top of page

Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • No To Jazzda - poradnik Jazzowego Mikołaja

    JEŚLI NIE CHCESZ CZYTAĆ HISTORII, TYLKO SZUKASZ PŁYT SKROLUJ W DÓŁ Spotkawszy Mikołaja nie wahałem się zbyt długo. Znam przecież doskonale ciężki los grudniowych śmiertelników, w pocie czoła wybierających pod choinkę jazzowe płyty dla ukochanych. Zaproponowałem tak oto: by wspólnie opracować Poradnik Jazzowego Mikołaja. – Mikołaju – rzekłem – Mikołaju – zarepetowałem wołaczem, by podkreślić ich chromą i nie do pozazdroszczenia sytuację  – nie zostawiajmy ich samotnych, stroskanych, zmartwionych, obok ogromu półek z płytami, bez wiary we własny muzyczny instynkt. Nie ufajmy wiedzy nieletniego personelu wielogabarytowych sklepów z płytami. Pomóżmy i podpowiedzmy, co kupić? Miko dyktuje listę płyt Miko uśmiechnął się chytrze i od razu wiedziałem, co mu po zaczerwienionym łbie chodzi. Oparliśmy się zatem o najbliższy kontuar, ja kiwałem na barmana, Miko dyktował, a ja wziąłem jego wielgachny czerwony żelowy długopis w kształcie laski i razem stworzyliśmy… … hm wpierw Mikołaj narysował mi plany swojej nowej łodzi podwodnej, bo – powiada  –  robota z renami stała się nudna i od czasu do czasu brzydko pachnie. Łódź będzie sterowana AI, w wersji rozszerzonej w abonamencie za 99,99 miesięcznie (przy zapłacie z góry za rok) co rzekomo zapewnić ma bezpieczeństwo oraz płynne działanie, a na dodatek strategicznie obmyślane kursy, bo latka lecą, a elfy wiecznie nietrzeźwe, więc Miko sam zaiwania. Gadał i gadał. Mówię mu: Miko, kochany, bo z tą listą to jeszcze przed świętami dobrze byłoby popłynąć do ludzi . W końcu jednak dotarliśmy po nitce do sedna. I oto efekt. Generalnie szkoła falenicka rzecze: kupujcie jazz klasyczny, pozycje z kanonu. Ok, zgoda. Koltrejn, Dejwis, Rolins, Morgan i wielu innych. Jednak to nie nasza droga. Dla nas ten wybór jest zanadto przewidywalny i nudny. Szkoła otwocka, której jesteśmy z Miko entuzjastami (a jak się okazało barman także) radzi, by sięgnąć po płyty tegoroczne, ryzykując nieco blamaż, ale za to przy trafieniu WIELKĄ WYGRANĄ: PODZIW ORAZ MIŁOŚĆ (lub odwrotnie). Wiecie jako to jest: Nie ma ryzyka - Nie ma wygranej. Kochani, poniższy zestaw ma charakter propozycji. Ja i Miko nie możemy dać stuprocentowej pewności, że płyty trafią w gust wybranki/wybrańca/osoby wybranej, ale to są naprawdę świetne naszym zdaniem albumy tegoroczne, więc jak to pisali w sklepach w PRL: Jednakowoż podzieliliśmy płyty na proste hasłowe grupy, abyście mieli łatwiej. Dalejże klikajcież rączo bez wahań, aby sprawdzić Jazz - Melodyjnie Ibrahim Maalouf  „Trumpets of Michel-Ange” Eym Trio "Casablanca" Maciej Tubis "Into the night" Jazz Po Staremu Something Else! „Soul Jazz” Lyder Røed Quintet "Upside Down" Jazz Rockowo Elephant 9 "Catching Fire" Tigran Hamasyan " The Bird of a Thousand Voices"   Jazz Klubowo Okvosho „A place between us” Kessoncoda "Outerstate" UWAGA OSTROŻNIE - RYZYKOWNA KATEGORIA Jazz Głośno i Awangardowo Ingebrigt Håker Flaten „Brezzy” The Beat Freaks & Ralph Alessi "Lifeline" Charles Gayle / Milford Graves / William Parker "WEBO" Po prostu jazz Patricia Brennan „Breaking Stretch” Laketia Benjamin "Phoenix Reimagined (Live)" EABS "Reflections of Purple Sun" Kamasi Washington "Fearless Movement" Out Of/Into , the all-star collective Blue Note Quintet Tercet Kamili Drabek "Tak bym chciała kochać już" Filip Żółtowski Quartet "BiBi" Tomasz Stańko Quartet "September Night" Jazz Nastrojowo Piotr Komosiński "Wietrzne historie" (2024 reedycja winyl) Jasmine Myra "Rising" Kika Sprangers " (In)finity" Søren Bebe Trio "First song" Tord Gustavsen " Seeing" Jazz wymykający się schematom Enzo Carniel „Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”

  • Jazzowa opowieść wigilijna

    - Dziadku, proszę, po pierwsze zastanów się czy dostęp do internetu jest ci niezbędny w życiu, po drugie uzasadnij to mocno i dokładnie, po trzecie wypisz też wszystkie swoje kompetencje w tym zakresie, najlepiej wymień certyfikaty albo ukończone kursy lub studia z zakresu programowania i informatyki, wówczas zbierze się kompetentna komisja i na podstawie tego, co napiszesz, być może pozwoli ci prowadzić dalej bloga. Nie trać ducha, ale to nie są moje decyzje. Przecież wiesz co stało się trzy lata temu, przepisy w tym zakresie są jednoznaczne. O, proszę tu jest formularz, weź go, wypełnij, nie tutaj, najlepiej w domu. Masz kogoś, kto ci w tym pomoże? Dasz radę to sam napisać? Dziadku, słyszysz mnie? JAZZDA DZIADEK WŁAŹ NA PIEC PACIERZE KLEPAĆ!` DZIAD - AUTOR BLOGA JAZZDA W ROKU 2046 Słyszałem. Bezsilnie patrzyłem na swoje dłonie. Kipiała we mnie złość i mieszała się z bezgranicznym smutkiem, który pełzł do wszystkich zakamarków ciała, a w koniuszkach palców poczułem nieznane mi dotąd mrowienie i chęć uduszenia baby. Z olbrzymim wysiłkiem stłumiłem emocje, ponieważ wybuch przekreśliłby ostatecznie szansę na odzyskanie dostępu do sieci i bloga. – Dobrze, tak zrobię, ale domyśla się Pani jakie to dla mnie ciężkie do zrozumienia, wszak prowadziłem tego bloga przez ostatnie 22 lata. Moja droga, ja nie uległem Atakowi, nigdy nie klikałem w te ruskie bzdury. Karzecie mnie za błędy innych staruchów. Czułem jednak, że to na nic. Blisko 50-letnia kobieta ze słynnego pokolenia zetek, schludnie ubrana urzędniczka była wobec mnie miła i pełna powierzchownego współczucia, ale nic ponadto. W dodatku właśnie to jej współczucie było najgorsze. Bo byłem dla niej dziadem. Przepraszam. Oni nigdy nie ośmieliliby się na taki epitet. Są zbyt grzeczni. Dziadkiem. Straszne. Powlokłem się noga za nogą do domu. Nie musiałem nic mówić Joannie, znała mnie na wylot, przytuliła i poklepała po plecach. – Napiszemy takie uzasadnienie, że będą je stosować za wzór – pocieszyła. Też była smutna, przecież przed laty to właśnie ona namówiła mnie do uruchomienia bloga Jazzda.net i cierpliwie znosiła przez te wszystkie lata moją pisaninę. A ja wciąż, jak wtedy, gdy miałem 53 lata obiecywałem jej, że blog już niedługo, lada miesiąc będzie przynosić dochody i zacznę zarabiać. ATAK RUSKICH PRZEZ TYCH PRZEKLĘTYCH STARUCHÓW Trzy lata temu Rosjanie przypuścili na Unię Europejską misternie przygotowany atak hakerski i zdemolowali infrastrukturę telekomunikacyjną oraz energetyczną. Atak spowodował olbrzymi chaos, ponieważ przeprowadzono go podczas najsroższej zimy od lat 70. ubiegłego stulecia. Stanęły całe miasta, zwalił się system - dosłownie. Ponad 5 tysięcy ludzi straciło życie – na skutek wypadków (przestało działać oświetlenie uliczne), wychłodzenia (ludzie w podeszłym wieku w popłochu wychodzili na ulicę by prosić o pomoc), zamknięci w windach, których nie dało się uruchomić czy samolotach, które rozbiły się podczas próby lądowania na nieoświetlonych lotniskach. Rosjanie wzorowali się na akcji Mossadu z 2024. Najpierw, na terenie UE, przy pomocy jej obywateli - agentów stworzyli korporację, która przez kilka lat budowała swoją markę, jak normalne przedsiębiorstwo korzystające z wolnego rynku. Korporacja Tytan – tak się nazywała – działała w branży hi tech, produkowała smartfony i laptopy. Kiedy była już znanym brandem wprowadziła Emila – prosty smartfon stworzony dla osób 60+. Emil miał wszystko duże, jasne, przejrzyste, no i był najtańszym inteligentnym opiekunem seniora. Mierzył parametry życiowe i przekazywał do odpowiedniego centrum. Przypominał o lekach. Towarzyszył samotnym, gawędził z nimi, cierpliwie słuchał co mieli do powiedzenia. Był wprost stworzony dla seniorów. Emil stał się szybko hitem, dzieci i wnuki, bardzo chętnie kupowali je swoim rodzicom i dziadkom, zwłaszcza tym samotnym. Czuli się dzięki nim lepiej – zajęci swoimi sprawami, mieli przeświadczenie, że po prostu Emil pomaga ich rodzicom cieszyć się z życia. Aż przyszedł Atak. Część zainfekowanych wiadomości była misternie przygotowaną wiadomością o konieczności aktualizacji systemu Emila, wymagającego podłączenia do sieci. Część trojanów - i to ta najgorsza – wdarła się do systemu poprzez informacje handlowe, na które chętnie seniorzy klikali. Prościej mówiąc: to oni sami pomogli Rosjanom w Ataku. Po wlokących się w nieskończoność miesiącach wszystko wróciło do normy, ale UE jeszcze przez kilka lat podnosiła się z doskonałego i celnego ataku. Tymczasem gospodarka Rosji rosła, jak na sterydach proponując swoje towary i usługi całemu światu, podczas gdy firmy z UE w zasadzie nie istniały bez pełnego dostępu do kont bankowych czy swoich kontrahentów etc. Wiele z nich – i to bardzo znanych, po prostu zbankrutowało, a tysiące ludzi w zasadzie z miesiąca na miesiąc straciło pracę. Rosjanie nie musieli najeżdżać unii, aby ją zdemolować. Wystarczyło ją na dłuższy czas… wyłączyć - przy pomocy podstępnego Ataku, w którym nieświadomie pomogli… seniorzy. Konsekwencje były łatwe do przewidzenia. Okrzepłe z czasem struktury Unii Europejskiej wprowadziły szereg zakazów dla seniorów. Pierwszy o dziwo przyszedł zakaz prowadzenia samochodów po 75 roku życia. Po nim wprowadzono zakaz poruszania się po mieście bez opieki po godz. 22. Następni pojawili się obowiązkowi opiekunowie podczas zakupów  i to tylko w określonych godzinach, wreszcie wprowadzono zakaz używania internetu, a ściślej mówiąc ogromne ograniczenie dostępu do internetu. Padłem ofiarą tego ostatniego. Od 53 roku życia prowadziłem blog jazzowy. Przez 22 lata. I właśnie dziś, na tydzień przed 75 urodzinami zamknęli mi do niego dostęp. Czułem się stary, niepotrzebny, a co najgorsze. bezsilny. Zacząłem bezwiednie przeglądać bardzo leciwe jak ja recenzje, z początku bloga. Była końcówka roku 2024, gdy napisałem: Alexi Tuomarila „Departing the Wasteland” Jakie to pustkowia opuszcza fiński pianista, którego poprzednie płyty zapamiętałem za solidne, europejskie jazzowe granie? Dokąd zmierza? Wydaje się, że wciąż zerka w kierunku estetyki rockowej, przy jednoczesnym dość kurczowym trzymaniu się jazzowego kursu. Płytę zaczyna – a jakże – fortepian! Lider długo wprowadza i obraca na wszystkie strony temat śpiewny, a potem, nagle skrzydła od razu rozwija cały zespół, jakby grupa chciała tu i teraz zaprezentować wszystkie walory tworząc tło do kaskadowych ornamentów pianistycznych lidera, bo i Tuomarila jest świetnym improwizatorem. Drugi utwór, pt. „Gaman” budowany jest długo, aby po półtorej minuty przejść w śpiewne akordy, które – zapewnie bezpodstawnie – skojarzyły mi  się z melodiami ABBY. Warto zwrócić uwagę na pieśń trzecią, gdyż choć tempo zwalnia, to tętno słuchacza przyspiesza i chętniej słucha melodyjnych popisów Tuomarili, które rzeczony w tym kawałku znacznie subtelniej artykułuje. I gdy wydaje się, że tu już nie będzie niespodzianek, że poznaliśmy stylistykę albumu, nagle na scenę wkracza „Inner Westeland” i jest rzeczywiście zupełnie inaczej: zapada muzyczny mrok, gitara elektryczna rysuje rockowy pejzaż, gra długie solo w drugiej partii utworu, a wszystko spina tło dusznej elektroniki, jak z dark ambientu. Tylko perkusja i trąbka są stricte jazzowe. Mieszanina powoduje jednak, że zapamiętuję ten kawałek i puszczam go sobie jeszcze wiele razy. Z płyty warto wspomnieć jeszcze bliski prog-rockowy, ostatni utwór pt. "Circle", choćby z powodu bardzo udanego grania José Pedro Coelho na saksofonie tenorowym. Tuomarila od lat konsekwentnie buduje swój styl. Trzyma się własnego trio, od dawna współpracuje z Matsem Eilertsenem na basie i Olavi Louhivuori na perkusji. Zyskał szerokie uznanie, a albumy takie jak Seven Hills , Kingdom i Sphere ugruntowały jego pozycję jako jednego z najbardziej ekscytujących pianistów swojego pokolenia. Dla przypomnienia Alexi grał wraz z Tomaszem Stańką na albumie „Dark Eyes”. Płyta „Departing the Wasteland” jest godna polecenia, a jakże. Alexi Tuomarila - piano, synthesizers Andre Fernandes - guitar Mats Eilertsen - bass Olavi Louhivuori - drums Gil Silva - trombone on Gaman, Inner Westeland, Circle José Pedro Coelho - tenor sax on Gaman, Inner Westeland, Circle João Guimarães - alto sax and flute on Gaman, Inner Westeland, Circle KOMISJA BADA JAZZDĘ Czułem się jak ubezwłasnowolniony, cyfrowy osesek przywiązany do swojego łóżeczka. Ograniczenia wprowadzone dla starszych osób skutecznie zawężały pole manewru w sieci. Każdego dnia bezradnie wpatrywałem się w ekran laptopa i co rusz, bezpodstawnie licząc na błąd algorytmu, wciskałem enter. Próbowałem wejść na swojego bloga, dokonać kolejnego wpisu. Gdzie tam! Bez skutku. Za każdym razem pojawiała się ta sama przeklęta ramka z jednym akapitem tekstu mówiącym, że na podstawie takiego i takiego dekretu dalej nie przejdę. Oddawajcie mi mojego bloga! W międzyczasie odebrałem kilka maili od muzyków nadsyłających swoje nowe nagrania. Mogłem je jedynie odsłuchać i odpowiedzieć mailem, pilnie strzeżony przez wirtualnego asystenta AI, pytającego mnie przy każdym poleceniu „czy jesteś pewien, że to właśnie chcesz zrobić”, co doskonale wybijało z rytmu i zniechęcało. Oczywiście, że wszystkim się skarżyłem. Pisałem bez ogródek, że jestem ostatnią ofiarą rosyjskiego Ataku, że po tylu latach urząd bezdusznie odebrał mi dostęp. Zadzwonił też Jakub, jeden z muzyków, którego płyty opisywałem na blogu od lat, byliśmy dobrymi znajomymi, bardzo ceniłem go jako gitarzystę i człowieka. - To jakiś absurd, naprawdę zamknęli Twojego bloga, bez pytania o zgodę, po prostu dlatego, że skończyłeś 75 lat ? – Nie dowierzał mi. – Przecież to jakiś faszyzm – a ja wtedy, wciąż wierząc w elementarny obiektywizm, zacząłem bezwiednie bronić swoich adwersarzy mówiąc, że nawet pojmuję to rozumowanie, które jest konsekwencją Ataku. – Chyba cię pojebało – skwitował Jakub. Właśnie dlatego kochałem artystów, bo nie kombinowali, szli na żywioł, nie obiektywizowali, ich potrzeby i emocje wyznaczały trajektorię życia. Odwołałem się i cierpliwie czekałem na dzień spotkania z komisją, przygotowując w myślach dantonowskie tyrady i robespierowskie logiczne sztychy. Ale kiedy stanąłem przed komisją, uszło ze mnie całe powietrze. Otóż na sali, według sprawiedliwego parytetu, siedziała czwórka mizernie wyglądających istot ludzkich. Niestety, w ich obliczach nie dostrzegłem surowej europejskiej sprawiedliwości, a raczej typową środkowoeuropejską tęsknotę za inteligencją. KOMISJA PRZESŁUCHUJE DZIADA JAZZDĘ Omówiłem swój problem w kilku zdaniach kończąc – S zanowni Państwo, jestem w pełni władz umysłowych, używam internetu od lat, sam tworzę witryny internetowe, sam piszę swojego bloga, mam nadzieję, że rzuciliście na niego okiem, nie ma żadnych podstaw, aby uznać, że stanowię cyfrowe zagrożenie. Środkowy członek komisji płci wyraźnie męskiej przesuwał coś na ekranie swojego tabletu. Miałem nadzieję, że ogląda mój blog, lecz on grzebał w cyfrowych aktach. - Otóż z dokumentów wynika, że był pan posiadaczem urządzenia Emil o numerze seryjnym EMR 77935 -42-32 – uderzył znienacka. Rzeczywiście byłem. Dostałem go od bratanka. Włączyłem kilka razy, ale uznałem, że jest to urządzenie dla starych dziadów, a nie dla takiego fajnego luzackiego seniora jak ja, więc wylądował w szufladzie. Tak też odpowiedziałem. DZIAD JAZZDA (75 LAT) NIE WIE CO POWIEDZIEĆ Mężczyzna z komisji był jednakowoż nieustępliwy: – Czy dezaktywował Pan system urządzenia Emil. Krótko mówiąc, czy go pan wyłączył? – dociskał. Musiałem przyznać, że nie pamiętałem. Po prostu włożyłem go do szuflady, a potem, już po wszystkim, zgodnie z nakazem władz oddałem na policję. Chyba tak. – Otóż z danych wynika, że nie zachował pan procedur bezpieczeństwa i Emil pozostał aktywny – zrobiłem wielkie oczy. – No tak, drogi panie, pański Emil wysyłał informacje szpiegowskie jeszcze przez… - znów przesuwał coś na ekranie paluchem. – pięć tygodni, zanim się wyłączył z powodu wyczerpania baterii. Tego się nie spodziewałem. Poczułem się jak zdrajca Europy. – Ale to było na długo przed tym, jak okazało się, że Atak przeprowadzono poprzez Emile, czy Emilów – zadukałem usiłując skutecznie przypominać Dantona i przeciwstawić ostatecznemu zatonięciu mojego ukochanego bloga. – Skąd mogłem przypuszczać, że urządzenie jest groźne, nikt się wszak tego nie spodziewał. - Czego nie spodziewał ? – dopytała pani ze skraju komisji, nie zrozumiawszy słowa „wszak”. Opadły mi ręce. Środkowy pan z zaś dodał: - No właśnie chodzi o to, że gdyby Pan i Pana rówieśnicy zachowywali się racjonalnie, to wyłączyłby Pan swoje urządzenie i nie stwarzałoby ono zagrożenia. Komisja przed zakończeniem obrad przyoblekła znów twarze w dobrotliwe uśmiechy, które dawały mi wyraźnie do zrozumienia: i dź staruszku do domu i zajmij się majsterkowaniem, wyprowadź pieska na spacer, zapisz się do Koła Seniorów i nie zawracaj nam dupy. Miałem cierpliwie czekać na orzeczenie. Oczekiwanie na werdykt komisji wlekło się w nieskończoność. Ale w końcu się doczekałem: CHCESZ SIĘ DOWEIDZIEĆ, JAK TO SIĘ SKONCZYŁO? WYBIERZ ZAKOŃCZENIE. JEDNO Z NICH JEST DOBRE, DRUGIE BEZNADZIEJNE. \OD CIEBIE ZALEŻY, JAK TA JAZZDOWA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA SIĘ SKOŃCZY WYBIERZ ZAKOŃCZENIE ALBO

  • Jazzda w Lotosie

    Benjamin Rocca "Journey of the Lotus" W odmętach muzycznej nadprodukcji płyta „Journey of the Lotus” aż lśni. Nagrał ją z dużym zespołem skromniutki pianista z Londynu Benjamin Rocca, który prócz fortepianu opanował istotę bycie sobą tuiteraz, co w dzisiejszych czasach okazuje się być towarem chodliwszym od jazzu. Na jego stronie internetowej przedstawia swe zawodowe przymioty w takiej kolejności: WELL-BEING, MEDITATION, YOGA, JAZZ MUSICIAN, COMPOSER, ARTIST. Ale jazda! Przepraszam Jazzda. Żartów nie ma, gdyż Benjamin odkrył miłość do jogi i medytacji w wieku 16 lat i od tamtej pory zintegrował je z życiem, obok swojej udanej kariery jako muzyk i kompozytor. Patrząc zazdrośnie na gładką i nie pooraną jak moja zmarszczkami twarz Bejamina, mniemam tymczasem, że „od tamtej pory” zamyka się mniej więcej w dekadzie. Chcę powiedzieć: gołowąs, mleko pod nosem. Ano właśnie. Znowu więc na moim blogu gości artysta mający lat niewiele, a dużo talentu i umiejętności. Płyta z bardzo nowoczesnym i nietrudnym w odbiorze jazzem lokuje się blisko zachwytu. Rozbudowane instrumentarium, duży zespół, sporo elektronicznych instrumentów, różnorakie klimaty (np. Better Together – klubowy, miękki jak kaczuszka, bujający biodrami, troszkę marsalisowski czy tuż obok prog-jazzowy, rozbudowany, hymniasty, długaśny, z rockową perkusją, piękną solówką na flecie i trąbce E.I.E.) Album "Journey of the Lotus" nie jest spójny, bo – takie moje przypuszczenie – wcale nie miał taki być. To raczej produkt dzisiejszych czasów, w myśl zasady: jeśli już mam szansę, to pokazuje pełnię możliwości. Nie waham się tego albumu zarekomendować, bo warto już choćby tylko dla pierwszego, dynamicznego „The Dance", nad którym krąży duch Wojtasika, Santany, Hancocka i Glaspera. Brać! Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej. Dziękuję!

  • Jazzda: Piotr Komosiński poleca

    Czego słuchają muzycy? Jakie płyty podarowaliby najchętniej? Na pierwszy ogień: Piotr Komosiński, kontrabasista, basista, kompozytor, producent. 30 lat na scenie m.in . w Potty Umbrella, Hotel Kosmos,  Ex Usu, Die Perspektive oraz  POLA, który poleca cztery albumy. TEKST Robert Kozubal - Jazzda.blog FOTO ilustracyjne: Justyna Małecka - LINK FB + LINK INSTA John Coltrane „Giant Steps” Nagrany w 1959, podczas dwóch sesji, a wydany w lutym 1960 roku ikoniczny album najsłynniejszego saksofonisty jazzowego. Nazwa tytułowego utworu, a tym samym całej płyty wzięła się – jak mówił Coltrane - stąd, że „linia basu przypomina susy. Przechodzi od małych tercji do kwart, czyli jakby koślawo na tle typowej sekwencji w kwartach albo półtonach” . Płyta bardzo osobista. „Naima” to ukłon dla żony, „Syeeda’s Song Flute” poświęcony jest córce, „Cousin Mary” kuzynce muzyka, a „Mr P. C.” to ukłon dla Paula Chambersa, basisty, członka jego składu. Coltrane uważał go za „jednego z najwspanialszych basistów jazzowych. Tak o nim mówił: „Nie mam słów na opisanie jego sposobu gry. Kontrabas to nader istotny instrument o fundamentalnym znaczeniu dla funkcjonowania zarówno całej grupy, jak i poszczególnych solistów, toteż za wielkie szczęście poczytuję sobie, że mógł ze mną zagrać podczas tych sesji i że tyle czasu mogliśmy wspólnie grać u Milesa " – bo w sesji, z której utwory finalnie znalazły się płycie, tworzyli także muzycy, którzy nagrali pół roku wcześniej najbardziej znany album w historii jazzu, czyli „Kind of Blue” Milesa Davisa. - Boję się, czy czasami to, co gram, nie przypomina wprawek akademickich, a ja tak się staram, żeby to brzmiało jak najładniej – mówił Coltrane tuż przed nagraniem tej płyty i „Giant Steps” jest koronnym w jego karierze albumem, w którym wcielił w życie tę  zasadę. Esbjorn Svensson Trio (e.s.t.) „Tuesday Wonderland” Nagrany w 2006 roku album wspaniałych Szwedów, którzy uczynili cnotę z łączenia jazzu z popem, a elektronice nadali status równoprawnego instrumentu w jazzowej stylistyce. Najtrafniej album opisał wpływowy magazyn Jazzwise : " Na początku była Szwecja, potem Europa, a teraz cały świat. Jeśli jest na świecie ktoś, kto ma jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jak oryginalny, wciągający i dynamiczny jest ten zespół, to niech sięgnie po Tuesday Wonderland, ich dziesiąty album [...] To wielki triumf wiodącej europejskiej grupy jazzowej, który wydaje się, że przyćmi sukces zeszłorocznego Viaticum, najlepiej sprzedającego się instrumentalnego albumu jazzowego w Europie w 2005 roku ". GoGo Penguin „Man Made Object” „ Wielu fanów house i techno będzie mocno zaskoczonych, jak dobrzy w imprezowaniu mogą być trzej jazzmani z szafy ” – napisał „ Guardian ” po wydaniu tej płyty trzech szalonych, młodych muzyków z robotniczego Manchesteru w lutym 2016 roku, niemal dokładnie 56 lat po „Giant Steps” Coltrane’a. Dodatkowym smaczkiem był fakt, że płytę wydała Blue Note, wytwórnia jazzowa do szpiku. Bo "Obiekt wykonany przez człowieka" GGP, a klasyki Blue Note dzielą parseki. O ile E.S.T. wprowadzili elektronikę na jazzowe salony, to dekadę później właśnie trio GoGo Penguin, wysunęło ją na czoło pomysłów i aranżacji artystycznych. Basista zespołu, Nick Black dobitnie określił rolę elektroniki podczas nagrania „Man Made Object” : „Muzyka elektroniczna nie ma ustalonego zestawu reguł, których trzeba przestrzegać, ona reprezentuje większą wolność. To nie tak, że nie chcemy być postrzegani jako zespół jazzowy. Ale jeśli ludzie tak o nas myślą, to musimy się czegoś trzymać ...” Był to trzeci album grupy, przez wielu uważany za najważniejszy. Piotr Komosiński „Wietrzne Historie” Kolejny przemyślany i dojrzały album Piotra Komosińskiego, który wpisuje się w jeden z konsekwentnie eksplorowanych przez artystę obszarów, który ja nazywam jazzem duchowym.  Oddajmy głos mojemu znakomitemu koledze, Pawłowi Ziembie , który w „Polish Jazz Blog”, największym w Polsce portalu o polskiej muzyce improwizowanej napisał: „ To piękna, ilustracyjna propozycja, która urzeka swoim minimalizmem. Nie znajdziecie tu wypchanych, przypominających pękate pluszaki nagrań. Usłyszycie idealne wyczucie i styl, hipnotyzującą swoim brzmieniem trąbkę, subtelnie zastosowaną elektronikę, ciekawe improwizacje kontrabasu, kołysankowy nastrój. Jednocześnie odnajdziecie wiele powietrza i ciszy. To bardzo uniwersalna muzyka, uszyta na indywidualne potrzeby każdego odbiorcy.” Cały tekst Pawła Ziemby pod LINKIEM W stu procentach się z tą charakterystyką zgadzam. Dodałbym absolutnie powalający udział w utworze "Przestrzeń" trębacza Wojciecha Jachny. Jest jeszcze naprawdę ostatnia szansa na kupno reedycji, wydania winylowego albumu „Wietrzne Historie”. W tym celu wystarczy skontaktować się przez facebook z artystą, Piotrem Komosińskim https://www.facebook.com/PiotrKomosinski .  Śmiało, jeśli słuchacie muzyki z analogów, zapewniam: nie będziecie żałować. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej DZIĘKUJĘ

  • Kras 52, Laeta Mundus, jazz i Mikołaj z Radomia

    LAETA MUNDUS Schola Cantorum Basiliensis jest jak Harvard, a nawet lepiej: jest najbardziej znanym i największym instytutem zajmującym się badaniem muzyki dawnej i kształceniem w tym zakresie. Bazylea - mówiąc językiem mediów - to światowa stolica muzyki dawnej. Ze Schola Cantorum Basiliensis związana jest zaś niezwykła grupa: Ensemble Peregrina, której założycielką jest Agnieszką Budzińska-Bennett śpiewaczka, harfistka, pianistka i muzykolożka. Kwartet uzupełniają Hanna Järveläinen (śpiew), Lorenza Donadini (śpiew) i Grace Newcombe (śpiew i harfa). A co to jest Kras 52? To znane dotąd wąskiemu gronu badaczy historii muzyki najcenniejsze polskie źródło średniowiecznej muzyki polifonicznej czy też w ogóle najcenniejsze źródło muzyki późnego średniowiecza w Polsce. Kras 52 to po prostu manuskrypt o wymiarach 30,4 × 22 cm składający się z 206 kart (plus 11 kart ochronnych). Papier, na którym wykonano rękopis, pochodzi z drugiej połowy lat 40. i lat 50. XV wieku [1] Zawiera kompozycje Mikołaja z Radomia (pierwszy znany z nazwiska kompozytor polski [2] ), Mikołaja z Ostroroga, prawdopodobnie Stanisława Ciołka, być może Mikołaja z Błonia oraz kompozytorów spoza Polski m. in. pochodzenia flamandzkiego. Jest jednym z najcenniejszych zabytków Biblioteki Narodowej. Chcecie zobaczyć jak wyglądają nutki ze Średniowiecza? No to dalejże nura hopsa tutaj - KLIKAJ (strona 40) Historia tego dokumentu jest wielce fascynująca, bo ocalał jakimś (nie wiadomo jakim) cudem z hekatomby Powstania Warszawskiego, podczas której podpalono gmach przy ul.  Okólnik 9, gdzie mieściły się zbiory Biblioteki Krasińskich. Ale to inna opowieść. Wróćmy do płyty. Bo ten - jak to u mnie - przydługi i przegadany wstęp służył do zapowiedzi płyty absolutnie niezwykłej . Niezwykłej z co najmniej czterech powodów. Po pierwsze Agnieszka Budzińska-Bennett kieruje zespołem realizującym projekt "Kras 52" w Instytucie Adama Mickiewicza [3]  i wraz ze swoją grupą Ensemble Peregrina   nagrała w jego ramach album „(dla wytwórni ANAKLASIS). Po drugie przy tworzeniu materiału na płytę sięgnęła po wsparcie jazzmanów i to z ekstraklasy: skrzypka Adama Bałdycha oraz Michała Górczyńskiego (klarnet kontrabasowy).  Po trzecie Agnieszka Budzińska-Bennett uzupełniła wybrane ustępy z Kras 52 kompozycjami związanymi z Krakowem, a zapisanymi w innych XV-wiecznych polskich źródłach. Po czwarte wreszcie Adam Bałdych zagrał na tej płycie m.in . na skrzypcach renesansowych. I tak oto powstał album wielce oryginalny, który właśnie teraz, w okresie przedświątecznym brzmi wyjątkowo. Jest to muzyka z innego wymiaru, innej czasoprzestrzeni, łagodna, sakralna, płynąca prosto do serca. Słuchając tych fraz czujemy się porwani w czasie, przenosimy się w okamgnieniu do zapylonych i dusznych średniowiecznych katedr, oświetlonych i okopconych setkami świec i łuczyw, wypełnionych ludem bojaźliwie zerkających na kolorowe ściany, na różnobarwne witraże, na realistyczne sceny biblijne zdobiące strzeliste sklepienia. Co najdziemy na płycie? Zarówno otwarte i poddające się improwizatorskiemu stylowi gry Adama Bałdycha aranżacje, jak i nowo powstałe kompozycje zainspirowane najcenniejszymi rękopisami średniowiecznej muzyki polskiej. Nie zabrakło miejsca dla podejścia konceptualnego – prowadzona przez Bałdycha improwizacja, zabawa zastanym materiałem, stała się podstawą polifonicznego muzykowania ze śpiewaczkami i Górczyńskim. „Moje pomysły powstawały pod wpływem interakcji z Peregriną. Wsłuchiwałem się w ich głosy i reagowałem, tak by wspólna kreatywność miała przełożenie na to, jak wykonamy te utwory” – podkreśla   Bałdych . „Dziewczyny okazały się otwarte na eksperyment. Były przygotowane na to, że będzie to projekt, w którym należy przekroczyć granice. Dały się porwać. Zaufały mi”. „ Moje dziewczyny były zachwycone. To nie były zwyczajowe »nudy średniowieczne«, które im podaję ” – śmieje się Budzińska-Bennett . -„ To był projekt, przy którym musiałyśmy być bardzo czujne. Wspólne improwizowanie nie jest proste, a tu jeszcze należy wyczuć moment, w którym daną improwizację powinno się zakończyć, by zaintonować zapisany fragment” Adam Bałdych i Michał Górczyński w większej części w zasadzie towarzyszą średniowiecznym pieśniom Ensemble Peregriny. Tworzą tło. Jedynie w cantio „Nitor inclite claredinis” ośmielają się uruchomić swój w pełni improwizacyjny model muzycznego świata. To nie jest więc jazzowa płyta. Ale każdy interesujący się muzyką ambitną uważny słuchacz powinien ją znać. To wszak część naszego kulturowego dziedzictwa. To na tej glebie wyrosła muzyka współczesna. Chcemy czy nie, to początki naszej kultury. Rzecz absolutnie niebiańska. Jak tytułowe "Szczęśliwe życie" PS. W 2025 roku w ramach przedsięwzięcia ukaże się nowa krytyczna edycja rękopisu wzbogacona dwujęzycznymi esejami. Autorami opracowania są Agnieszka Budzińska-Bennett oraz znany niemiecki lutnista, muzykolog, specjalista od muzyki średniowiecznej i profesor Schola Cantorum Basiliensis Marc Lewon; publikacja ukaże się nakładem PWM.  [1]  Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kras_52   [2]  Źródło: Elżbieta Wojnowska „Kras. 52 - europejski zabytek polskiej kultury muzycznej z I połowy XV wieku”; Biuletyn Informacyjny Biblioteki Narodowej 4/163/2002” str. 40 [3] Źródło  https://culture.pl/pl/wydarzenie/kras-52-drugie-zycie-manuskryptu-muzycznego-z-xv-wieku OBEJRZYJCIE KRÓTKI FILM O POWSTAWANIU śREDNIOWIECZNEJ MUZYKI Z KRAS 52 I JEJ ZNACZENIU DLA NASZEJ KULTURY REPORTAŻ Z NAGRYWANIA PŁYTY "LAETA MUNDUS"

  • Jazzda Express Wideo polecenia

    30 sekund. Cztery płyty. Świetny jazz europejski. Jazzda Express. Jazz z Wami!

  • Kika Sprangers, czyli Jazzda mistyczna

    Kika Sprangers „(In)finity” Gdybyś, drogi czytelniku, stanął na brzegu białego, zamarzniętego, skutego grubą warstwą lodu, górskiego jeziora, jeślibyś także powłóczył wzrokiem po górskich stokach wysmaganych wiatrem, górach olbrzymich, poszarpanych, strzelistych i śnieżnobiałych, a nadto wsłuchał się w tę swą samotność, wiatr oraz delikatne przesypujący się po podłożu sypki śnieg – tam właśnie usłyszysz z pewnością subtelne dźwięki ostatniego dzieła Kiki Sprangers. „(In)Finity” napisano bowiem jako jazzową medytację. To jest ocierający się o geniusz album-kontemplacja, zaduma, rozmyślanie - jak mówi nieprzetłumaczalny tytuł wewnętrzna nieskończoność. Hamulec ręczny zaciągnięty nagle w biegu codzienności. Oto wkracza „Winter”, pierwszy z utworów, po którym nie ma już żadnych złudzeń. Pastelowy zaśpiew, rozmyte, porozciągane, wydłużone jak zimowa noc, improwizowane dźwięki, a także nastrój spokoju zbudowany misternie na lirycznych emocjach. Z tego horyzontu wyłania się „Nothingness” – utwór jak kwiat powolutku rozchylający piękny kielich główki. Saksofon liderki muska przestrzeń, towarzyszy jej spokojny rytm sekcji rytmicznej po chwili dołącza zaśpiew przypominający medytacje szamańskie. Trzeci z utworów „I’m Leaving” zaprasza także z wolna, za początku przypomina muzykę obłoków oraz nieskoczońych przestrzeni, lecz po raz pierwszy na płycie, mniej więcej w jego połowie, wkracza pełne instrumentarium, a jest zaprawdę powiadam, potężne. I to jest właśnie to na co czekasz zawsze drogi czytelniku! Kika Sprangers traktuje cię poważnie, z namaszczeniem, nieomal religijnie. Jesteś jej potrzeby do istnienia, więc ofiarowuje ci to, co ma najwspanialszego: swój talent. Wybrzmiewa w takich perełkach jak duet z basistą Williamem Barretem pt. „Duo”(jedyna kompozycja na płycie, której Kika nie jest autorką – stworzona przez Barreta) czy mistyczny „Lunar”, w którym towarzyszy jej przewodnia wokaliza Niny Rompa oraz elektronika. Kobiety – instrumentalistki wkraczają odważnie na scenę jazzową. Już nie są jedynie wokalistkami, lub "ciekawostkami" z instrumentem. Są liderkami składów i tworzą piękne, pełne muzycznej erudycji dzieła. Kika Sprangers to holenderska saksofonistka, kompozytorka i liderka własnego zespołu, która w przyszłym roku skończy zaledwie 30 lat! Jej gra jest aksamitna, welurowa, miękka, otula jak koc, a mawiana płyta zaś zestawia bogactwo jazzowych improwizacji, melodyjną refleksyjność, spokojne tempa, wsparte wycofanymi wokalizami – wszystko każe zamknąć oczy i oddać się biegowi czasu, zespoleniu z przestrzenią, uwolnieniu się z łańcuchów konieczności. Na płycie na pada ani jedno słowo, ale co to tego nie ma wątpliwości. Rozbudowane instrumentarium jest tutaj wprost idealnie zespolone. Tak zbudowana przestrzeń definiuje i tworzy zaś niemal samą siebie, choć przecież jest wynikiem kompozycji. Przypomina mi wiersz, który sam się pisze, bez autora. Kika na każdej kolejnej płycie (tych solowych płyt ma już na koncie pięć, co w jej wieku jest niezłym wyczynem)  zadaje wciąż to samo pytanie: co czyni nas ludźmi? Słuchać je bardzo dobrze na "(In)finity". To jest muzyka z duchową projekcją. Według mnie jest to jedna z najlepszych płyt nagranych w tym roku, kolejna już, której autorem jest kobieta . Muzyczny przepych liryzmu jest jednak efektem pracy dużej grupy muzyków, którzy oddali swoje talenty dla tej płyty Oto oni: Kika Sprangers - saksofon Anna Serierse - wokal Nina Rompa - wokal Marit van der Lei - wokal Līva Dumpe - wokal Ketija Ringa Karahona - flet Alistair Payne - trąbka Morris Kliphuis - waltornia Mete Erker - saksofon, klarnet basowy Koen Schalkwijk - fortepian, wurlitzer William Barrett - bas Willem Romers - perkusja

  • Wielka Bitwa Patrycji Brennan

    Patricia Brennan na czele septetu nagrała niezwykłą płytę, na której mocują się porządek z wariacją, umiar z nadmiarem, harmonia z improwizacją.  Ja widzę ją jako bitwę. Widzę tak: Nadszedł czas konfrontacji. Oto w swym kierunku zmierzają dwie gigantyczne armie. Pierwsza – armia harmonii – kroczy równo, karnie, w słusznym ordynku, miarowo. Druga – armia improwizacji – podąża w chaosie, rozpełza się, gna w tym samym kierunku, lecz kpi z gościńców, depcze ostępy, a jednak mozolnie idzie. Ich spotkaniu nikt i nic przeszkodzić nie zdoła - to przeznaczenie. Słychać tę nieuchronność i balans w pierwszym utworze na płycie „Breaking Stretch” septetu wibrafonistki Patrycji Brennan pt. „Los Otros Yo” – dwa wrogie światy z konieczności współistnieją obok siebie, ale każdy chce być górą,  pokonać przeciwnika, zwyciężyć. Tylko bitwa może rozstrzygnąć kto. Kolejny, tytułowy utwór z płyty, to gorączka oczekiwania. W końcu nadszedł dzień, w którym obie armie stanęły naprzeciw siebie, ujrzały się, a zmierzywszy się wzrokiem tysięcy mężów rozbiły obozowiska i rozpoczęły wigilię Wielkiej Bitwy. W tę noc generałowie harmonii polecili wojsku spocząć, by było wypoczęte o poranku, zaś sami długo patrzyli w mapy głowiąc się, jak pokonać chaos, nie pozwolić wbić się klinem tej szalonej, krwawej hordzie, przewidzieć nieprzewidywalność improwizacji. Ich przeciwnicy podarli zaś plany, które zawsze są warte funta kłaków, hamują rozwój, kneblują drogę ku zwycięstwu, są wskazówką maluczkich. Pozwolili wojom na zabawę z niewiastami i umiarkowane pijaństwo, bo jutro kac to pewna śmierć. Gdy rozbrzmiewa pieśń „555” obie armie w skupieniu szykują się na bitwę śmiertelną, zwierają szyki w polu, gotują swe dywizje i kohorty. Porządek kontra chaos. Dyscyplina kontra ferment. Harmonia kontra improwizacja. W tym utworze słychać kasandryczną pieśń, w wariacji wibrafonu zawarto moc ostatnich rozkazów, w przeciągłych zawodzeniach sekcji dętej –  przed bitewne błogosławieństwa duchownych. Już harmonia stoi w szyku, gotowa do ataku. Już z naprzeciwka improwizacja wygraża, wrzeszczy, przeklina, pluje. „Palo do Oros” zaczyna się nieoczekiwanie solowym popisem basu, oto rusza z flanki lekkie wojsko improwizacji, rozpędza się aż gna w szalonym tempie. W tym momencie z przeciwka startują równo instrumenty dęte. Zgrzyta wibrafon, strzela w niebo trąbka. Zaczęło się! Śmierć wrogowi. Obie strony wiedzą – nie będzie litości. Dziewięciominutowy „Palo de Oros” to nieprzerwane zmaganie porządku i chaosu. Odtąd już w każdym utworze albo jedni, albo drudzy przechylają szalę na swoją korzyść. Gdy w „Sueños de Coral Azul (Blue Coral Dreams)” szaleństwo improwizatorów bierze górę, to w kolejnym „Five Suns” zdyscyplinowana odsiecz sekcji dętej harmonii wbija się klinem w zwycięskie, zmęczonej bojem skrzydło wibrafonu. Oto widać, jak wyrywa się w bój improwizowana trąbka, uderzając z całej siły w zwarty szyk sekcji rytmicznej. Zakotłowało się, w niebo wzbił się tuman kurzu, nic nie widać przez chwilę. A jednak trąbka nie dała rady, musi się wycofać, by nie zginąć. Widać z czasem, że siły harmonii swą dyscypliną przewyższają wroga. Krok po kroku, sztych za sztychem bezlitośnie, równomiernie i konsekwentnie gniotą rywala. Szalejąca z bezsilnej wściekłości armia improwizacji wytacza jeszcze w rezerwie ciężką jazdę, którą słychać w utworze „Mudanza”, gdy naraz z naprzeciwka, zza wzgórza wyłania się jazda harmonii – ich ogiery w jednej linii zalewają falą kohorty improwizacji. Nie ma już ucieczki! Utwór „Manufacturers Trust Company Building” to prawdziwa rzeź improwizacji, która broni się do ostatka bohatersko, ale ich najlepsze wojska giną w repetycji ataków dęciaków, pod dziesiątkami uderzeń miarowego dźwięku werbli. Biada im, biada! Bo widać, że harmonia w istocie nie zna litości. Ostatnie chwile tego utworu to już bój zażarty, na śmierć, nie na niewolę. Improwizacja bohatersko ginie, a jej niedobitki pierzchają. Całość kończy  jeden akord - to skierowane ku niebu w tryumfie, skąpane we krwi przeciwników, ostrza mieczy armii harmonii, to szumią jej wzniesione sztandary, a potem nagła cisza. Finałowy „Earendel” jest już jak hymn chwalący męstwo jednych i drugich. Pieśń, która opowiada historię. Hagiograficzny zapis bitwy. Opowieść snuta potem przez wieki. Opowieść o odwiecznej wojnie harmonii z improwizacją według wspaniałej artystki Patricii Brennan i jej septetu. Płyta „Breaking Stretch” to jedno z najdoskonalszych, najpełniejszych dzieł muzycznych, które mi dane było słyszeć w życiu. Wspaniałe

  • Fińska Jazzda

    Ville Kyttälä, lider NjetNjet9: „Muzyka Njet Njet 9 brzmi, jakby Zappa i Zawinul grali w tenisa z Massive Attack w szwedzkim domku letniskowym”… Pomyślałem, że muszę to usłyszeć , zwłaszcza, że NjetNjet9 nazywają siebie… mini big-bandem. Osobliwie, jak język fiński i jejich nazwiska.   I bęc! Proszę uprzejmie: mamy dość świeżą, bo tegoroczną, płytę po tytułem „Toivo”. Tłumacz Google powiada, że to oznacza „Mieć nadzieję”. Wsłuchajmy się w tę nadzieję. Start. Skradli me serce już pierwszym utworem „Pöllö”, który z powodzeniem mógłby być głównym tematem muzycznym jednego z Bondów. Sekcja dęta jest w nim tak fajnie przydymiona, przymglona, a cały utwór buja słuchaczem w swoistym, dziwacznym jazz-boogie. Kolejny utwór o lapidarnym, nieco kozim tytule „Maa” jest powolnym, melodyjnym kawałkiem, który spokojnie mógłby być użyty podczas wieczoru integracyjnego do zbliżenia Hani z haeru z Janem z pijaru.  Lecz o nie, nie, to nie jest jakiś banał muzyczny, o nie. NjetNjet 9 ma bowiem cudną właściwość: omijając muzyczne truizmy tworzy radosne melodie wpadające w ucho i do serca.  No bo następny „Kasa 2000” , to taki klubowy chill z przepiękną partią saksofonu, „Pini Pilvi” (co znaczy „Biała Chmurka”) pcha mozolnie cały zespół, brzmi to trochę jakby grupa grała szybki numer, ale po długiej i pracowitej szychcie w arbajcie. Kompozycję o szczęściu pt. „Onella” powinien raz w życiu usłyszeć każdy człowiek, a już dziecko to musowo. Jakie to jest, szanowne państwo, pogodne. Jakie to jest przemyślane. Jak ładnie zaaranżowana jest tu przestrzeń muzyczna, jak idealne rozpisane akcenty instrumentów. W „Onelli” każdy dźwięk jest w odpowiednim miejscu. Tip Top. Stary Orzelski w „nad Niemnem” mawiał na takie rzeczy: Caca! Nie ma się co wahać i za długo gadać. NjetNjet9 rzeczywiście brzmi, jakby Zappa i Zawinul grali w tenisa z Massive Attack w szwedzkim domku letniskowym. Spora liczba instrumentów, rozbudowana sekcja dęta – wizytówka zespołu, umiejętne reżyserowanie muzyczne, utwory z jasną strukturą oraz rysowanie odważnymi melodiami – to wszystko sprawia, że ci dziwacznie nazywający się Finowie wypadają doskonale. To jeszcze skład NjetNjet9, zobaczcie, ile ich jest i jakie cudne mają nazwiska! Ville Kyttälä - electric piano, synthesisers Ilmari Rönkä - alto sax, flute Pekka Seppänen - tenor sax, bass clarinet Markus Pajakkala - baritone sax, flute, percussion Martti Vesala - percussion Mikko Haanpää - trombone, bass trombone Veikki Virkajärvi - guitar Heikki Laine - bass Erik Fräki - drums, percussion

  • Święty ogień jazzowej tradycji

    Ich płyty lśnią, wręcz skrzą się od wpływów. W przeciwieństwie do wielu innych nie wypierają się inspiracji. Ze swojej odtwórczości zrobili sztandar, którzy niosą pewnie i wysoko. Jazz dla nich brzmi wciąż jak wtedy, gdy w klubach można było posłuchać największych .   Lyder Røed Quintet Upside Down Urodził się w 1994. Od trzech lat nie było już Milesa, od dawna Coltrane'a, a Lee Morgan kojarzył się większości najwyżej z marką dżinsów, a nie genialnym trębaczem, który padł trupem na scenie. Kiedy Lyder  chodził do szkoły, uczył się grać na trąbce wokół królowały klimaty tak odległe od starej jazzowej szkoły, jak Wagga Wagga (Australia) od Mamou Teliko (Afryka). Lyder Røed dorastał, mężniał, tworzył składy, sam w inne wpadał i z nich wypadał, aż w końcu w wieku 30 lat nagrał tę płytę, moim zdaniem najlepszą płytę w dorobku. Jest to album wyjęty wprost z szalonych lat 60. Album swingujący, bujający, melodyjny, pełen charakterystycznych zagrywek, z wytyczonymi jasno rolami. Ani przez moment nie jest jednak przewidywalny - no, przynajmniej, dla mnie laika, a nie muzyka. Jest to album radosny. Czuć, że muzycy fajnie się bawią tworząc swingujące światy. Lyder zebrał ten kwintet z tych ludzi, z którymi mu się najlepiej dotąd muzykowało, więc można powiedzieć, że jest to Lyder All Stars. Wbrew pozorom nie jest to tylko żartobliwy bonmot i banał, a sprawa na tyle istotna, że słyszalna. Przestrzeń wypełniają iskry interakcji, wymiany, wzajemnych zagrywek. Muzyka kwintetu Lyder Røed inspirowana jest Artem Blakeyem i Jazz Messengers, Natem Adderleyem,czy Royem Hargrove'em z czasów współczesnych. Płyta powstała szybko. Jak podkreślają młodzi muzycy nie ma tu kombinacji i abrakadabr studyjnych. Nagrano ją w ciągu tygodnia w studiu Flerbruket. Całą muzykę napisał i zaaranżował lider-Lyder, a wszyscy byli nagrani w tym samym pomieszczeniu, bez żadnej obróbki końcowej ani edycji poza miksowaniem i masteringiem. Mówię wam, dajcie się porwać kwintetowi tego młodego Norwega!   The Headhunters “The Stunt Man” Podskakujemy o dekadę, w dekadenckie, cudowne, wspaniałe, spokojne, bezkonfliktowe (w Europie i USA) lata 70-te. Dzwony to norma, kontrkultura poszła już do łóżka z biznesem i w zasadzie codziennie jedzą śniadanie, Bonda gra przystojniak, który dotrwa do urodziwej po angielsku Żelaznej Damy, muzycy rockowi testują wszystko, co wyprodukuje narkotykowe podziemie, a Herbie Hanckock tworzy “Łowców głów” i pomimo idiotycznych okładek swoich płyt osiąga jazzowy Olimp, nieboskłon i Kreml.   Zespół nie przetrwał, ale się nie rozpadł. Jazzowy ogień olimpijski w The Headhunters wciąż nieprzerwanie dzierżą Billy Summers grający na instrumentach perkusyjnych i perkusista Mike Clark. Co jakiś czas wracają z nowym składem i nowym materiałem pod starym szyldem. Wyraz nowy powinien być wszakoż zamknięty w cudzysłów, bo im wcale nie chodzi o nowe. Im idzie o stare właśnie! Ja ich doskonale rozumiem, bo też chciałbym, żeby było jak było. Oni chcą, aby muzyka brzmiała jak wtedy, gdy rodziło się i stadiony wypełniało fusion, grają więc z werwą w tym stylu. “The Stunt Man” to kolejny, zanurzony w przeszłości album. Posłuchajcie ESP, utworu Wayne'a Shortera, z doskonałym popisem saksofonu Donalda Harrisona, a jeszcze lepiej Embraceable You - kawałku, który wije się jak roznegliżowana tancerka w klubie pod wiszącą u aksamitnej powały złotą, błyskającą wokół, szklaną kulą. Szklana kula to zresztą doskonały obraz lat 70-ych. Jest obła, piękna, nieużyteczna, niepraktyczna jak ówczesne długie kołnierze u koszul, albo rewolucja w Angoli. Ale żartów nie ma kochani, gdyż tę genialną pościelówę stroił sam George Gershwin! I jeśli obierzecie ją jak cebulę z własnych projekcji i skojarzeń z naszym 007 Borewiczem i jego perygrynacjami klubowymi, to naprawdę poczujecie moc tej melodii i głównego tematu.   I paradoksalnie: świat muzyczny obrócił się od pierwszego longplaja Łowców Głów wielokrotnie. Tkwi obecnie zupełnie w innych konstelacjach. To pozwoliło mi słuchać tej płyty The Headhunters jak zupełnie świeżutkiego towaru. Próbować go jak mleka stawianego onegdaj pod drzwiami (kto pamięta?).

  • Jazzda zagraniczna ale polska

    Mówi się, że jazz nie zna granic, ale to pitolenie. Z zadowoleniem jazzda odsłuchała ostatnio płyt kilku polskich (lub związanych z Polską korzeniami) muzyków tworzących poza macierzą. Zła wiadomość dla zaciekłych patriotów może być tu taka, że – niestety - dobrze im to zagraniczne muzykowanie idzie, dobra zaś może być taka, że – o radości ! – wnoszą oni kaganek polskiego ducha do pustej ideowo, zdegenerowanej do granic kultury europejskiej. Bo wnoszą! Szanowni czytelnicy jazzdy! On tam „jak ta lala” wnoszą! Rzecz jasna polską lalę wnoszą! Biało czerwoną, patriotyczną, prasłowiańską lalę. Ale bez jaj i do rzeczy. Polish Encounter - Fairytales Marek Konarski & Anders Mogensen "Move" Art Roho Marek Konarski , polski saksofonista z Poznania nie zwalnia tempa. W tym roku wyszły za granicą co najmniej dwie ciekawe płyty z jego udziałem. Obie to kolaboracje z duńskimi artystami. Najpierw zwróciłem uwagę na kontynuację ubiegłorocznej, bardzo udanej współpracy z wziętym perkusistą Andersem Mogensenem . Tegoroczna ich płyta nazywa się „Polish Encounter – Fairytales” i zdaje się te tytułowe bajeczki, bajki, baśnie, klechdy stanowią istotę ciągłości. Jest  tam zresztą jeden utwór tak mojemu pokoleniu znany, tak atawistycznie rozpoznawalny, żem go usłyszawszy nieomal stanął cały we łzach tęsknych zasłuchany, zaczarowany, oniemały. Znów byłem małym chłopcem, znów usypiała mnie mama śpiewem, znów było spokojnie, bezpiecznie,  a świat wciąż stał otworem i zapraszał, by go odkrywać. Nie zdradzę, o który kawałek chodzi. Jeśli go rozpoznacie, to znaczy, że… nie, w zasadzie to nic nie znaczy. Śpijcie sobie spokojnie kochani. Tej płycie nigdzie się nie spieszy i jest to jej wielka zaleta . Zaczyna się duchem Komedy, który przejawia się w powolnym utworze „Snefnung”, przenoszącym słuchacza w latach 60-te do zadymionej, dusznej knajpki PSS Społem w Kędzierzynie Koźlu lub Olecku, następuje po niej ożywienie w oberkowym „Why?”, a następnie na słuchacza znów spływa spokój dzięki „Glimpse” - to taki jesienny utwór na peronowe pożegnanie dziewczyny z chłopakiem, chłopaka z chłopakiem, dziewczyny z dziewczyną, osoby niebinarnej z osobą niebinarną przed wyjazdem na długi turnus rehabilitacyjny do Buska Zdroju lub Iwonicza. Mnie najbardziej przypadł do gustu „Moment of Peace”, bo pan Konarski ma tu mocne wejścia, w których pokazuje swoją osobowość, ciekawą artykulację. To bardzo przemyślana kompozycja. Najmniej zaś przekonał eksperyment z techniką slide, przyćmioną solowymi popisami na saksofonie. Drugą z płyt z udziałem Marka Konarskiego firmuje grupa Art Roho pod nazwą „Move” . Przy okazji tej płyty przypomniałem sobie, co trzy lata temu pisało o panu Marku Jazz Forum po debiucie. Owoż piórem pana Adama Domagały JF konstatował: „ Konarski jest pierwszej klasy wirtuozem i czułym improwizatorem, ale – to w końcu jego debiut, potencjalnie bilet do mołojeckiej sławy  - lubi oddać pole sidemanom . ( Jazz Forum 6/2021 - https://jazzforum.com.pl/main/cd/konarski-folks1 ) . Słuchając „Move” miałem identyczne, bliźniacze wręcz odczucia! Marka Konarskiego po prostu dobrze się tu słucha, kroczy on linią wytyczoną niegdyś przez największych wirtuozów instrumentu, eksperymentuje – ale jest to eksperyment kontrolowany, w granicach gatunkowych. Świetnie mi się tego słuchało. Art Roho mówi o sobie „projekt”, ale ja nie znoszę tego słowa. Wyraz „projekt”, z powodu nadmiernej eksploatacji korpojęzykowej stał się dla mnie synonimem niewiele wartego spotkania w celu wykonania czegoś, czego oczekuje jakiś zleceniodawca. Blee. Tymczasem Art Roho to świetny duet nawiązujący do najlepszych, duńskich tradycji sekcji rytmicznych, zapraszający do grania muzyków z różnorakich krain, odmian i stylów. Na płycie „Move” oprócz Marka Konarskiego na gitarze cuda wyczynia więc Casper Christensen , a muzyka jest inspirowana twórczością Pat Metheny Group. To się czuje przez cały czas. Kolektyw bawi się grą – tam aż wrze, a czasem kipi. Przebojowy, melodyjny, radosny „Folk Song” daje wybrzmieć talentom obu gości Art Roho. „The Dance” buja wspaniale, „Abime” wciąga w eksperymentalne odmęty, aby „Neptune” porwało nas do jazzowego szaleństwa. To jest jazz do szpiku. Jazz do spodu. A Marek Konarski ma tu rolę główną, bo jego gra jest aż krystaliczna i aksamitna. Nic, tylko pogratulować.   "Outerstate" Kossoncoda Tej płyty słuchałem niezliczoną ilość razy, bo wyszła na świat w lipcu. Wydał ją nie byle kto: Gondwana Records , gdzie nagrywa np. Matthew Halsall (założyciel GR), hania rani (wyszła właśnie jej kolejna płyta - bardzo udana), Portico Quartet czy Jasmine Myra . Gondwana – mam wrażenie – lubi projekt duchowe, chętnie wydaje muzykę kojącą, spokojną, spirytualną – lecz zawsze ambitną lub mającą ambicję bycia ambitną. Czy jakoś tak. Niemniej: gdy o londyńskim duecie Kessoncoda przeczytałem, że gra „ambient jazz”, pomyślałem „ a cóż to za potwora językowego stworzyłeś autorze drog i”? I w ślad tegoż potwora językowego, nuże po płytę! Albowiem mój dżazzowy nos mnie zazwyczaj w takich wypadkach nie zwykł mylić. Bardzom był ciekaw Filipa Sowy , który jest połową Kessoncody. Nos mnie nie zawiódł. To jest nowoczesne podejście do jazzu z elektroniką w roli głównej i wpadającymi łatwo w ucho melodiami, wspartymi twardym fundamentem perkusji Toma Sunneya, który świetnie wykorzystuje zestaw i uzupełnia pana Filipa - ale w życiu bym nie powiedział, że Kessoncoda tworzy ambient jazz. Obu panom udała się rzecz niezwykła: „ Outerstat e” brzmi dobrze zarówno jako tzw. muzyka tła, jak i robi wrażenie, gdy skupić na niej swoją uwagę. Płyta pomysłowo „wyłania” się w pierwszym utworze i zespół zabiera słuchacza w podróż z wieloma zawijasami, zakrętami, rytmicznymi uskokami, pod parasolem elektronicznych dźwięków, melodyjną, uciekającą klasyfikacjom i myślowym skrótom. Jak wspaniale przemyślany jest utwór „KTO”! Jak harmonijnie powstają jego kolejne struktury! Widzę go na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Rytm w „Hammers” jest równy jak szwajcarskie tory kolejowe, a „Spaceliminal” to - słowo harcerza - najlepszy na świecie utwór do jazdy po nocy w mieście. Sprawdźcie sami. Mnie ta płyta strasznie wciąga. "Live in London" Janek Gwizdala Trio To artysta z polskimi korzeniami, urodzony w Londynie, mieszkający w USA. Wirtuoz gitary basowej. Jestem wielbicielem jego pomysłów muzycznych od lat. Niezmiennie wsłuchuję się z uwagą w jego kolejne albumy (autorskich nagrał 15) , bo choć gość operuje w wyeksploatowanym przecież nurcie fusion, to jednak wciąż – w moim odczuciu – ma coś nowego do powiedzenia. Płyta „Live in London” jest wyzwaniem dla uważności: zawiera 11 utworów trwających łącznie ponad półtorej godziny! Dlatego radzę dawkować sobie tę płytę, traktować ją jak wieczorną herbatę malinową z ulubionym dodatkiem. A wsłuchać się warto. Trio wypełnia muzyczną przestrzeń szczelnie, improwizacje muzyków tutaj błyszczą, lśnią, wibrują, zachwycają. Lider zaś spaja to wszystko nie tylko symbolicznie, prowadzi swój zespół jak limuzynę, tworzy niezwykły, trzymający w napięciu basowy groove, którego chce mi się słuchać w nieskończoność. Podczas koncertu muzycy zostawili sobie sporo miejsca na ucieczki eksperymentalne w elektroniczne zabawki – daję słowo, dzięki temu usłyszycie brzmienia, jakich ucho wasze nie znało do tej pory, choć zapewne wysłuchało tysiące artystów. Jest również zawsze czas na popisy, których podczas występu nikt i nic nie przyspiesza, nie popędza, bo koncert to święto muzyki, to najlepsze, co spotyka doskonałych i inteligentnych muzyków oraz ich wrażliwą publiczność. Podoba mi się ten wzajemny szacunek. Chciałoby się tę płytę wstawić na półeczkę podpisaną „free”, a jednak tyle tutaj kanonu, tyle tu odwołań do tradycji z lat 60. i 70., że ja bym się tego obawiał. Po prostu Janek Gwizdala jest jeden jedyny i niepowtarzalny i mam dla niego specjalną półkę.

  • Jazzda napędzana 4x4

    Prosto z urlopu wpadły mi do fartuszka cztery płyty, których trzeba słuchać, za to mało o nich gadać. Słucham ich teraz non stop, na przemian, albowiem dostarczają mnóstwa wrażeń. Jest i skocznie, i melodyjnie, i lirycznie, i smutno, i poważnie, i radośnie, i łzawo. Co tam więc słychać? Neil Cowley Trio „Entity” Po wielu latach milczenia wraca jeden z moich ulubionych zespołów, choć jego lider wcale nie milczał, bo miał indywidualne projekty. Mówicie, ze nie znacie Cowleya? Eee tam. Każdy zna Cowleya. Jeśli kiedykolwiek łaziliście dłużej po hipermarkecie, to w końcu na pewno puścili „Rolling in the deep” Adele. Tak. Tej Adele, co była kiedyś większa, a teraz jest mniejsza. Tej co w Bondzie śpiewa. Cowley na jej słynnej płycie „21” dużo wymyślił i zagrał na fortepianie to, co se wymyślił. Innym razem jakiś plajlist majker ze Spotify uznał, że jego solowy kawałek nadaje się do jednej z popularniejszych playlist, takiej jakie omijam szerokim łukiem z powodu tych durnych tytułów np. Łkający fortepian lub Liryczne popołudnie. Utwór poszybował w nieboskłony rozpędzony paliwem 2 milionów odtworzeń. Cowley opowiada na ten temat w Guardianie z tym swoim charakterystycznym sarkazmem : Z dnia na dzień zostałem wyniesiony z zatęchłej piwnicy, w której przesiadują mężczyźni w okularach National Health, i wniesiony na lśniący nowy stojak obok kasy. Wszystko dlatego, że skomponowałem solowy utwór na fortepian, który Spotify uznało za odpowiedni do umieszczenia na jednej ze swoich popularniejszych playlist. Ale Neil Cowley Trio to zupełnie coś innego. Nowiutka płyta o tytule „Entity” jest liryczna, spokojna, stonowana i wedle mnie po prostu miejscami smutna. To nie jest skoczny i niemal rockowy „Spacebound Apes”. Tymczasem mimo liryzmu Cowley znów gra jak automat, zapętla się niesamowicie jak jazzowy autysta, jak by zapominał, że utwór trzeba nieco bardziej rozbudować, coś tam w nim zmieniać. Na szczęście ma kolegów. Okładka płyty przekonuje, że trio mówi jednym głosem. I to prawda. Bardzo mi się ta płyta podoba.   Cowley mówi o niej: „ Istnieje poziom interakcji, w którym jako ludzie wszyscy możemy uczestniczyć, aby nie stać się ponurymi automatami. Mamy nadzieję, że reprezentujemy mały przykład tego ducha i w przeciwieństwie do maszyn, którym wydajemy się być niewolnikami, prezentujemy coś, co jest niewątpliwie ludzkie ”. Można się wzruszać. Czas start. Ibrahim Maalouf  „Trumpets of Michel-Ange” Oto najjaśniejsza gwiazda francuskiej muzyki, czasami muzyki jazzowej, nagrywa taki album, że mucha nie siada, bo cały czas skacze bzykając z radości. Kto bogatemu zabroni? Nikt się nie odważy. Kto podskoczy człowiekowi, który zapełnia sale koncertowe, wyprowadza je w trakcie koncertu na główne ulice Paryża tamując ruch kołowy lub pod Wieżą Eiffela gra wariację hymnu francuskiego za co jeszcze mu klaszczą, choć widać, że nietamtejszy. Owoż mając tyle talentu, ile ma ten niepozorny bejrutczyk, można być tak bezczelnym, żeby nagrać płytę tak prosto radosną, tak melodyjną, tak skoczną, tak bliskowschodnią, tak bufiastą, jak rękawy ciotki Henryki na imieninach wujka Gienka w 1979, tak bezpretensjonalną jak ta właśnie. Trąbią tam, ile sił w płucach, jak w Jerychu, chociaż ja mam wrażenie, ze słucham live z festiwalu w Gucy (czyt. Guczy – BTW jedź tam raz w życiu Drogi Czytelniku koniecznie, ale kup sobie na zapas drugą wątrobę, bo będziesz jej potrzebować, zaprawdę powiadam ci jednak, jedź: https://www.guca.rs/ ). Energia, melodia, rytm, muzyczna pogoń i Bliski Wschód jak malowany. Jeśliś nie rasista, to słuchaj. Nubya Garcia „Odyssey” Wielbię tę panią. I mógłbym na tym skończyć. Ale jeszcze dopiszę, że to najbardziej przemyślana płyta w jej dorobku, najbardziej spójna gatunkowo, chyba najpoważniejsza. Czy więc pani Nubya, dziewczyna – barwny symbol angielskiego klubowego jazzu, w końcu wydoroślała? Na szczęście nie. Płyta bardzo mi podchodzi, bardzo mi się podoba – raz jest wolno, zaraz potem szybko, sporo na niej fajnych pogiętych triphopowych rytmów, ale jest i hymniasto, gdy na koniec wtacza się ratmiczne, bliskie reagge „Trumphance” . Imponuje mi, że Nubya jest artystką innego, nowoczesnego formatu – oprócz tego, że śmiga nieźle na instrumencie dętym drewnianym to przy okazji premiery płyty otwiera wystawy własnej koncepcji, wykorzystuje SoMe do interakcji ze słuchaczami, nie boi się pokazywać w odważnych stylizacjach. Jest piękna, młoda, radosna i kolorowa. Słuchając tej jej młodości chce mi się żyć. Leif Ove Andsnes oraz Marius Neset „Who we Are” Po raz pierwszy spotkali się w studio nagraniowym: pianista Leif Ove Andsnes i saksofonista i kompozytor muzyki Marius Neset. Na płycie grają ponadto flecistka Ingrid Softeland Neset i wiolonczelistka Louisa Tuck. Mamy do czynienia ze spotkaniem muzyki klasycznej i jazzu, bez grama tzw. fusion. W dodatku – przynajmniej w części – muzykę zamówioną u Neseta przez Andsenesa, co tym bardziej intryguje zważywszy, co panowie robią na co dzień. Pan Neset gra fajny jazz, a Pan Andsenes to jeden z najbardziej znanych pianistów norweskich klasycznych, twórca Rosendal Chamber Music Festival, jest dla mnie z innej galaktyki. Taki, wiecie, gigant, że nawet nie próbuję do niego sięgać. „Who we Are” w prezentowanej czwórce płyt podoba mi się najbardziej, choć to nie jest płyta do samochodu, na przejażdżkę po robocie. Trzeba jej poświęcić uwagę i czas, ale moim zdaniem, nie będzie to czas stracony. Może się starzeję, ale te niespieszne, czasem nowoczesne, a miejscami staroświeckie, zalatujące Schubertem kompozycje bardzo mi odpowiadają. Dialog między muzykami jest wprawdzie czytelny, ale nieoczywisty, zaskakujący. Nie ma tu nudnych fragmentów, na których idę zaparzyć herbatę. Muzyka została nagrana w Rainbow Studio w Oslo w ciągu trzech dni w grudniu ubiegłego roku. Główny utwór na albumie, „Who We Are”, został zamówiony przez Leifa Ove Andsnesa na jego Rosendal Chamber Music Festival, jeden z najważniejszych festiwali muzyki kameralnej, gdzie był dwukrotnie wykonywany, ostatnio w 2022 r. Na albumie znajduje się wersja "Prague's Ballet" oraz duety "Chaconne", "Road to Polaris. Część 1" i "Waterfall Jig". Fajna płyta, bardzo polecam - usiądźcie w domu w spokoju i wsłuchajcie się w nią.

bottom of page