego dostęp. Czułem się stary, niepotrzebny, a co najgorsze. bezsilny. Zacząłem bezwiednie przeglądać bardzo leciwe jak ja recenzje, z początku bloga. Była końcówka roku 2024, gdy napisałem: Alexi Tuomarila „Departing the Wasteland” Jakie to pustkowia opuszcza fiński pianista, którego poprzednie płyty zapamiętałem za solidne, europejskie jazzowe granie? Dokąd zmierza? Wydaje się, że wciąż zerka w kierunku estetyki rockowej, przy jednoczesnym dość kurczowym trzymaniu się jazzowego kursu. Płytę zaczyna – a jakże – fortepian! Lider długo wprowadza i obraca na wszystkie strony temat śpiewny, a potem, nagle skrzydła od razu rozwija cały zespół, jakby grupa chciała tu i teraz zaprezentować wszystkie walory tworząc tło do kaskadowych ornamentów pianistycznych lidera, bo i Tuomarila jest świetnym improwizatorem. Drugi utwór, pt. „Gaman” budowany jest długo, aby po półtorej minuty przejść w śpiewne akordy, które – zapewnie bezpodstawnie – skojarzyły mi się z melodiami ABBY. Warto zwrócić uwagę na pieśń trzecią, gdyż choć tempo zwalnia, to tętno słuchacza przyspiesza i chętniej słucha melodyjnych popisów Tuomarili, które rzeczony w tym kawałku znacznie subtelniej artykułuje. I gdy wydaje się, że tu już nie będzie niespodzianek, że poznaliśmy stylistykę albumu, nagle na scenę wkracza „Inner Westeland” i jest rzeczywiście zupełnie inaczej: zapada muzyczny mrok, gitara elektryczna rysuje rockowy pejzaż, gra długie solo w drugiej partii utworu, a wszystko spina tło dusznej elektroniki, jak z dark ambientu. Tylko perkusja i trąbka są stricte jazzowe. Mieszanina powoduje jednak, że zapamiętuję ten kawałek i puszczam go sobie jeszcze wiele razy. Z płyty warto wspomnieć jeszcze bliski prog-rockowy, ostatni utwór pt. "Circle", choćby z powodu bardzo udanego grania José Pedro Coelho na saksofonie tenorowym. Tuomarila od lat konsekwentnie buduje swój styl. Trzyma się własnego trio, od dawna współpracuje z Matsem Eilertsenem na basie i Olavi Louhivuori na perkusji. Zyskał szerokie uznanie, a albumy takie jak Seven Hills , Kingdom i Sphere ugruntowały jego pozycję jako jednego z najbardziej ekscytujących pianistów swojego pokolenia. Dla przypomnienia Alexi grał wraz z Tomaszem Stańką na albumie „Dark Eyes”. Płyta „Departing the Wasteland” jest godna polecenia, a jakże. Alexi Tuomarila - piano, synthesizers Andre Fernandes - guitar Mats Eilertsen - bass Olavi Louhivuori - drums Gil Silva - trombone on Gaman, Inner Westeland, Circle José Pedro Coelho - tenor sax on Gaman, Inner Westeland, Circle João Guimarães - alto sax and flute on Gaman, Inner Westeland, Circle KOMISJA BADA JAZZDĘ Czułem się jak ubezwłasnowolniony, cyfrowy osesek przywiązany do swojego łóżeczka. Ograniczenia wprowadzone dla starszych osób skutecznie zawężały pole manewru w sieci. Każdego dnia bezradnie wpatrywałem się w ekran laptopa i co rusz, bezpodstawnie licząc na błąd algorytmu, wciskałem enter. Próbowałem wejść na swojego bloga, dokonać kolejnego wpisu. Gdzie tam! Bez skutku. Za każdym razem pojawiała się ta sama przeklęta ramka z jednym akapitem tekstu mówiącym, że na podstawie takiego i takiego dekretu dalej nie przejdę. Oddawajcie mi mojego bloga! W międzyczasie odebrałem kilka maili od muzyków nadsyłających swoje nowe nagrania. Mogłem je jedynie odsłuchać i odpowiedzieć mailem, pilnie strzeżony przez wirtualnego asystenta AI, pytającego mnie przy każdym poleceniu „czy jesteś pewien, że to właśnie chcesz zrobić”, co doskonale wybijało z rytmu i zniechęcało. Oczywiście, że wszystkim się skarżyłem. Pisałem bez ogródek, że jestem ostatnią ofiarą rosyjskiego Ataku, że po tylu latach urząd bezdusznie odebrał mi dostęp. Zadzwonił też Jakub, jeden z muzyków, którego płyty opisywałem na blogu od lat, byliśmy dobrymi znajomymi, bardzo ceniłem go jako gitarzystę i człowieka. - To jakiś absurd, naprawdę zamknęli Twojego bloga, bez pytania o zgodę, po prostu dlatego, że skończyłeś 75 lat ? – Nie dowierzał mi. – Przecież to jakiś faszyzm – a ja wtedy, wciąż wierząc w elementarny obiektywizm, zacząłem bezwiednie bronić swoich adwersarzy mówiąc, że nawet pojmuję to rozumowanie, które jest konsekwencją Ataku. – Chyba cię pojebało – skwitował Jakub. Właśnie dlatego kochałem artystów, bo nie kombinowali, szli na żywioł, nie obiektywizowali, ich potrzeby i emocje wyznaczały trajektorię życia. Odwołałem się i cierpliwie czekałem na dzień spotkania z komisją, przygotowując w myślach dantonowskie tyrady i robespierowskie logiczne sztychy. Ale kiedy stanąłem przed komisją, uszło ze mnie całe powietrze. Otóż na sali, według sprawiedliwego parytetu, siedziała czwórka mizernie wyglądających istot ludzkich. Niestety, w ich obliczach nie dostrzegłem surowej europejskiej sprawiedliwości, a raczej typową środkowoeuropejską tęsknotę za inteligencją. KOMISJA PRZESŁUCHUJE DZIADA JAZZDĘ Omówiłem swój problem w kilku zdaniach kończąc – S zanowni Państwo, jestem w pełni władz umysłowych, używam internetu od lat, sam tworzę witryny internetowe, sam piszę swojego bloga, mam nadzieję, że rzuciliście na niego okiem, nie ma żadnych podstaw, aby uznać, że stanowię cyfrowe zagrożenie. Środkowy członek komisji płci wyraźnie męskiej przesuwał coś na ekranie swojego tabletu. Miałem nadzieję, że ogląda mój blog, lecz on grzebał w cyfrowych aktach. - Otóż z dokumentów wynika, że był pan posiadaczem urządzenia Emil o numerze seryjnym EMR 77935 -42-32 – uderzył znienacka. Rzeczywiście byłem. Dostałem go od bratanka. Włączyłem kilka razy, ale uznałem, że jest to urządzenie dla starych dziadów, a nie dla takiego fajnego luzackiego seniora jak ja, więc wylądował w szufladzie. Tak też odpowiedziałem. DZIAD JAZZDA (75 LAT) NIE WIE CO POWIEDZIEĆ Mężczyzna z komisji był jednakowoż nieustępliwy: – Czy dezaktywował Pan system urządzenia Emil. Krótko mówiąc, czy go pan wyłączył? – dociskał. Musiałem przyznać, że nie pamiętałem. Po prostu włożyłem go do szuflady, a potem, już po wszystkim, zgodnie z nakazem władz oddałem na policję. Chyba tak. – Otóż z danych wynika, że nie zachował pan procedur bezpieczeństwa i Emil pozostał aktywny – zrobiłem wielkie oczy. – No tak, drogi panie, pański Emil wysyłał informacje szpiegowskie jeszcze przez… - znów przesuwał coś na ekranie paluchem. – pięć tygodni, zanim się wyłączył z powodu wyczerpania baterii. Tego się nie spodziewałem. Poczułem się jak zdrajca Europy. – Ale to było na długo przed tym, jak okazało się, że Atak przeprowadzono poprzez Emile, czy Emilów – zadukałem usiłując skutecznie przypominać Dantona i przeciwstawić ostatecznemu zatonięciu mojego ukochanego bloga. – Skąd mogłem przypuszczać, że urządzenie jest groźne, nikt się wszak tego nie spodziewał. - Czego nie spodziewał ? – dopytała pani ze skraju komisji, nie zrozumiawszy słowa „wszak”. Opadły mi ręce. Środkowy pan z zaś dodał: - No właśnie chodzi o to, że gdyby Pan i Pana rówieśnicy zachowywali się racjonalnie, to wyłączyłby Pan swoje urządzenie i nie stwarzałoby ono zagrożenia. Komisja przed zakończeniem obrad przyoblekła znów twarze w dobrotliwe uśmiechy, które dawały mi wyraźnie do zrozumienia: i dź staruszku do domu i zajmij się majsterkowaniem, wyprowadź pieska na spacer, zapisz się do Koła Seniorów i nie zawracaj nam dupy. Miałem cierpliwie czekać na orzeczenie. Oczekiwanie na werdykt komisji wlekło się w nieskończoność. Ale w końcu się doczekałem: CHCESZ SIĘ DOWEIDZIEĆ, JAK TO SIĘ SKONCZYŁO? WYBIERZ ZAKOŃCZENIE. JEDNO Z NICH JEST DOBRE, DRUGIE BEZNADZIEJNE. \OD CIEBIE ZALEŻY, JAK TA JAZZDOWA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA SIĘ SKOŃCZY WYBIERZ ZAKOŃCZENIE ALBO
- Jazzda w Lotosie
Benjamin Rocca "Journey of the Lotus" W odmętach muzycznej nadprodukcji płyta „Journey of the Lotus” aż lśni. Nagrał ją z dużym zespołem skromniutki pianista z Londynu Benjamin Rocca, który prócz fortepianu opanował istotę bycie sobą tuiteraz, co w dzisiejszych czasach okazuje się być towarem chodliwszym od jazzu. Na jego stronie internetowej przedstawia swe zawodowe przymioty w takiej kolejności: WELL-BEING, MEDITATION, YOGA, JAZZ MUSICIAN, COMPOSER, ARTIST. Ale jazda! Przepraszam Jazzda. Żartów nie ma, gdyż Benjamin odkrył miłość do jogi i medytacji w wieku 16 lat i od tamtej pory zintegrował je z życiem, obok swojej udanej kariery jako muzyk i kompozytor. Patrząc zazdrośnie na gładką i nie pooraną jak moja zmarszczkami twarz Bejamina, mniemam tymczasem, że „od tamtej pory” zamyka się mniej więcej w dekadzie. Chcę powiedzieć: gołowąs, mleko pod nosem. Ano właśnie. Znowu więc na moim blogu gości artysta mający lat niewiele, a dużo talentu i umiejętności. Płyta z bardzo nowoczesnym i nietrudnym w odbiorze jazzem lokuje się blisko zachwytu. Rozbudowane instrumentarium, duży zespół, sporo elektronicznych instrumentów, różnorakie klimaty (np. Better Together – klubowy, miękki jak kaczuszka, bujający biodrami, troszkę marsalisowski czy tuż obok prog-jazzowy, rozbudowany, hymniasty, długaśny, z rockową perkusją, piękną solówką na flecie i trąbce E.I.E.) Album "Journey of the Lotus" nie jest spójny, bo – takie moje przypuszczenie – wcale nie miał taki być. To raczej produkt dzisiejszych czasów, w myśl zasady: jeśli już mam szansę, to pokazuje pełnię możliwości. Nie waham się tego albumu zarekomendować, bo warto już choćby tylko dla pierwszego, dynamicznego „The Dance", nad którym krąży duch Wojtasika, Santany, Hancocka i Glaspera. Brać! Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej. Dziękuję!
- Jazzda: Piotr Komosiński poleca
Czego słuchają muzycy? Jakie płyty podarowaliby najchętniej? Na pierwszy ogień: Piotr Komosiński, kontrabasista, basista, kompozytor, producent. 30 lat na scenie m.in . w Potty Umbrella, Hotel Kosmos, Ex Usu, Die Perspektive oraz POLA, który poleca cztery albumy. TEKST Robert Kozubal - Jazzda.blog FOTO ilustracyjne: Justyna Małecka - LINK FB + LINK INSTA John Coltrane „Giant Steps” Nagrany w 1959, podczas dwóch sesji, a wydany w lutym 1960 roku ikoniczny album najsłynniejszego saksofonisty jazzowego. Nazwa tytułowego utworu, a tym samym całej płyty wzięła się – jak mówił Coltrane - stąd, że „linia basu przypomina susy. Przechodzi od małych tercji do kwart, czyli jakby koślawo na tle typowej sekwencji w kwartach albo półtonach” . Płyta bardzo osobista. „Naima” to ukłon dla żony, „Syeeda’s Song Flute” poświęcony jest córce, „Cousin Mary” kuzynce muzyka, a „Mr P. C.” to ukłon dla Paula Chambersa, basisty, członka jego składu. Coltrane uważał go za „jednego z najwspanialszych basistów jazzowych. Tak o nim mówił: „Nie mam słów na opisanie jego sposobu gry. Kontrabas to nader istotny instrument o fundamentalnym znaczeniu dla funkcjonowania zarówno całej grupy, jak i poszczególnych solistów, toteż za wielkie szczęście poczytuję sobie, że mógł ze mną zagrać podczas tych sesji i że tyle czasu mogliśmy wspólnie grać u Milesa " – bo w sesji, z której utwory finalnie znalazły się płycie, tworzyli także muzycy, którzy nagrali pół roku wcześniej najbardziej znany album w historii jazzu, czyli „Kind of Blue” Milesa Davisa. - Boję się, czy czasami to, co gram, nie przypomina wprawek akademickich, a ja tak się staram, żeby to brzmiało jak najładniej – mówił Coltrane tuż przed nagraniem tej płyty i „Giant Steps” jest koronnym w jego karierze albumem, w którym wcielił w życie tę zasadę. Esbjorn Svensson Trio (e.s.t.) „Tuesday Wonderland” Nagrany w 2006 roku album wspaniałych Szwedów, którzy uczynili cnotę z łączenia jazzu z popem, a elektronice nadali status równoprawnego instrumentu w jazzowej stylistyce. Najtrafniej album opisał wpływowy magazyn Jazzwise : " Na początku była Szwecja, potem Europa, a teraz cały świat. Jeśli jest na świecie ktoś, kto ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jak oryginalny, wciągający i dynamiczny jest ten zespół, to niech sięgnie po Tuesday Wonderland, ich dziesiąty album [...] To wielki triumf wiodącej europejskiej grupy jazzowej, który wydaje się, że przyćmi sukces zeszłorocznego Viaticum, najlepiej sprzedającego się instrumentalnego albumu jazzowego w Europie w 2005 roku ". GoGo Penguin „Man Made Object” „ Wielu fanów house i techno będzie mocno zaskoczonych, jak dobrzy w imprezowaniu mogą być trzej jazzmani z szafy ” – napisał „ Guardian ” po wydaniu tej płyty trzech szalonych, młodych muzyków z robotniczego Manchesteru w lutym 2016 roku, niemal dokładnie 56 lat po „Giant Steps” Coltrane’a. Dodatkowym smaczkiem był fakt, że płytę wydała Blue Note, wytwórnia jazzowa do szpiku. Bo "Obiekt wykonany przez człowieka" GGP, a klasyki Blue Note dzielą parseki. O ile E.S.T. wprowadzili elektronikę na jazzowe salony, to dekadę później właśnie trio GoGo Penguin, wysunęło ją na czoło pomysłów i aranżacji artystycznych. Basista zespołu, Nick Black dobitnie określił rolę elektroniki podczas nagrania „Man Made Object” : „Muzyka elektroniczna nie ma ustalonego zestawu reguł, których trzeba przestrzegać, ona reprezentuje większą wolność. To nie tak, że nie chcemy być postrzegani jako zespół jazzowy. Ale jeśli ludzie tak o nas myślą, to musimy się czegoś trzymać ...” Był to trzeci album grupy, przez wielu uważany za najważniejszy. Piotr Komosiński „Wietrzne Historie” Kolejny przemyślany i dojrzały album Piotra Komosińskiego, który wpisuje się w jeden z konsekwentnie eksplorowanych przez artystę obszarów, który ja nazywam jazzem duchowym. Oddajmy głos mojemu znakomitemu koledze, Pawłowi Ziembie , który w „Polish Jazz Blog”, największym w Polsce portalu o polskiej muzyce improwizowanej napisał: „ To piękna, ilustracyjna propozycja, która urzeka swoim minimalizmem. Nie znajdziecie tu wypchanych, przypominających pękate pluszaki nagrań. Usłyszycie idealne wyczucie i styl, hipnotyzującą swoim brzmieniem trąbkę, subtelnie zastosowaną elektronikę, ciekawe improwizacje kontrabasu, kołysankowy nastrój. Jednocześnie odnajdziecie wiele powietrza i ciszy. To bardzo uniwersalna muzyka, uszyta na indywidualne potrzeby każdego odbiorcy.” Cały tekst Pawła Ziemby pod LINKIEM W stu procentach się z tą charakterystyką zgadzam. Dodałbym absolutnie powalający udział w utworze "Przestrzeń" trębacza Wojciecha Jachny. Jest jeszcze naprawdę ostatnia szansa na kupno reedycji, wydania winylowego albumu „Wietrzne Historie”. W tym celu wystarczy skontaktować się przez facebook z artystą, Piotrem Komosińskim https://www.facebook.com/PiotrKomosinski . Śmiało, jeśli słuchacie muzyki z analogów, zapewniam: nie będziecie żałować. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej DZIĘKUJĘ
- Kras 52, Laeta Mundus, jazz i Mikołaj z Radomia
LAETA MUNDUS Schola Cantorum Basiliensis jest jak Harvard, a nawet lepiej: jest najbardziej znanym i największym instytutem zajmującym się badaniem muzyki dawnej i kształceniem w tym zakresie. Bazylea - mówiąc językiem mediów - to światowa stolica muzyki dawnej. Ze Schola Cantorum Basiliensis związana jest zaś niezwykła grupa: Ensemble Peregrina, której założycielką jest Agnieszką Budzińska-Bennett śpiewaczka, harfistka, pianistka i muzykolożka. Kwartet uzupełniają Hanna Järveläinen (śpiew), Lorenza Donadini (śpiew) i Grace Newcombe (śpiew i harfa). A co to jest Kras 52? To znane dotąd wąskiemu gronu badaczy historii muzyki najcenniejsze polskie źródło średniowiecznej muzyki polifonicznej czy też w ogóle najcenniejsze źródło muzyki późnego średniowiecza w Polsce. Kras 52 to po prostu manuskrypt o wymiarach 30,4 × 22 cm składający się z 206 kart (plus 11 kart ochronnych). Papier, na którym wykonano rękopis, pochodzi z drugiej połowy lat 40. i lat 50. XV wieku [1] Zawiera kompozycje Mikołaja z Radomia (pierwszy znany z nazwiska kompozytor polski [2] ), Mikołaja z Ostroroga, prawdopodobnie Stanisława Ciołka, być może Mikołaja z Błonia oraz kompozytorów spoza Polski m. in. pochodzenia flamandzkiego. Jest jednym z najcenniejszych zabytków Biblioteki Narodowej. Chcecie zobaczyć jak wyglądają nutki ze Średniowiecza? No to dalejże nura hopsa tutaj - KLIKAJ (strona 40) Historia tego dokumentu jest wielce fascynująca, bo ocalał jakimś (nie wiadomo jakim) cudem z hekatomby Powstania Warszawskiego, podczas której podpalono gmach przy ul. Okólnik 9, gdzie mieściły się zbiory Biblioteki Krasińskich. Ale to inna opowieść. Wróćmy do płyty. Bo ten - jak to u mnie - przydługi i przegadany wstęp służył do zapowiedzi płyty absolutnie niezwykłej . Niezwykłej z co najmniej czterech powodów. Po pierwsze Agnieszka Budzińska-Bennett kieruje zespołem realizującym projekt "Kras 52" w Instytucie Adama Mickiewicza [3] i wraz ze swoją grupą Ensemble Peregrina nagrała w jego ramach album „(dla wytwórni ANAKLASIS). Po drugie przy tworzeniu materiału na płytę sięgnęła po wsparcie jazzmanów i to z ekstraklasy: skrzypka Adama Bałdycha oraz Michała Górczyńskiego (klarnet kontrabasowy). Po trzecie Agnieszka Budzińska-Bennett uzupełniła wybrane ustępy z Kras 52 kompozycjami związanymi z Krakowem, a zapisanymi w innych XV-wiecznych polskich źródłach. Po czwarte wreszcie Adam Bałdych zagrał na tej płycie m.in . na skrzypcach renesansowych. I tak oto powstał album wielce oryginalny, który właśnie teraz, w okresie przedświątecznym brzmi wyjątkowo. Jest to muzyka z innego wymiaru, innej czasoprzestrzeni, łagodna, sakralna, płynąca prosto do serca. Słuchając tych fraz czujemy się porwani w czasie, przenosimy się w okamgnieniu do zapylonych i dusznych średniowiecznych katedr, oświetlonych i okopconych setkami świec i łuczyw, wypełnionych ludem bojaźliwie zerkających na kolorowe ściany, na różnobarwne witraże, na realistyczne sceny biblijne zdobiące strzeliste sklepienia. Co najdziemy na płycie? Zarówno otwarte i poddające się improwizatorskiemu stylowi gry Adama Bałdycha aranżacje, jak i nowo powstałe kompozycje zainspirowane najcenniejszymi rękopisami średniowiecznej muzyki polskiej. Nie zabrakło miejsca dla podejścia konceptualnego – prowadzona przez Bałdycha improwizacja, zabawa zastanym materiałem, stała się podstawą polifonicznego muzykowania ze śpiewaczkami i Górczyńskim. „Moje pomysły powstawały pod wpływem interakcji z Peregriną. Wsłuchiwałem się w ich głosy i reagowałem, tak by wspólna kreatywność miała przełożenie na to, jak wykonamy te utwory” – podkreśla Bałdych . „Dziewczyny okazały się otwarte na eksperyment. Były przygotowane na to, że będzie to projekt, w którym należy przekroczyć granice. Dały się porwać. Zaufały mi”. „ Moje dziewczyny były zachwycone. To nie były zwyczajowe »nudy średniowieczne«, które im podaję ” – śmieje się Budzińska-Bennett . -„ To był projekt, przy którym musiałyśmy być bardzo czujne. Wspólne improwizowanie nie jest proste, a tu jeszcze należy wyczuć moment, w którym daną improwizację powinno się zakończyć, by zaintonować zapisany fragment” Adam Bałdych i Michał Górczyński w większej części w zasadzie towarzyszą średniowiecznym pieśniom Ensemble Peregriny. Tworzą tło. Jedynie w cantio „Nitor inclite claredinis” ośmielają się uruchomić swój w pełni improwizacyjny model muzycznego świata. To nie jest więc jazzowa płyta. Ale każdy interesujący się muzyką ambitną uważny słuchacz powinien ją znać. To wszak część naszego kulturowego dziedzictwa. To na tej glebie wyrosła muzyka współczesna. Chcemy czy nie, to początki naszej kultury. Rzecz absolutnie niebiańska. Jak tytułowe "Szczęśliwe życie" PS. W 2025 roku w ramach przedsięwzięcia ukaże się nowa krytyczna edycja rękopisu wzbogacona dwujęzycznymi esejami. Autorami opracowania są Agnieszka Budzińska-Bennett oraz znany niemiecki lutnista, muzykolog, specjalista od muzyki średniowiecznej i profesor Schola Cantorum Basiliensis Marc Lewon; publikacja ukaże się nakładem PWM. [1] Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kras_52 [2] Źródło: Elżbieta Wojnowska „Kras. 52 - europejski zabytek polskiej kultury muzycznej z I połowy XV wieku”; Biuletyn Informacyjny Biblioteki Narodowej 4/163/2002” str. 40 [3] Źródło https://culture.pl/pl/wydarzenie/kras-52-drugie-zycie-manuskryptu-muzycznego-z-xv-wieku OBEJRZYJCIE KRÓTKI FILM O POWSTAWANIU śREDNIOWIECZNEJ MUZYKI Z KRAS 52 I JEJ ZNACZENIU DLA NASZEJ KULTURY REPORTAŻ Z NAGRYWANIA PŁYTY "LAETA MUNDUS"
- Jazzda Express Wideo polecenia
30 sekund. Cztery płyty. Świetny jazz europejski. Jazzda Express. Jazz z Wami!
- Kika Sprangers, czyli Jazzda mistyczna
Kika Sprangers „(In)finity” Gdybyś, drogi czytelniku, stanął na brzegu białego, zamarzniętego, skutego grubą warstwą lodu, górskiego jeziora, jeślibyś także powłóczył wzrokiem po górskich stokach wysmaganych wiatrem, górach olbrzymich, poszarpanych, strzelistych i śnieżnobiałych, a nadto wsłuchał się w tę swą samotność, wiatr oraz delikatne przesypujący się po podłożu sypki śnieg – tam właśnie usłyszysz z pewnością subtelne dźwięki ostatniego dzieła Kiki Sprangers. „(In)Finity” napisano bowiem jako jazzową medytację. To jest ocierający się o geniusz album-kontemplacja, zaduma, rozmyślanie - jak mówi nieprzetłumaczalny tytuł wewnętrzna nieskończoność. Hamulec ręczny zaciągnięty nagle w biegu codzienności. Oto wkracza „Winter”, pierwszy z utworów, po którym nie ma już żadnych złudzeń. Pastelowy zaśpiew, rozmyte, porozciągane, wydłużone jak zimowa noc, improwizowane dźwięki, a także nastrój spokoju zbudowany misternie na lirycznych emocjach. Z tego horyzontu wyłania się „Nothingness” – utwór jak kwiat powolutku rozchylający piękny kielich główki. Saksofon liderki muska przestrzeń, towarzyszy jej spokojny rytm sekcji rytmicznej po chwili dołącza zaśpiew przypominający medytacje szamańskie. Trzeci z utworów „I’m Leaving” zaprasza także z wolna, za początku przypomina muzykę obłoków oraz nieskoczońych przestrzeni, lecz po raz pierwszy na płycie, mniej więcej w jego połowie, wkracza pełne instrumentarium, a jest zaprawdę powiadam, potężne. I to jest właśnie to na co czekasz zawsze drogi czytelniku! Kika Sprangers traktuje cię poważnie, z namaszczeniem, nieomal religijnie. Jesteś jej potrzeby do istnienia, więc ofiarowuje ci to, co ma najwspanialszego: swój talent. Wybrzmiewa w takich perełkach jak duet z basistą Williamem Barretem pt. „Duo”(jedyna kompozycja na płycie, której Kika nie jest autorką – stworzona przez Barreta) czy mistyczny „Lunar”, w którym towarzyszy jej przewodnia wokaliza Niny Rompa oraz elektronika. Kobiety – instrumentalistki wkraczają odważnie na scenę jazzową. Już nie są jedynie wokalistkami, lub "ciekawostkami" z instrumentem. Są liderkami składów i tworzą piękne, pełne muzycznej erudycji dzieła. Kika Sprangers to holenderska saksofonistka, kompozytorka i liderka własnego zespołu, która w przyszłym roku skończy zaledwie 30 lat! Jej gra jest aksamitna, welurowa, miękka, otula jak koc, a mawiana płyta zaś zestawia bogactwo jazzowych improwizacji, melodyjną refleksyjność, spokojne tempa, wsparte wycofanymi wokalizami – wszystko każe zamknąć oczy i oddać się biegowi czasu, zespoleniu z przestrzenią, uwolnieniu się z łańcuchów konieczności. Na płycie na pada ani jedno słowo, ale co to tego nie ma wątpliwości. Rozbudowane instrumentarium jest tutaj wprost idealnie zespolone. Tak zbudowana przestrzeń definiuje i tworzy zaś niemal samą siebie, choć przecież jest wynikiem kompozycji. Przypomina mi wiersz, który sam się pisze, bez autora. Kika na każdej kolejnej płycie (tych solowych płyt ma już na koncie pięć, co w jej wieku jest niezłym wyczynem) zadaje wciąż to samo pytanie: co czyni nas ludźmi? Słuchać je bardzo dobrze na "(In)finity". To jest muzyka z duchową projekcją. Według mnie jest to jedna z najlepszych płyt nagranych w tym roku, kolejna już, której autorem jest kobieta . Muzyczny przepych liryzmu jest jednak efektem pracy dużej grupy muzyków, którzy oddali swoje talenty dla tej płyty Oto oni: Kika Sprangers - saksofon Anna Serierse - wokal Nina Rompa - wokal Marit van der Lei - wokal Līva Dumpe - wokal Ketija Ringa Karahona - flet Alistair Payne - trąbka Morris Kliphuis - waltornia Mete Erker - saksofon, klarnet basowy Koen Schalkwijk - fortepian, wurlitzer William Barrett - bas Willem Romers - perkusja
- Wielka Bitwa Patrycji Brennan
Patricia Brennan na czele septetu nagrała niezwykłą płytę, na której mocują się porządek z wariacją, umiar z nadmiarem, harmonia z improwizacją. Ja widzę ją jako bitwę. Widzę tak: Nadszedł czas konfrontacji. Oto w swym kierunku zmierzają dwie gigantyczne armie. Pierwsza – armia harmonii – kroczy równo, karnie, w słusznym ordynku, miarowo. Druga – armia improwizacji – podąża w chaosie, rozpełza się, gna w tym samym kierunku, lecz kpi z gościńców, depcze ostępy, a jednak mozolnie idzie. Ich spotkaniu nikt i nic przeszkodzić nie zdoła - to przeznaczenie. Słychać tę nieuchronność i balans w pierwszym utworze na płycie „Breaking Stretch” septetu wibrafonistki Patrycji Brennan pt. „Los Otros Yo” – dwa wrogie światy z konieczności współistnieją obok siebie, ale każdy chce być górą, pokonać przeciwnika, zwyciężyć. Tylko bitwa może rozstrzygnąć kto. Kolejny, tytułowy utwór z płyty, to gorączka oczekiwania. W końcu nadszedł dzień, w którym obie armie stanęły naprzeciw siebie, ujrzały się, a zmierzywszy się wzrokiem tysięcy mężów rozbiły obozowiska i rozpoczęły wigilię Wielkiej Bitwy. W tę noc generałowie harmonii polecili wojsku spocząć, by było wypoczęte o poranku, zaś sami długo patrzyli w mapy głowiąc się, jak pokonać chaos, nie pozwolić wbić się klinem tej szalonej, krwawej hordzie, przewidzieć nieprzewidywalność improwizacji. Ich przeciwnicy podarli zaś plany, które zawsze są warte funta kłaków, hamują rozwój, kneblują drogę ku zwycięstwu, są wskazówką maluczkich. Pozwolili wojom na zabawę z niewiastami i umiarkowane pijaństwo, bo jutro kac to pewna śmierć. Gdy rozbrzmiewa pieśń „555” obie armie w skupieniu szykują się na bitwę śmiertelną, zwierają szyki w polu, gotują swe dywizje i kohorty. Porządek kontra chaos. Dyscyplina kontra ferment. Harmonia kontra improwizacja. W tym utworze słychać kasandryczną pieśń, w wariacji wibrafonu zawarto moc ostatnich rozkazów, w przeciągłych zawodzeniach sekcji dętej – przed bitewne błogosławieństwa duchownych. Już harmonia stoi w szyku, gotowa do ataku. Już z naprzeciwka improwizacja wygraża, wrzeszczy, przeklina, pluje. „Palo do Oros” zaczyna się nieoczekiwanie solowym popisem basu, oto rusza z flanki lekkie wojsko improwizacji, rozpędza się aż gna w szalonym tempie. W tym momencie z przeciwka startują równo instrumenty dęte. Zgrzyta wibrafon, strzela w niebo trąbka. Zaczęło się! Śmierć wrogowi. Obie strony wiedzą – nie będzie litości. Dziewięciominutowy „Palo de Oros” to nieprzerwane zmaganie porządku i chaosu. Odtąd już w każdym utworze albo jedni, albo drudzy przechylają szalę na swoją korzyść. Gdy w „Sueños de Coral Azul (Blue Coral Dreams)” szaleństwo improwizatorów bierze górę, to w kolejnym „Five Suns” zdyscyplinowana odsiecz sekcji dętej harmonii wbija się klinem w zwycięskie, zmęczonej bojem skrzydło wibrafonu. Oto widać, jak wyrywa się w bój improwizowana trąbka, uderzając z całej siły w zwarty szyk sekcji rytmicznej. Zakotłowało się, w niebo wzbił się tuman kurzu, nic nie widać przez chwilę. A jednak trąbka nie dała rady, musi się wycofać, by nie zginąć. Widać z czasem, że siły harmonii swą dyscypliną przewyższają wroga. Krok po kroku, sztych za sztychem bezlitośnie, równomiernie i konsekwentnie gniotą rywala. Szalejąca z bezsilnej wściekłości armia improwizacji wytacza jeszcze w rezerwie ciężką jazdę, którą słychać w utworze „Mudanza”, gdy naraz z naprzeciwka, zza wzgórza wyłania się jazda harmonii – ich ogiery w jednej linii zalewają falą kohorty improwizacji. Nie ma już ucieczki! Utwór „Manufacturers Trust Company Building” to prawdziwa rzeź improwizacji, która broni się do ostatka bohatersko, ale ich najlepsze wojska giną w repetycji ataków dęciaków, pod dziesiątkami uderzeń miarowego dźwięku werbli. Biada im, biada! Bo widać, że harmonia w istocie nie zna litości. Ostatnie chwile tego utworu to już bój zażarty, na śmierć, nie na niewolę. Improwizacja bohatersko ginie, a jej niedobitki pierzchają. Całość kończy jeden akord - to skierowane ku niebu w tryumfie, skąpane we krwi przeciwników, ostrza mieczy armii harmonii, to szumią jej wzniesione sztandary, a potem nagła cisza. Finałowy „Earendel” jest już jak hymn chwalący męstwo jednych i drugich. Pieśń, która opowiada historię. Hagiograficzny zapis bitwy. Opowieść snuta potem przez wieki. Opowieść o odwiecznej wojnie harmonii z improwizacją według wspaniałej artystki Patricii Brennan i jej septetu. Płyta „Breaking Stretch” to jedno z najdoskonalszych, najpełniejszych dzieł muzycznych, które mi dane było słyszeć w życiu. Wspaniałe











