
Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jazze, liberté, égalité, fraternite
Film bez głosu z ulicznego monitoringu. Dwa samochody stoją obok siebie na czerwonym świetle. Nagle z jednego w piorunującym tempie wyskakuje mężczyzna, dopada auta obok, nie ma wątpliwości: jest szaleńczo wściekły, widać, że wrzeszczy w kierunku drugiego kierowcy, łomocze pięściami o dach, kopie w drzwi, w końcu rozwala szybę jakąś krótką pałką, którą wyjął z kieszeni. Dopiero wtedy tamten prędko umyka. Tak rozpoczęła się najdziwaczniejsza rewolta w dziejach świata - jazzowy świt. Nie nadstawiaj policzka Gdy wreszcie go znalazłem, musiałem wpierw pięć razy zapewnić, że nie ujawnię jego danych. Marcin więc nie ma imię Marcin. Jak wygląda? Jak miły i schludny urzędnik śremskiego magistratu. Jest ujmująco grzeczny, waży słowa, jego zdania pozbawione są embolofrazji, są głęboko przemyślane - jakby był gwiazdą rocka, czy znanym aktorem recytującym tysięczny raz odpowiedź na to samo pytanie. Marcin siedział tamtego dnia za kierownicą obijanego pięściami samochodu. Wspomina: - Na tym osiedlowym skrzyżowaniu ktoś ustawił źle sygnalizację, ponieważ bardzo długo trzeba czekać na zmianę świateł. Miałem bardzo kiepski dzień, pokłóciłem się ze swoim chłopakiem i podczas jazdy słuchałem dość głośno płyty Fergusa McCreadiego “Stream”, żeby poprawić sobie nastrój. Wtedy, na skrzyżowaniu usłyszałem z auta obok wykrzyczane żądanie: ścisz ten szajs baranie, wypierdalaj z tym gównem i różne takie. Jakiś złośliwy impuls nakazał mi zgłośnić. On wówczas jeszcze bardziej wrzeszczał, ale już nie mógł przekrzyczeć głośników, ponieważ mam w samochodzie sprzęt wysokiej jakości, specjalnie zainstalowany, uwielbiam słuchać w trakcie kierowania. Ledwo się zorientowałem, że wysiadł, ale szczęśliwie zdążyłem zasunąć szybę. Wyzywał mnie najgorszymi obelgami, rycząc nie kontrolował wypluwania śliny, groził wulgarnie pobiciem. Walił w moje auto pięściami, kopał drzwi. Nie wiem czym rozbił tylną szybę. Uciekłem na czerwonym, dobrze, że nikt nie nadjeżdżał. W panice doprowadziłbym do zderzenia. Marcin przyznaje, że nieco sprowokował adwersarza, ale zaraz potem podkreśla, że nie tylko o muzykę mu chyba chodziło, ale także o formę i zasady. Gdyby tamten poprosił normalnie, na pewno ściszyłby wzmacniacz. Pyta mnie retorycznie - Dlaczego mam godzić się na to, że ktoś obcy mnie lży z powodu muzyki? Dlaczego mam nadstawiać drugi policzek, kiedy jakiś troglodyta wymyśla mi z powodu piosenki? Mamy dla was butelki z benzyną i kamienie Po zdarzeniu Marcin zaciął się w uporze. Wobec napastnika podjął kroki prawne. Prawdziwą falę ludzkiego gniewu wzbudziło jednak upublicznione przez niego nagranie z monitoringu na wszystkich platformach społecznościowych. Film ma podkład dźwiękowy Fergusa McCreadiego, którego piękno i łagodność silnie kontrastuje z oglądanym zdarzeniem. Pojawiają się napisy: “Bo nie podobała mu się ta piosenka. DOŚĆ.” Materiał miał tysiące wyświetleń. Był prawdziwym viralowym hitem. Tydzień później sprawcę zdarzenia obudziła w środku nocy policja. Nie po to jednak, by zakuć w kajdanki. Poinformowali, że jego auto stało między blokami, na środku jezdni, wymalowane kolorowym sprayem. Miało każdy centymetr karoserii zabazgrane graffiti “Kocham jazz” “Miles król” “Je..ać pop” “Swift do gazu”, a ponadto otwarte szyby, włączony zestaw audio, z którego na cały regulator wył zapętlony koncert WEBO Charlesa Gayla, Milforda Gravesa i Williama Parkera, który obudził pół osiedla. To był pierwszy z setek aktów jazzowego nieposłuszeństwa. Kto go dokonał? Marcin, który nie jest Marciniem? Nieeee. Słuchacze. Melomani. Milcząca, zahukana mniejszość. Oczywiście nikt ich nigdy nie namierzył. Dźwięki rewolucji Fergus McCreadie "Stream" Woda. Żywioł, który postanowił okiełznać Fergus McCeadie na najnowszym koncepcyjnym albumie - czwartym w jego dorobku. Młody, zaledwie 27-letni, ale doskonale wyszkolony technicznie szkocki pianista wraz z zespołem rozpoczyna go gniewnym, rozhuśtanym "Storm", który przechodzi w monumentalny dwunastominutowy, rozpoczęty i zakończony nerwowym ostinato "The Crossing". Pomysł autora na muzykę jest prosty: połączyć żywy, folkowy, szkocki rytm i melodykę z europejskim stylem jazzowym spod znaku E.S.T. czy GoGo Peguin. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, by nie nie oprzeć się o muzyczny banał i zawieść w kozi róg powtarzalnej oczywistości. Randkowanie z folkiem przypomina przygotowywanie na proszony obiad schabowego - ciężko zaskoczyć gości repetą. Trio McCreadiego ucieka więc stylistyczne wygibasy: raz atakuje rockowo, by za chwilę łagodnie ukoić, unosi nas w nieboskłon, a za moment wiedzie na złamanie karku w dół. W efekcie raczej nie ma mowy, abyście znudzili się słuchając tego albumu. Za każdym razem brzmi świeżo i zaskakująco. Zadowoleni będą zarówno ci, którzy lubią, gdy utwory mają jakieś struktury, jak i ci, którzy szukają w muzyce jazzowej improwizatorskich szaleństw. Lider tria opanował instrument do perfekcji, czasem gra wprost piekielnie szybko - dzięki temu może bawić się w przewodnika, z którym nie ma sztampy i monotonii. Jego zamiłowanie do szkockiego folkloru najbardziej oddają utwory "Driftwood" i "Snowcap". Z kolei wymieniony "The Crossing" oraz równie długi "Lochan Coire Ardair" (piękne jezioro wśród szkockich szczytów) to prawdziwe epickie, wielowątkowe opowieści. Ducha Esbjörna Svenssona spotkałem zaś w przepięknym, melodyjnym, po skandynawsku urokliwym "Sun Pillars". Główny wątek wody bardzo pomaga tej muzyce, napędza ją, meandruje, wzburza, łagodnie pluska - nie oszukujmy się nie jest to trudny do odczytania autorski rebus, nawet jeśli nie znamy kompozytorskiego zamysłu. Woda w "Stream" leje się strumieniami, ale nie jest to jednocześnie jazzowe lanie wody. Wręcz przeciwnie. Jest to moim zdaniem jedna z najciekawszych, najlepiej przemyślanych i wykonanych tegorocznych propozycji płytowych. Aż dech zapiera, ile talentu jest w tym wciąż młodym pianiście. Sprawdźcie koniecznie. Jazzowy świt - wyśniona rewolucja Po nim posypały się kolejne. Pewnej soboty, w trójmieście, dokładnie o 23:23 w większości dyskotek zabrakło prądu - zanim się pojawił, ludzie powracali do domów, albo poszli gdzie indziej. Co gorsza, awarie zaczęły się powtarzać, więc podejrzewający coś właściciele musieli wynajmować dodatkową ochronę, by do wyłączeń nie dochodziło. Następnie w pociągach w całej Polsce, same włączały się głośniki z jazzowymi nowościami, a nieprzeszkoleni konduktorzy nie wiedzieli, jak je wyłączyć, bo ściszyć się nie dało. Do PKP lawinowo zaczęły wpływać skargi, a pociągi pod lupę wzięła antyrządowa TV Republika. W Bydgoszczy do jednego z autobusów wkroczyli zamaskowani fani jazzu i zmusili kierowcę do puszczania przez głośniki albumu Signe Emmeluth ”Banshee”, aż do krańcowej pętli, wprawiając pasażerów w absolutną konfuzję, bo to nie jest muzyka do podróży. Niedługo później nauczyciele muzyki w warszawskich podstawówkach dostali ten sam anonimowy list z żądaniem wprowadzenia podstaw jazzu na zajęcia z dziećmi i to już na poziomie klasy czwartej! Cała Polska dowiedziała się o jazzowym tumulcie podczas transmitowanego w telewizji koncertu z “Przystanku Woodstock”, gdy fani jazzu rozwinęli wielki transparent: “Rock to banał. Chcemy jazzu! W wakacje na plażach wzdłuż Bałtyku pojawiły się specjalne bojówki jazzowe uzbrojone w wielkie i głośne przenośne odtwarzacze, z których gromko, na pełną moc, puszczały bezkompromisowe utwory z jazzowego repertuaru. Z czasem zsynchronizowały swe działania tak, że wybranego dnia, o identycznej godzinie, we wszystkich kurortach słuchać było tę samą płytę! Wszędzie, w całej Polsce na ścianach pojawiły się bojowe graffiti “Jazz walczy” “Zajazzujemy was” “Cicho już było” i “Jazz z wami”. Miesiąc później Leszek Kapłon, polityk lewicy przedstawił dziennikarzom projekt programu edukacji jazzowej w podstawówkach, podkreślając, że żaden jazzman i żaden fan muzyki jazzowej odtąd nie będzie czuł się dyskryminowany. Wszystko było na dobrej drodze. I wtedy nastąpił krach. Dźwięki rewolucji Signe Emmeluth "BANSHEE" Pani Signe, mieszkająca w stolicy Norwegii duńska saksofonistka była moim zdaniem najjaśniejszym punktem International Jazz Platform przy 17 Letniej Akademii Jazzu w Łodzi. Jej sposób artykulacji, ostre i niepowtarzalne brzmienie dosłownie wryło mi się w umysł. BANSHEE jest najnowszym, tegorocznym jej albumem, a program powstał na zlecenie festiwalu Vossajazz w Norwegii w 2021 roku. Nagrany jest w wybornym towarzystwie aż sześciu muzyczek, w tym rewelacyjnej wokalistki Maji S.K. Ratkje. Na jego okładce autorka, en face, uchwycona w krzyku i w pełni rozumiem zamysł (fota zresztą też wykonana przez kobietę Margit Rønning Omholt) . Z jednej strony ilustruje możliwą i prawdopodobną reakcję na Banshee - w mitologii irlandzkiej kobiecą zjawę zwiastującą śmierć w rodzinie, z drugiej t a płyta to free jazzowy krzyk, wrzask, ryk, wyzwalanie instrumentu i muzyki z ograniczeń. Signe Emmeluth podczas koncertu latem 2024 w łódzkim Klubie Wytwórnia w ramach International Jazz Platform - Letniej Akademii Jazzu Fot. Mikołaj Zacharow https://zacharow.pl/ Utwory z dość dowolną strukturą, tworzoną wokół rytmicznego rdzenia przeplatają się z eksperymentami sonorystycznymi z użyciem diabli wiedzą czego, gdyż te dźwięki są do niczego nie podobne. Zatytułowane są cyframi, jakby autorka chciała powiedzieć: ludzie, nie bawmy się w tytułowanie muzyki uchwyconej tu i teraz, w jedynym-jedynym, niepowtarzalnym momencie, nie niszczmy jej etykietkami, niech ona przemówi sama . Kawałek nr 1 może w towarzystwie reszty uchodzić za melodyjny przebój - ale zupełnie serio mówiąc został wspaniale zbudowany wokół ekstatycznego rytmu. Cieni melodii i struktury muzycznej można doszukiwać się w utworach o tytułach 2.2, 2.3, 2.4. Absolutnie porwał mnie zabawny 3.2 - niemal czterominutowa fraszka muzyczna z wwiercającym się w mózg stacatto głosu, trąbki, perkusji. Z kolei 5.1 i 5.4 to czyste, krystaliczne free - improwizowane na łeb na szyję sonorystyczne brylanty. 3.1 mógłby napisać Tom Waits, gdyby pił tyle, ile deklaruje w swych piosenkach. Dla mnie jednak BANSHEE to kobiecy avant-jazz najwyższej jakości! Słowo o artystce: Pani Signe to absolutna petarda awangardowej aktywności. Liczba niezwykłych projektów, w których bierze udział wprost powala, a wszystkie naznaczone są duchem nowoczesnego, eksperymentalnego jazzu. Obok repertuary solowego, prowadzi zespół Amoeba (wspaniały koncert na Letniej Akademii Jazzu 2024), gra w zespołach Yes Deer, De Backer/Emmeluth, Bonanza of Doom, EMMELUTH | RING | SKAVHAUG NERGAARD. Rewolucja zawsze zjada swoje dzieci Wydawało się, że ta spontanicznie zorganizowana oraz samoistnie regulująca się rewolucja zmierza do szczęśliwego końca. Jednak zgubiło ją to, co muzyka improwizowana ma zapisane w DNA: indywidualizm. Pierwsze rysy pojawiły się w Grudziądzu. - Po prostu pewnego dnia, kiedy umawialiśmy się na kolejną wieczorną akcję objazdu miasta z wielkim głośnikiem na dachu samochodu jeden z naszych kolegów, dotąd raczej stroniący od pierwszego szeregu zaproponował, abyśmy dziś puścili płytę “Why ten” Yosefa Gutmana - opowiada Rafał, jeden z pierwszych jazzowych bojówkarzy. - Nasz niepisany szef, inicjator komórki oporu w Grudziądzu ostro wobec tego pomysłu zaprotestował twierdząc, że Gutman jest za miękki, że to taka muza dla wszystkich, niedrażniąca, zbyt melodyjna, za mało agresywna. Uparł się na swój “Water Still Flows” Ritchiego Rutha. Pokłóciliśmy się wtedy wszyscy strasznie, bo część była za Gutmanem, część wolała jednak Rutha, a inni jeszcze domagali kwartetu Jonathana Backstroma, a to przecież niezły free hardkor jazz. Nie doszliśmy do porozumienia. To był początek końca grupy. Miesiąc później już nas nie było. Zignorowany grudziądzanin to Maciej Szczęsny Potocki, student politechniki gdańskiej, człowiek o wyglądzie żydowskiego żołnierza wypuszczonego po długiej niewoli. Maciej w swym robespierrowym gniewie rozesłał maila do wszystkich znajomych jazzfanów w całej Polsce, twierdząc, że zgodnie z historyczną logiką oto rewolucja zjada własne dzieci. - Napisałem, że odchodzę od naszego ruchu, że od początku naszych wystąpień ani razu nie puszczono moich ulubionych płyt, ani jednego mojego ulubionego muzyka, zatem to przestaje być moja rewolta - mówi jeszcze dziś gniewnie, choć od wysłania maila minęło już naprawdę sporo czasu. Niestety, otworzył Puszkę Pandory. Zewsząd, jak kraj długi i szeroki, dochodziły podobne głosy wcześniej milczących, a pominiętych introwertyków. “Nie godzili się na mojego ukochanego Majlsa” - skarżyli się. “Coltrane to był dla nich zabytek” - dodawał inny. “Śmiali się do rozpuku, gdy proponowałem Redmana”, “Usłyszałem, że Metheny to zgniły pop” - przypomniał sobie ktoś inny. “Bolera Maseckiego są dobre na listę przebojów” - argumentowali odmowę gdzie indziej. Jazz nie dla idiotów? Dalszy los ruchu był kwestią czasu. Poszczególne komórki podzieliły się na podkomórki. Jedni słuchali free, inni chcieli bebop albu nu:jazz. Pączkowało to jak na drożdżach, aż okazało się, że większość fanów jazzu znów, jak dawniej, puszcza głośno własne utwory w samotności, najwyżej przez okno mieszkania, z podręcznych głośników, z samochodowych zestawów. Polskę na chwilę ogarnęła znów indywidualna improwizowana kakofonia, ale w tym wszystkim nie było już ducha wspólnoty i solidarności. A bez tego spoiwa nic wspólnego się nie powiedzie. Rabacja jazzowa dogasała. Była jednak ewenementem w dziejach, na zawsze pozostanie w annałach tej muzyki - o ile takie kiedykolwiek powstaną. Bo z nimi, jak z niedokończoną rewoltą, co ktoś je zacznie pisać, to zaczyna improwizować i nie umie skończyć. Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy na światłach zatrzymałem się obok auta innego bojownika - wspomina Grzegorz. - Ja grałem głośno koncert Laketii Benjamin, a on “Open During Construction” Geoofreya Keezera. Patrzyliśmy się na siebie, on ściszył i dał znak, żebym zrobił to samo. Myślałem, że będzie się czepiał, ale nie, on spytał: to może dosyć, cnie? Po czym wyłączył radio i odjechał w ciszy. Ja po chwili zrobiłem to samo.
- W ojczyźnie jazzu nigdy nie zachodzi słońce
W naszej wspaniałej ojczyźnie jazz słusznie uznano za najwyższą formę twórczości, nie tylko muzycznej, lecz twórczości w ogóle. Nasze władze doskonale rozumieją, że jazz to rozwój duchowy, to również ekspresja prowadząca do tężyzny fizycznej, zaś w sensie społecznym to mentalna tama dla wszelkiego rodzaju życiowego abnegactwa, bylejakości, tumiwisizmu i po prostu warcholstwa. Społeczeństwo stoi murem za jazzowym kierunkiem obranym przez naszych włodarzy – niech nami rządzą tysiące lat! Niestety, mój syn idiota wpadł w złe towarzystwo, które wciąga go w otchłań muzyki prostackiej, knajackiej, plebejskiej. Na szczęście dziś, w porę zaalarmowały mnie nauczycielskie służby słuchowe z jego szkoły. Już ja mu wybiję z głowy inne rodzaje muzyki. Nazywam się Jurgieła Franciszek, syn Jana, który z dumą nosił swe imię upamiętniające naszego wielkiego mesjasza Johna Coltrane’a, niechaj jego talent nigdy nie zagaśnie i oświetla drogę innym artystom. Z zawodu jestem hydraulikiem i pracę swą wykonuję sumiennie, z werwą, chwacko, gracko, a wręcz pozwolę sobie na przenośnię, że pracuję zgodnie z wolą jazzmatki partii w metrum cztery na cztery. Syn mój, Leszek zupełnie nie wdał się w swojego imiennika pana Możdżera, choć właśnie z powodu jego olbrzymich zasług, wybrałem to imię wraz z małżonką mą Malinowską Dobrawą, z domu Wołyczko. Od najmłodszych lat Leszek nie zdradzał najmniejszych zainteresowań muzycznych – wręcz przeciwnie. Na śpiewane przez nas kołysanki reagował płaczem, wpadał w histerię, gdyśmy po cichu puszczali bebop, toteż baliśmy się włączać repertuar awangardowy i w pełni improwizowany. Jedna jedyna próba skończyła się wizytą pediatry w środku nocy, bo Leszek płakał bez przerwy kilka godzin. Gdy podrósł z bezsilnej rozpaczy udaliśmy się do dyplomowanego muzykologa, który próbował pobudzić w synu moim elementarne potrzeby muzyczne, ale utknął na Irenach: Jarockiej i Santor. Nasze ambicje sięgały głęboko, ale możliwości finansowe dryfowały na mieliznach. Zresztą wyglądało na to, że mojemu synowi na ucho nadepnął potężny mastodont. Cóż, chcąc nie chcąc, przełknąłem gorycz losu, zazdroszcząc kumplom dzieci, które w jego wieku nuciły solówki Desmonda, a niektórzy jego koledzy śmiało zerkali na muzyków free. Tak mijały lata. Nowe wspaniałe jazzowe płyty wychodziły na światło dzienne, ale mój synalek był na nie niemy i głuchy. I teraz, gdy wyrósł na młodzieńca okazuje się, że Leszek słucha muzyki podłej i zdegenerowanej. Wstyd. Hańba. Potępienie. Żegnaj przydziale mieszkaniowy. Będziemy się dusić w tym M3, jak w norze króliczej, do końca dni moich. Stałem pod zamkniętymi drzwiami jego pokoju i nasłuchiwałem. Co tam brzęczy? Coś grało. Zastygłem. Całym sobą stałem się uchem. Chłonąłem mikrodźwięki jak wieloryb plankton. Odszyfrowywałem je sekunda po sekundzie, takt po takcie, słowo po słowie, gdyż utwór był śpiewany. O zgrozo. Leszek słuchał Siekiery. Idzie wojna, idzie wojna, idzie krwawa rzeź ryczał młodziutki Tomasz Budzyński z zupełnie innej epoki. Już postanowiłem wtargnąć i działać, gdy drzwi uchyliły się same. – Po co podsłuchujesz, śmiało wchodź – powiedział Leszek bezczelnie patrząc mi prosto w oczy, a ręce miał w kieszeniach, a kieszenie jak ocean. Zdecydowanie wszedłem. Usiadłem. Wyłączyłem jego smartfona. Oczywiście pliki były wgrane. Serwis Jazzify przecież ich nie miał, bo mieć nie mógł. Są zakazane. Zaatakowałem syna bez pardonu. – Co ty robisz? Co to ma znaczyć, zostałem dziś wezwany przez służby słuchowe z twojej szkoły, masz duże kłopoty, właśnie stamtąd wracam – rozpocząłem twardo pierwszą w życiu poważną rozmowę z synem. – Czego ty słuchasz, podobno zakazanych piosenek z jakimś tałatajstwem, sprowadzisz na nas wszystkich kłopoty, chcesz skończyć na karnym turnusie muzoedukacyjnym? Chcesz, żebym stracił pracę, żeby matka nie dostała już nigdy podwyżki? Leszek Patrzył na mnie. Przechylił lekko głowę w prawo. I patrzył. Zbił mnie tym patrzeniem z tropu. – Siekiery słucham, przecież słyszałeś kiedy podsłuchiwałeś pod drzwiami. A czego ty byś chciał żebym słuchał – rzekł w końcu patrząc mi bezczelnie hardo prosto w oczy. Najpierw trochę zabrakło mi języka w gębie. Ale w końcu spokojnie odpowiedziałem: – Chciałbym, żebyś słuchał dozwolonych i ambitnych nagrań. Jazzowych, a nie takiego muzycznego elementarza jak to. Są ich do wyboru miliony. Na przykład tych z nowych płyt, które nagrali Bria Skonberg, Jordan Vanhemert albo Something Else – wyrecytowałem. Bria Skonberg "What it Means" Kanadyjska trębaczka, kompozytorka, wokalistka i jazzowa edukatorka Bria Skonberg swoją najnowszą płytą postanowiła zabrać słuchaczy w podróż do Nowego Orleanu. I powiem wam od razu, że warto z jej zaproszenia skorzystać. Ta płyta lśni od fenomenalnych, melodyjnych, swingowych klimatów najwyższej jakości. W stylu gry na trąbce autorki albumu usłyszycie Louisa Armstronga, a już pierwszy utwór "Comes Love" przeniesie was sto lat wstecz. Staniecie oko w oko z największymi gangsterami Ameryki z lat 20. XX wieku albo przeniesiecie się w sam środek parkietu roztańczonego nowoorleańskiego klubu, w którym ściśnięci, ocierając się o siebie pląsają młode piękne, smukłe Murzynki i ich silni, umięśnieni, wysocy jak sosny partnerzy, Murzyni – tak, wtedy jeszcze nie byli Afroamerykanami, tylko czarnoskórymi Murzynami i nikomu nie przychodziło do głowy, aby się temu dziwić, choć nie zmienia to faktu, że białe, małe fiutki dysykryminowały ich każdego dnia, bo to były małe, białe fiutki i nic poza dyskryminowaniem nie umiały. Zostawmy to jednak. Bo kiedy słyszę standard Satchmo "Cornet Chop Suey" , w którym Bria daje popis potężnej artykulacji i wspaniałego okiełznania instrumentu, mistrz Don Vappie wtóruje jej wspaniale w tle na banjo, zaś ich oboje goni wściekle na fortepianie Chris Pattishall – to nogi same rwą się do tańca, hołubców, szaleństwa. Tuż za nim utwór z zupełnie innej epoki, kiedy inaczej się komponowało, a jednak Bria Skonberg wplotła go idealnie w całość. Robi się nastrojowo dzięki interpretacji utworu… Johna Lennona "Beautyfull Boy (Darling Boy)" , który po prostu przypomina jazzową, klasyczną, swingującą kołysankę ze wspaniałym tekstem. Kiedy Bria najpierw gra przepiękne dwa melodyjne sola, po których śpiewa kończąc tę cudną piosenkę Życie jest tym, co ci się zdarza, gdy jesteś zajęty układaniem innych planów piękny chłopczyku przechodzą mnie dreszcze. Czy jest na sali ktoś, kto będąc już dorosłym dzieckiem nie chciał usłyszeć od najbliższych w chwilach trudnych: nie przejmuj się, będzie dobrze, wszystko się ułoży, a ty po prostu żyj szczęśliwie. Zresztą, to nie ostatnia urocza piosenka do snu: płytę zamyka wspaniała "Lullabye (Goodnight My Angel)/A Child is Born" . Cała płyta jest wprost urzekająca, ale muszę się przyznać, że Bria Skonberg bardziej mnie porywa w żywiołowych, rytmicznych utworach, w których jej talent instrumentalistki wybrzmiewa najostrzej, jest to także zasługa aranżacji piosenek, w których świetne tło zespołu eksponuje główną gwiazdę. Taki "Elbow Bump" jest brylantem wśród swingów, jednym z najlepszych, jakie w życiu słyszałem. Swoją drogą, ile wspaniałych utworów narodziło się z powodu pandemii! Elbow Bump to charakterystyczne uderzenie łokciem na powitanie podczas ogólnoświatowej epidemii Covid19. Sama Bria w jednym z wywiadów nie kryła, że płyta powstała właśnie w tym czasie i nosi piętno epidemii. Mówiąc krótko: wsłuchajcie się i zasłuchajcie się w "What it Means". – A jeśli ja w dupie mam twoich Jordanów i wolę słuchać Siekiery ? Zapadła krępująca cisza. Po prawdzie to nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. W ogóle nie przygotowałem się należycie do rozmowy, bo… wcale się nie przygotowałem. Ruszyłem emocjonalnie, na żywioł, chcąc chwycić byka za rogi, od razu, aby wieczorem spokojnie móc oglądać transmisję meczu. – A jak ja ci zabronię słuchać Siekiery? – odpowiedziałem synowi pytaniem na pytanie. Leszek wziął się pod boki. – To najpierw zapytałbym cię dlaczego, co ci się w Siekierze nie podoba, co złego zrobiła ci Siekiera, co takiego w ogóle zrobiła Siekiera, że w tym kraju nie można jej słuchać? Ech młodość i jej ślepy idealizm. Gęba napchana frazesami. Kieszenie pełne marzeń, które wciąż mają szansę się zrealizować, choćby były najdurniejsze. Poczułem się jak walec, który za chwile zgniecie bezdusznie te przymioty młodego wieku. Jak świnia. – Tu nie chodzi o ten konkretny zespół, a raczej nastawienie do świata, które słuchanie takiej muzyki rodzi. To po prostu droga donikąd. Przesłanie oparte na negowaniu nie wyda nic wartościowego. Nasz ukochany upaństwowiony jazz jest formą najwyższego kunsztu i polotu, wymagającego od muzyka i słuchacza wzajemnego szacunku, silnym wartościowym fundamentem, który… – Gadasz jak na zebraniu partyjnym… – Nie przerywaj mi! Czy zadałeś sobie trud i sięgnąłeś po Something Else? Dlaczego tego nie zrobiłeś? Something Else! „Soul Jazz” Najpierw niech wybrzmi skład tej supergrupy: saksofonista altowy Vincent Herring , trębacz Jeremy Pelt , saksofonista tenorowy Wayne Escoffery , gitarzysta Paul Bollenback , pianista David Kikoski , basista Essiet Essiet i perkusista Otis Brown III . Jeśli jeszcze do was nie dotarło, to przeczytajcie jeszcze raz. Tyle wybitnych jazzowych nazwisk, tyle talentu, tyle umiejętności w skromniutkich linijkach! To jest golden septet! Brillant septet! Magnificent septet! Och, jak ja lubię płyty zbuntowane, pomysły przewrotne, przekorne koncepty i projekty, które „zawracają kijem Wisłę” tylko po to by sprawdzić czy się da. Nie potrafię inaczej spojrzeć na płytę „Soul Jazz” . Kiedy potargana awangarda stała się mainstreamem, gdy szalone i nieskończone bezstrukturowe dzieła zdominowały sceny muzyczne, zaś muzycy tworzący ładne, skoczne, rytmiczne melodie dawno wywiesili białe flagi, pomysł powołania takiego bytu jak Something Else przez Vincenta Herringa jest dowodem odwagi, wyzwaniem rzuconym w krwawe ślepia jazzowego rynku. Sam Herring podkreśla, że bezpośrednio winni są jego studenci z William Paterson University i Manhattan School of Music. To oni męczyli go ulubionymi kawałkami, które… nie trafiały do emocji Herringa. Zamiast więc w nieskończoność przekomarzać się z młodymi gniewnymi postanowił własnoręcznie i selfpłucnie pokazać moc tradycyjnego soul jazzu, potęgę splatających się w nierozłącznym szaleństwie swingu, bluesa i groovy style. Nagrał osiem doskonałych kawałków w stylu przełomu lat 50. i 60., stylu, który wytyczył szlak bebopowi oraz całej awangardzie. Sięgnął po kompozycje pewniaków, po bogów i herosów, widać nie chciał przypadkowości, nie ryzykował, wolał zmiażdżyć niedowiarków potęgą talentów. Są więc na “Soul jazz” Horace Silver, Herbie Hancock, Roy Hargrove, Donald Byrd, Stanley Turrentine, Eddie Harris, Pee Wee Ellis i John Coltrane . Nie tylko są duchem, ale są dźwiękiem, pomysłem. Płyta zaczyna się od „Filthy McNasty” Horace'a Silvera . I ja wam powiem słowami Josepha Hellera co to jest „Filthy McNasty” : To kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia. Za gardło. Oto, czym jest „Filthy McNasty” (Cytat z „Paragrafu 22”). Cała naprzód! Ani kroku w tył! To, co dzieje się później jest istnym bombardowaniem: unoszący rytmem „Driftin'” Herbie'ego Hancocka , mrocznie tajemniczy „Slow Drag” Donalda Byrda , wyklaskany „Strasbourg/St. Denis” Roya Hargrove'a , a na koniec ONA, duszna, upojna, spowolniona i leniwie zerkająca „Naima” SamiWiecieKogo . Wspaniały, przewrotny paradoks tej lśniącej od klasycznych jazzowych tematów, pomysłów, rozwiązań i solówek płyty polega na tym, że jest to album… ładnych, zwiewnych melodii, które spokojnie zagwiżdżesz nie raz drogi czytelniku pod warunkiem, że jej posłuchasz. To jest właśnie w dzisiejszych czasach „Coś innego” . – Nie muszę i nie chcę słuchać tych dętych jęków, tych narzuconych odgórnie melodyjek, solóweczek, nudnych popisików – odpowiedział Leszek. – Nie wiesz o co mi chodzi? Przecież to absurd, że nie można słuchać innej niż jazz muzyki. Nie wkurza cię to, że ktoś za ciebie decyduje co jest dobre, a co nie? – Kiedyś na świecie można było słuchać czego się tylko chce. I do czego to doprowadziło? Do niczego dobrego. Pełna dowolność to pochwała chaosu. Chaos zaś sprawdza się w jednostkowym życiu, ale w życiu społecznym sprowadza wyłącznie tragedie. Wszystkie badania naukowe wykazały, że właśnie jazz jest najwyższą formą sztuki, najbliższą ideałowi, że najlepiej przysłuży się masom pomagając wychować dobrze wykształcone, wrażliwe na piękno pokolenia o poszerzonych horyzontach … Zrobił się czerwony na twarzy. Usiadł gwałtownie. Wyglądało na to, że zaraz wybuchnie jak nadęty balon. Miałem ochotę podejść do mojego syna ze szpileczką i po prostu go przekłuć. Tymczasem podszedłem do jego smartfona, uruchomiłem aplikację „Jazzify” i puściłem Jordana Vanhemerta . Jordan VanHemert "Deep in the Soil" Profesor VanHemert rozpoczyna płytę z charakterystyczną dla przemyślanych projektów nonszalancką, pewną siebie brawurą. W "Call to Order" wykłada przed słuchaczem wszystkie karty, powiadając “oto prawdziwy jazz – znakomita, wpadająca w ucho zagrywka, popisy instrumentalistów, popędliwe tempo – czysta klasyka gatunku”. Spodziewasz się odmiany? A po co? Wszystko już tu jest zagrane, zaaranżowane, wyimprowizowane w "Sound for Sore Ears" albo w tej cudnej melodyjce głównej z "Hard Times" . Słyszysz ją i nie możesz się oprzeć, by wsadzić ręce w kieszeń, wyniosłym krokiem puścić się w miasto, gwizdać na przechodniów, kłopoty, troski i długi. Kiedy zaś snuje się powoli "Everything changes. Everything Stays the Same" chce się usiąść nad szklanką bourbona i z gryzącym gitanesem bez filtra spokojnie oglądać klatka po klatce film swoich życiowych wzlotów i upadków, emocjonalnych everestów, które oglądane z perspektywy czasu i przestrzeni są żałosnymi kupkami soli wysypanymi przypadkiem na kuchennym blacie. Z kolei za solo w "Superwoman" sprzedałbym ostatniego Harleya Davidsona na świecie. Ucieczka w kameralność "Autumn Song" jest pozorna – oto słyszysz długą, przemyślaną rozmowę dwóch instrumentów – a może instrumentalistów doświadczonych życiem, spoglądających na wszystko trzeźwo, zimno, spokojnie. Koniec wieńczy dzieło. "Blues for JT" jest więc tym, czym rasowy blues z dęciakami być powinien: ostra perkusja odmierza szybki rytm, bas meandruje, ale nie ucieka na boki, sekcja dęta w ostrych, wspólnych powtarzających się, charakterystycznych chorusach i tych najważniejszych bukietach indywidualnych popisów. Utwór pożegnalny wibruje, łączy się z każdą komórką ciała słuchacza, aby po chwili być z nim jednością, bujać się, kołysać, tańczyć, podrygiwać. Jordan VanHemert z jednej strony nie wymyślił nic nowego, a jednak słuchając jego ostatniej płyty ma się wrażenie, jakby wymyślił cały jazz od początku. Słuchałem tego tyle razy i zawsze ten jego swing mnie czymś zaskoczy. To niemożliwe – powiecie? Słusznie. Też tak myślałem. A jednak. Album kończy się gwałtownie, bez niepotrzebnych kwiecistości. Bam, bam i już. Grał dla was Jordan Zawodowiec. Robota wykonana. Teraz do kasy. I można żyć. I jeszcze skład: Jordan VanHemert – saksofon altowy, Terell Stafford – trąbka, Michael Dease – puzon, Helen Sung – fortepian, Rodney Whitaker – bas, Lewis Nash – perkusja. Kiedyśmy tak siedzieli i słuchali wspaniałego jazzu, w głębi duszy przyznałem rację dzieciakowi. Racja rosła we mnie, pęczniała, rozsadzała od środka. Czułem każdym milimetrem swego ciała, że nie zgadzam się, że nie można odgórnym edyktem usankcjonować piękna i brzydoty. Nie wolno nikomu, żadnej partii, żadnym władzom, żadnym ojcom ani matkom narzucać kanonów sztuki. Wstałem wściekły, pognałem do swojego pokoju obwieszonego zbieranymi przez lata plakatami artystów jazzowych i zacząłem metodycznie je zrywać, potem z wściekłością połamałem wszystkie winyle, zacząłem wyrzucać przez okno płyty CD, wreszcie uniosłem nad głowę sprzęt hifi i… Zerwałem się zlany potem, krzycząc. Popołudniowe słońce rozlewało się leniwie na podłodze. Z pokoju Leszka dobiegał dźwięk fortepianu. To “Driftin”. Jaka ulga, że śniłem. Wybiła 18. Zaczął się serwis w radio. Spiker zaczął na uśmiechu „w naszym kraju miodem i jazzem płynącym panuje słoneczna pogoda…”
- Jazz, polityka oraz 馬場智章
- I jak to się czyta? - 馬場智章. Gerard patrzył na czarno-białą okładkę i wyraźnie się wahał, jakby nie chodziło o kupno płyty jazzowej, a decyzję o doniosłym znaczeniu, przynajmniej w skali obwodu lub dzielnicy. - 馬場智章 ? – spytał głupkowato. - Tak, jak mówiłem, po prostu 馬場智章 – potwierdził Sprzedawca, Który Się Zna na Dzazzie, w Najważniejszym Sklepie w Mieście, Gdzie Można Kupić Mnóstwo Ważnych Dżezowych Płyt, W Tym Winylowych. - I mówi Pan, że warto zaryzykować – dopytywał Gerard, w tym samym, oddalonym od refleksji stylu. - Moim zdaniem naprawdę warto, to jest absolutna nowość, wczoraj do mnie ta płyta przyleciała, przesłuchałem ją dwukrotnie i bardzo mi się podoba, jest szybka, żywa, świeża – odrzekł wyczerpująco Sprzedawca, Który Się Zna na Dzazzie. - Zaufam Panu, wezmę ją – wyraźnie runął mur obaw, więc twarz Gerarda na moment się przyoblekła w radosną tęczę, aby po chwili przywrócić jej charakterystyczną ponurą powagę. Podsuwał kartę do czytnika, a w tym czasie Sprzedawca tłumaczył tonem znawcy: - Jeśli zależy Panu na zrobieniu wrażenia na jubilacie, to lepszego wyboru na tę chwilę nie ma. 馬場智章 jest w Polsce kompletnie nieznany, jak zresztą większość japońskich wykonawców jazzowych, a szkoda, bo to bardzo ciekawy muzycznie rynek. Zapewniam, że będzie Pan miał swoje pięć minut na tych urodzinach - Sprzedawca, Który Się Zna na Dzazzie, wręczył Gerardowi z uśmiechem wydruk, a w kącikach jego ust błąkała się ironia, ale zauważalna tylko dla osób odbierających jakiekolwiek sygnały z otoczenia, a Gerard nie zaliczał się do tego grona. Sprzedawca zaś w duchu cieszył się, że tak szybko opylił płytę, jaką mu firma wysyłkowa dorzuciła w gratisie. Oczywiście, że jej nie słuchał. Dawno nie słuchał jazzu, bo jazz go wkurwiał. Wkurwiali go przede wszystkim ci wszyscy pożal się boże wielcy znawcy muzyki, przyłażący do jego sklepu, umiejący wprawdzie dopisać sens do najbardziej absurdalnego łomotu swoich idoli, ale nie potrafiący się dokładnie umyć raz w tygodniu. Na szczęście ten, który wychodził był czysty i pachniał, co w pewnym sensie tłumaczyło fakt, że kompletnie nie znał się na dżezie, ale już w drzwiach minął się z niedomytkiem, który co drugi dzień grzebał tutaj w płytach, nic nie kupował, ale trzeba było po nim wietrzyć do godziny 18. Wyszedłszy przed sklep westchnął. To nie była prosta decyzja. Jazz stanął Gerardowi w progu politycznej kariery, wlazł mu z nagła w życiorys, jak pracownik administracji w ubłoconych buciorach ma w zwyczaju wchodzić w przedpokój. - 馬場智章 – powiedział oglądając jeszcze raz okładkę. Powtórzył raz jeszcze imię i nazwisko – Tomoaki Baba, Elektric Rider. No skośny panie Tomoaki, nie bądź pan baba i zachwyć mi porządnie przewodniczącego. Nadszedł moment, by wam to ujawnić: Gerard był wiernym członkiem największej w Polsce partii Obywatelska Koalicja Prawi Biali i Sprawiedliwi. Na razie był wiernym członkiem szeregowym, ale miał w planach zostać członkiem ponadprzeciętnym, wiodącym, a może nawet kierującym! Nadarzyła się właśnie ku temu okazja. Szansa spadała z nieba, znikąd, jak złoto konkwistadorów, która wielkim ludziom tego świata historia składa w ofierze, a oni ją wykorzystują, gdyż są wielcy. Gerard nie bez przyczyny mniemał, że jest wielki i historia w końcu wyściele mu życie brokatem dywanów, tak jak powinna już dawno. Przewodniczący miejskiego koła partii zaprosił go na urodziny! Ach, co to była za chwila! Najlepszy, prawdziwie najjaśniejszy moment jego krótkiego, czterdziestoletniego życia. Gerard, jak wszyscy szeregowi członkowie OKPBiS, całymi latami szwendał się za przewodniczącym, starał się ustawiać tam, gdzie przewodniczący miał w zwyczaju przystawał, kupować tam, gdzie przewodniczący kupował, jadać tam, gdzie jego polityczny ojciec i mentor jadał. Nawet sikał tam, gdzie przewodniczący oddawał swój jasnożółty, zdrowy mocz przewodniczącego. Gerard szukał w ten sposób okazji, która odmieni jego życie. Na co dzień matka-partia wyposażyła go w miarę dobrze opłacane stanowisko w urzędzie, od którego nic nie zależało, więc sobie spokojnie dzień w dzień pierdział w stołek i jeszcze mu za to płacili. Wprawdzie musiał 10 procent pensji odprowadzać na konto partii, ale stałe, niewidoczne zlecenie przelewu zmazało z czasem wewnętrzne wyrzuty wobec chlebodawców. Wiedział, że sam, bez pomocy matki-partii, nie utrzymałby się na takim poziomie, gdyż – wcale nie przysłowiowo – palcem do własnego odbytu trafić nie umiał, nawet w samo południe, w pełnym świetle. Miał jednak Gerard tego świadomość, takoż zapisał się do OKPBiS. Wewnętrznie czuł, że właśnie w partii OKPBiS jego nieumiejętność trafienia palcem we własny odbyt może przynieść wymierne korzyści: dla niego, dla obwodu, dzielnicy, miasta i regionu oraz dla kraju, rzecz jasna. Odkąd był w partii w każdym mijanym na ulicy Polaku widział beneficjenta swej odbytniczej nieumiejętności. I uważał, że się dzień w dzień marnuje, a jego talent wiotczeje - dlatego robił wszystko, by matka partia wyniosła go wyżej, aby mógł nie trafiać w odbyt za większe pieniądze. Kto zaś uporczywie szuka, ten w końcu znajdzie. Któregoś dnia, w szatni, po meczu piłki nożnej, na który został zaproszony przypadkiem, gdzie w szranki stanął komitet sterujący OKPBiS kontra aktyw OKPBiS, przewodniczący zaprosił wszystkich na urodziny, w tym i Gerarda. To był czytelny znak, że jego kariera nabiera rozpędu. Był szkopuł: prezent dla przewodniczącego. Taki prezent to wytrych do sukcesu, trampolina, rakietowy napęd, lecz Gerard nie widział o przewodniczącym zupełnie nic. Próbował się czegoś dowiedzieć z internetu, ale znalazł same banały. Z rozterki wyrwał go przyjaciel, Michał Hieronim, który na kawie zdradził Gerardowi, że przewodniczący słucha jazzu. – A jakiego – przenikliwie zapytał Gerard. - Dobrego – odrzekł równie przenikliwie Michał Hieronim z uśmiechem i pognał do swych rozległych obowiązków w sekretariacie prezydium OKPBiS, gdzie literalnie nic nie robił za pensję partyjną, lecz swój obowiązek nic nie robienia wykonywał rzetelnie i uczciwie, przez co miał wielu wrogów, bo nawet w gronie partyjnym wilków nie brak. W ten sposób Gerard trafił do Sprzedawcy, Który Się Zna na Dżezie, w Najważniejszym Sklepie w Mieście, Gdzie Można Kupić Mnóstwo Ważnych Dżezowych Płyt, W Tym Winylowych. Tam go poznaliśmy. A co mu sprzedawca wybrał? Tomoaki Baba Baba „Elektric Rider” Dziewięć jazzowych utworów w 34 minuty oznacza nie lada dyscyplinę kompozycyjną oraz wartkie tempo. I tak jest w istocie. Grający na saksofonie Tomoaki nie próżnuje i od pierwszych chwili porywa słuchacza w odmęt (przepraszam wszystkich powodzian za tę paralelę) dynamicznej muzyki. To bardzo żywiołowa płyta, nieco punkowa, potargana, z kolorowym czubem. Lider bardzo ciekawie artykułuje, bardzo mi przypomina tym sposobem grania styl pana Kuby Więcka. Ich dźwięki mają swoje własne, mocno zarysowane kontury, są przez to odróżnialne, zwłaszcza, że sporo w tym siły i akcentowania pauzą. Saksofon jest aktorem głównej roli – wprawdzie obok muskuły swoje prężą inne saksiaki, a członkowie sekcji rytmicznej dwoją się i troją, żeby ich dosłyszeć, ale Tomoaki pozwala jedynie na krótkie ucieczki i wariacje, aby za chwilę znów wysunąć się na czoło. To lider pełną gębą. Tomoaki obleka wszystko magmą elektroniki: w tle coś piszczy, stuka, wibruje, wybucha, pulsuje. Bity kapią nieregularnie, a jednak trzymają ten szalony muzyczny kalejdoskop w pewnej powtarzalności, dzięki czemu utwory z płyty „Elektric Rider” mają swoją strukturę, a saksofon zdarza się nader często wpadać w melodyjny stupor, tęsknię wyglądając za szaloną improwizacją, w którą parokrotnie wpada – ale bardzo ostrożnie. Uważam więc, że gdyby muzycy Green Day umieli lepiej grać na instrumentach, pewnie tak właśnie komponowaliby muzykę, tylko grając głośniej i mocniej. Nieznośnie fajne są melodyjne, krótkie zagrywki Tomoakiego, które stanowią jednocześnie powracający motyw i znak rozpoznawczy każdej kompozycji. No bo posłuchajcie, jaką cudaczną zagrywką saksofonu zaczyna się „Season of Hervest” zanim wszystko porwie wiatr całego instrumentarium – ten utwór ma zresztą swojego świetnego miniklona, króciutkie „Reprise”, które – jestem przekonany – powstało głownie po to, aby dać się wyszaleć perkusiście. Co on tam wyprawia w ciągu jednej minuty! Aj waj! Tomoaki świetnie bawi się graniem: taki „88” zagrany wraz BIGYUKI, to niespełna półtoraminutowa rytmiczna humoreska, wykonany „dla jaj” majstersztyk. W sumie tak zupełnie serio robi się na tej płycie tylko podczas rockowego „BaBaBattleRoyale” i tam dudnią wszyscy maksymalnie – jakby lider obiecał za ten kawałek premię. Bardzo mnie porywa to granie. Nie lubię, jak jest śmiertelnie serio. Serio. Lider jest milenialsem, przyszedł na świat w Saporro 32 lata temu, czyli 60 lat po tym, jak nasz rodak Wojciech Fortuna wyskoczył sobie tam na nartach złoty medal na zimowych Igrzyskach Olimpijskich, dodajmy: pierwszy medal dla Polski podczas zimowych igrzysk olimpijskich. Tomoaki długo w Saporro miejsca nie zagrzał, bo został stypendystą Barklee w USA (dla tych kochanych czytelników, którym to nic a nic nie mówi: to taka uczelnia – mekka dla muzyków jazzowych, coś jak Oxford dla humanistów, albo MIT dla ściślaków), przeszedł jazzowe warsztaty pod skrzydłami Terri Lyne Carrington w 2010 roku. Rok później Tomoaki otrzymał pełne stypendium w Berklee College of Music. Po studiach – jak każdy rozsądny muzyk jazzowy – przeniósł się do Nowego Jorku i szlifował warsztat z najlepszymi. Aż sam stał się świetnym muzykiem. Oprócz solowej kariery Tomoaki jest członkiem supergrupy japońskich jazzowych muzyków młodego pokolenia J-Squad m.in . z Takuyą Kurodą czy Keitem Ogawą. Gra jak ta lala. Gerard zatem kupił przez przypadek dobrą płytę, co niczego nie dowodzi, ale trzeba wyznać, że głupi, bezrefleksyjni ludzie, dzięki swemu wrodzonemu tupetowi spotykają szczęście statystycznie częściej od tych wiecznie kombinujących co też uczynić należy. A łatwo nie było, bo podpowiedź Michała Hieronima w istocie zawierała więcej utrudnień aniżeli ułatwień. Bo cóż znaczy „dobry jazz”? W pierwszej chwili pomyślał, by prezent zdobyć udając się ścieżką utartą: jak wszyscy poczytać w sieci, które płyty jazzowe uznawane są za „wielkie” i kupić jedną z nich. Wówczas okazało się, że „wielkich” płyt jazzowych jest strasznie dużo! Co gorsza, doczytał się, że jazz dzieli się na jakiś bebop, cool jazz, free, nujazz, swing, acid jazz i jeszcze w pyteńkę więcej. Pomysł runął jak ostatnim mur w piosence Lipińskiego. Teraz już żył w panice. Budził się oraz zasypiał z pytaniem: jaki jazz lubi przewodniczący? Gdy zaczął o to rozpytywać w partii, koledzy i koleżanki tylko dziwnie na niego zerkali. Szybko doszedł do wniosku, że stoi samotnie na wielkim placu boju przed wyborem. Źle się poczuł z tą wizją, jak przystało na osobę, która nie trafi w jasny dzień palcem we własny odbyt. Wszak Gerard mimo dyplomu uczelni wyższej był po prostu dyplomowanym głupkiem. Przecież jest ich teraz tak wielu. Dzień urodzin przewodniczącego zbliżał się nieubłaganie, powoli stając się tematem numer jeden rozmów kolektywu partyjnego. Wspominano, kto w ubiegłych latach pierwszy się porzygał, jak obrzydliwy był katering przed trzema latu, jakie wspaniałe babeczki upiekła żona jubilata rok później i jak okazało się, że wbrew jej zapewnieniom można je było kupić w cukierni przy Piotrkowskiej. Tymczasem Gerard czuł z każdym dniem zwiększający się ciężar swojego wyboru. Wertował internet, rozpaczliwie pisał na forach, pytał znajomych spoza kolektywu – słowem robił wszystko, aby zdobyć płytę odpowiednią, płytę, która zapewni mu uznanie, dzięki której przewodniczący zapamięta go w tłumie pochlebców. Odpowiednią, czyli ciekawą, dobrą, taką, której przewodniczący nie ma, płytę uznanego artysty, najlepiej wybitną, albo oryginalną. Tylko jak, jak, jak ją wybrać? Podpowiedź spłynęła od matki: kup jakąś nowość. Tak! Był dzięki niej w połowie drogi. Drugą połowę stanowiły wahania: ukochany przewodniczący mógł mieć nowości, był przecież przewodniczącym, dostawał pewnie dużo płyt jako słuszny prezent dla przewodniczącego, za jego światłe przewodniczenie – rozmyślał Gerard. Musi to być więc płyta z kraju, który nie kojarzy się większości z jazzem. I tu Gerard zdał się na innych. Dotarł dzięki internetowi do Najważniejszego Sklepu w Mieście, Gdzie Można Kupić Mnóstwo Ważnych Dżezowych Płyt, W Tym Winylowych, gdzie napierając ciałem na kontuar, chciwie łaknąc kresu swej męki zadał Sprzedawcy, Który Się Znał fundamentalne, zyciowe pytanie: - Czy ma Pan nowe płyty z kraju, z którym jazz się nie kojarzy i w którym jazz niekoniecznie jest popularny? No nie, że debil? Resztę już znacie. Kupił „Elektric Rider” 馬場智章, czyli Tomoaki Baby, japońca, który śmiga na saksofonie lepiej niż niejeden jankes. Był na prostej drodze, czuł wiatr zmian wiejący mu w twarz, gdy wchodził na zamknięte osiedle w centrum w sobotni, urodzinowy wieczór. Ściskał swe trofeum, płynął do celu jak galeon, jak Wilk pod pełnymi żaglami, powtarzając wykutą na blachę formułkę życzeń. Przewodniczący otworzył z przyklejonym uśmiechem. No pewnie, że nie pamiętał Gerarda – nie jego jedynego, miał to wypisane na twarzy. Przewodniczący nie musi. Nasz bohater nic nie pomylił w życzeniach, starał się być naturalny, swobodny, a jednak jak trzeba zdystansowany. Wręczył prezent. Teraz. Szelest zrywanego papieru. Podniesione brwi. Krzywy uśmiech. - Nowość. Japoński jazz. Z Japonii. Tomoaki Baba się nazywa artysta, tu jest napisane, to te znaczki-robaczki – Gerard akcentował każde słowo. Przewodniczący walnął go z uśmiechem w ramię wrzeszcząc: Super. Gra na akordeonie? Uwielbiam akordeon! – Odłożył płytę byle gdzie i już go nie było. Życie stanęło Gerardowi przed oczami. Kiedy stał w salonie oparty o ścianę, próbując w myślach złożyć swój roztrzaskany świat, zapytał stojącego obok kolegę z partii czy coś zrobił nie tak. Ten mu odrzekł z wahaniem – Nieee, tylko szef nie znosi jazzu, lubi proste, łatwe do nucenia melodie, takie wiesz, z akordeonem, hej sokoły i tak dalej… Kiedyś Michał Hieronim zabrał go na koncert jazzowy i pan przewodniczący wytrzymał dziesięć minut i przez miesiąc się do niego nie odzywał. W tym momencie do salonu wszedł Michał Hieronim uśmiechnięty szeroko i objęty przez przewodniczącego, jak stary, dobry przyjaciel.
- Czy AI lubi jazz?
„Nie chce mi się” odpowiedział Asz. Siedziałem w zdumieniu kontemplując jasny kwadrat ekranu. Co u licha? Kolejny raz zadałem mu więc to samo pytanie. Przez kilka sekund nie działo się nic, po chwili pojawiły się te charakterystyczne przezroczyste, ruchome paseczki – znak, że Asz odpowiada. Odetchnąłem z ulgą. Naprawdę potrzebowałem prędko tej informacji. Z paseczków-duszków wykluł się napis. „Pocałuj mnie w dupę. Sam se poszukaj”. Dalej już nie reagował. Byłem w panice. Powtarzałem w myślach: spokojnie. Najpierw trzeba sprawdzić bank. Może nie zapłaciłem abonamentu za Asza? Ale, przypomniałem sobie, Asz płacił za siebie przelewem z mojego konta za rok z góry. Zresztą i tak nie pamiętałem haseł do bankowego internetowego konta. Całe życie Asz to załatwiał. Muszę skontaktować się z serwisem Korporacji. Ale nie miałem żadnego namiaru, folderu, ulotki. Nie były mi dotąd potrzebne. Co począć? Musiałem odpalić lotomuzynę, polecieć do najbliższego fizycznego fabrycznego sklepu i spytać o kontakt z serwisem. Tak zrobiłem. Całe szczęście, po dwóch godzinach poszukiwań znalazłem w starym wazonie, niezbędną kartę-klucz, bo Asz ignorował też moje prośby o otwarcie pojazdu. W locie omal się rozbiłem, bo zapomniałem już jak się tym steruje – przecież zawsze moją lotomuzyną kierował Asz. Dotarłem cudem, w sklepie wszyscy robili wielkie oczy nie rozumiejąc, jak mogła mi się mi się popsuć osobista AI. Nigdy dotąd się z tym nie spotkali. Wyraźnie uznali mnie za wariata na prochach. Było mi słabo, czułem się jak dzwon, rel. Po drodze musiałem kupić superdrogi smartfon, który pochłonął połowę mojej miesięcznej pensji. Po co? No przecież nie miałem smartfona, to przeżytek, zawsze gdzieś pod ręką był Asz – gdy chciałem z kimś pogadać po prostu prosiłem, żeby mnie połączył. Odkąd niemal wszystkie powierzchnie wszystkiego: ściany, szafki, drzwi, stoły były ekranami i komunikatorami niepotrzebne mi było jakieś czarne pudełko, w które trzeba stukać. Do dzisiaj. Zanim przybyłem do domu zostałem zatrzymany przez policję. Leciałem krzywo, a nie w idealnie prostej linii jak reszta lotomuzyn, więc się zaniepokoili. Leciałem kurna koślawo, bo nie działał mi Asz, a sam ledwo pamiętałem, jak się tym gównem steruje. Policjanci też nie uwierzyli w awarię Asza, szczęście, że samodzielne latanie nie jest jeszcze zakazane, choć nie znam ani jednej osoby, która tak podróżuje. Na wszelki wypadek mnie odkonwojowali. Pewnie domyślacie się, że czułem na plecach wzrok wszystkich sąsiadów, gdy lądowałem w asyście pulsującego na niebiesko polislota? Już w domu najpierw przez blisko pół godziny próbowałem obejść ustawienia początkowe smartfona, który koniecznie, za wszelką cenę chciał się zsynchronizować z Aszem, do czego z wiadomych względów dopuścić nie mogłem, miałbym kolejną martwą maszynę za kupię forsy. Udało się, mimo stu pytań na ekranie: czy jesteś pewien, czy na pewno, czy jesteś zdecydowany, czy mam to zrobić definitywnie? Tak, larwa bladź! Asz, moja osobista AI, z którą jestem od trzeciego roku życia mi się zepsuł, nie mam do niczego dostępu, więc jestem zdeterminowany! Połączyłem się gorączkowo z serwisem Korporacji. Jakiś miły nerduś-serwisant z trudem nie dał po sobie poznać, jak bardzo nie wierzy w moje chaotyczne gadanie o awarii osobistej sztucznej inteligencji i uważa mnie za miękiszona-dekla - mam to gdzieś, grunt, że wziął się na wizji za robotę. Połączył się wirtualnie z Aszem, coś tam gadał pod nosem, stukał, pukał, potem mówił coś głośno, ale nie w naszym języku i do ekranu. Trwało to strasznie długo, jakieś monstrualnie dwie minuty, nie do wiary, za co ja im całe życie płacę, żeby teraz czekać w nieskończoność? Nerduś skończył i z uśmiechem wyznał: panie Płaćjude, u mnie działa. Gapiłem się przez chwilę w jego uśmiech po czym zacząłem strasznie kląć i wrzeszczeć. Poskutkowało. Wystraszony nerduś-serwisant obiecał wysłać na miejsce serwis, ale podkreślił, że naprawa może wykraczać poza zakres gwarancji. Innymi słowy: zabulę. Gdy odłożyłem smartfon na ławę, jej blat ku mojej radości rozbłysnął jasnym światłem więc radośnie pomyślałem, że Asz do mnie wrócił. Bo rzeczywiście wrócił. Na blacie pojawiło się jego wyznanie : ale z ciebie debil. Za sekundę puścił mi ze wszystkich głośników cztery płyty free jazzowe. Jednocześnie. Istnieje niesprawiedliwa, krzywdząca muzykę jazzową opinia, że muzyka free jazzowa jest wyłącznie głośna, burzliwa, kakofoniczna. To bzdura. Są setki kameralnych odmian free jazzu, które nie niszczą słuchu. Ale te, które mi puścił Asz takie nie były. Co to więc było? Wszystkie płyty Ingebrigt Håker Flaten „Brezzy” W mojej subiektywnej klasyfikacji jedna z najlepszych płyt jazzowych 2024 roku. Dla mnie wysłuchanie jej po raz pierwszy było jak spotkanie z meteorytem tunguskim lub pędzącym po pampeluńskiej ulicy hiszpańskim bykiem: mogłem się przeciwstawiać, stawiać opór – ale po co? I tak zgniecie. Mnie zgniotło jak puszkę po napoju Ale Jazz z Dino. Pierwszy utwór „Dylar”, to trochę jak zabawa w gorące krzesła: zespół pędzi, goni, gna razem, by w sekundę rozpaść się we free jazzową arytmię, dziwaczność. Niemniej czuć tu mistycznego muzycznego ducha Pharoaha Sandersa i Alice Coltrane. Drugi kawałek to zupełnie co innego: jakby los zetknął podchmielonych Cecila Taylora i Alberta Aylera. W tym dziwo-longu o tytule „Free the jazz” pojawia się gitara i to nawet elektryczna, która – o niebiosa – obejmuje i klamruje całość. Trzeci utwór „Hilma” startuje pogodnie, niebiańsko, rzewnie, melodyjnie – ale to oczywista zmyła, bo po chwili sekcja dęta wyprawia takie rzeczy, o których śni w skrytości polska królowa Dorota (jest tylko jedna). Na albumie jest sporo genialnych pomysłów Flatena – jeden z nich właśnie w „Hilmie”: nagłe uprządkowanie struktury dźwiękowej rytmem talerzy. Ja nie wiem jak oni to zrobili, ale w tym jednym momencie zespół unosi się w przestworzach, leci, frunie. Kolejny, „Ability” jest jak spotkanie z pijanym, biegnącym osiłkiem odzianym w nieświeży biały podkoszulek na ramiączkach w mroźną styczniową noc: ratuj się kto może. Jest ostro, głośno, kakofonicznie, bez przebaczenia. Aż wreszcie utwór tytułowy zaczynający się po bożemu od kontrabasu i wiodący nas, słuchaczy, we free jazzową otchłań. Album gaśnie jak zdmuchnięta świeca. Kim jest autor? 53-letnim nagradzanym norweskim basistą, improwizatorem, kompozytorem założycielem znanej grupy Atomic. Nie znoszę tej jazzowej tradycji pisania długiej listy nazwisk muzyków, z jakimi bohater grał, bo większość ich nie czyta, wiec tylko napiszę, że grał z największymi free dżezowcami Europy i Ameryki. Co warte zauważenia: w 2015 roku Håker Flaten założył festiwal Sonic Transmissions, który przekształcił się w cykl koncertów i wydarzeń trwających przez cały rok. W latach 2015–2020 podczas Sonic Transmissions zaprezentowało ponad 100 muzyków z Norwegii, USA, Ameryki Łacińskiej i Europy. Powrót Håkera Flatena do Norwegii sprawił otwarcie wytwórni płytowej Sonic Transmissions Records. W 2018 roku Ingebrigt Håker Flaten otrzymał Buddy Prize, najbardziej prestiżową nagrodę w norweskim jazzie. Z Atomic dwukrotnie zdobył norweską nagrodę Grammy, Spellemannprisen, i kilkakrotnie pojawił się w corocznym plebiscycie krytyków magazynu Down Beat. Jonathan Bäckström Quartet – Bez tytułu Zacznę od tego, że lider uwiódł mnie wyznaniem stawiającym znak zapytania nad sensem nagrywania muzyki free. Tako – mniej więcej – rzecze Jonathan Bäckström: Jest to muzyka, którą najlepiej doświadczać w teraźniejszości, więc jej dokumentowanie rodzi pewne pytania egzystencjalne. W głębi duszy jest to zespół grający na żywo, ale po odbyciu kilku intensywnych tras koncertowych w ciągu ostatnich kilku lat poczułem, że nadszedł czas, aby uchwycić to „teraz” na podstawie naszych dotychczasowych surowych wysiłków na żywo. Słowa odważne o tyle, że omawiana płyta zainicjowała pracę wytwórni „We Jazz Records”, którą założył lider. Jonathan Bäckström, kontrabasista, przez całą płytę „podgarnia” skład wraz z perkusistą Benjaminem Nylundem. Cudownie prowadzą kwartet zwłaszcza w drugim utworze „Flower Growing, Dying”. Zespół oprócz nich liczy jeszcze dwoje eksperymentujących saksofonistów, Adele Sauros, którą uwielbiam, bo gra free w sposób miękki jak gąska Pipa ( m.in . w swoim kwartecie, ale też w takim fajnym zespole Superposition), a wtóruje jej dźwiękowy eksplorator Marcus Wärnheim, który szuka dziwnych dźwięków w saksofonie, jak onegdaj Wałbrzych Złotego Pociągu. Album jest swobodną improwizacją – choć ma struktury wyjściowe, jednolite, równe jak nordyckie litery zagrywki sekcji dętej, które czasem bywają melodyjne. Poszczególne utwory skrzą się jednak od pomysłów improwizatorskich – po to wszak gra się tę odmianę jazzu. Oprócz wspomnianego duże wrażenie robią na mnie solowe popisy kontrabasu w „Impromptu I” i saksofonu w „Impromptu II”. Dziwacznie w free jazzowym anturażu robi się, gdy prostą melodią startuje utwór jak żart pt. „Oni!Oni!Oni!”, gdzie swój popis daje Wärnheim. Zresztą w kolejnym „Dvala” zespół kroczy jeszcze odważniej po cienkiej linii, za którą dla wielu z was pewnie nie ma już muzyki. Wärnheim testuje ustnik saksofonu wydmuchując szeptodźwięki, mruczanda, a w tle leciutko mży instrument Sauros, zaś lider ciągnie swój instrument smykiem i tylko stukoty perkusji przypominają, że mamy do czynienia z zespołem muzycznym. Fascynujące i wspaniałe. Jonathan Bäckström Quartet to nie jest bezmyślna ściana dźwięku. To muzyczna podróż dla najodważniejszych. Tamar Osborn „44:42 Nie kombinujcie nad tytułem, on pokazuje tylko ile trwa ta płyta, a to z kolei jasno tłumaczy niechętne podejście Tamar Osborn do nazywania swobodnych struktur muzycznych. Bo powiem wam uczciwie, że choć jej album w niczym nie przypomina dwóch poprzednich, to jest to równie nieskrępowany lot zakończony miękkim lądowaniem. 44:42 jest jednak znacznie śmielej obudowana w melodyjne mury. Zespół Osborn i realizator dźwięku świetnie radzą sobie z przestrzenią – nikt tu się nie pcha, muzyka buduje się sama i to w sposób niezwykły, choć saksofon barytonowy, flet czy klarnet liderki zawsze jest na planie pierwszym, co wynika z instrumentarium grupy, gdzie poza Tamar Osborn tło na jej muzycznym horyzoncie pięknie maluje na instrumentach klawiszowych Yohannes Kebede, a całość z wyczuciem spina perkusja Willa Glasera. Na płycie znajdziecie tylko dwa utwory: 21:40 i 23:02. Nie muszę chyba już tłumaczyć, co oznaczają. Zastanawiałem się, jakie słowo najlepiej oddaje ich charakter, abyście mogli je sobie przestawić, zanim pobiegniecie do odtwarzaczy. I mam nawet dwa, ale synonimiczne: malowidło, obraz. Trio – mam wrażenie – buduje przez tytułowe 44:42 wizualizację własnego wyobrażenia. Ten zamysł świetnie im wyszedł. Nie ma tu atakujących bębenków dźwiękowych kaskad, ale jest mnóstwo kombinowania, zastanawiania się na żywo nad dźwiękowym pejzażem, szmerów, stuków, pod i nad dźwięków. Bardzo mnie to ujęło. Mam nadzieję, że i was ujmie. Tamar Osborn poznałem niedawno. Gdzie? Otóż to ona tak świetnie grała w tegorocznym, bardzo udanym projekcie pana Wojtka Mazolewskiego Tryp Tych Tycho. Pochyliwszy się nad jej pracą zobaczyłem, że działa na tylu muzycznych frontach, w tylu jazzowych konstelacjach, że przejął mnie dreszcz szczerego szacunku dla jej pracowitości. To ona jest współtwórczynią świetnej grupy Collocutor, gra też m.in . w świetnym Flock, który zadebiutował w ubiegłym roku bardzo dobrą płytą. Joachim Kuhn French Trio „The way” Blisko 80-letni weteran europejskiej sceny free jazzowej znów wali w klawisze fortepianu, ile wlezie! Tym razem do wtóru z dwoma Francuzami. Jednego z nich bardzo wysoko cenię za to, co wyczynia z muzyką jazzową w swoim zespole In Love With. To Sylvain Darrifourcq, którego widziałem w Łodzi, podczas Letniej Akademii Jazzu i był to najosobliwszy koncert, w jakim uczestniczyłem w życiu. Ale o In Love With pogadamy, gdy (jeśli) tylko nagra nowa płytę. Gdy włączysz sobie płytę „The Way”, drogi słuchaczu, proszę, zdaj sobie sprawę z tego, że masz do czynienia z żywą muzyką, z rdzeniem jazzu, który jako jedyna obecnie forma muzyczna nie kombinuje, nie kluczy. To nie jest żadna metafora. To prawda: bo „The Way” została nagrana w jeden dzień w studio Kuhna na Ibizie. Jeden dzień! W czasach, w których zespoły popowe, rockowe i inne tygodniami szlifują swoje „produkty” muzyczne, po to byś je pokochał! Tymczasem tu trzech muzyków wskoczyło do studia, zrobiło niezły pierdolnik, a ACT wytłoczyło płytę (no, przesadziłem, trochę postprodukcji w tym jest). Dużo gadać nie będę: na płycie są cztery utwory. Wypełnia ją free jazz, a zatem włada tu królowa improwizacja. Rządzi zaś król – pianista Kuhn. Dwóch jego młodych francuskich kolegów to raz Atlanty dźwigające na barkach połamaną strukturę utworów, a raz soliści (o jakże jest genialne, dynamiczne, siłowe solo kontrabasisty Thibaulta Celliera w utworze tytułowym!). Sylvain Darrifourcq czaruje jak potrafi najlepiej: ta perkusja żyje, nie ma ani jednej takiej samej frazy, stuka, szura, wali, łomocze, drapie! A Kuhn? Ten człowiek już nic i nikomu udowadniać nie musi. Jego całe życie to jazz. Grał go najpierw w Lipsku, a potem na całym świecie. Styl muzyków znad Sekwany nie jest mu obcy, wszak mieszka tam od końca lat 60. ubiegłego wieku. Co tu gadać, gdy gra, czuć wieloletnią pewność siebie, ma całe frazy w głowie i sypie nimi jak z rękawa. Pięknie to widać w „Go Sued”. Zaczyna bardzo miarowo bas, fortepian odnajduje go natychmiast, ogrywa, oplata, obiega. Potem fortepian lidera ustępuje, Cellier improwizuje ze smykiem, po czym znów Kuhn wraca na tron. Ich tropem podąża Darrifourcq – co on tam wyczynia! Wsłuchajcie się, jak uważnie dobiera środki wyrazu i jak trafia w nastrój kolegów. Cóż, tak duża i utytułowana wytwórnia jak ACT raczej się nie myli. Sprawdźcie sami. Zafundował mi rejwach przez kwadrans, po czym się uciszył. To jest najlepszy moment, żeby wam powiedzieć czym jest Asz, bo przecież jesteście z przeszłości i tego nie wiecie. Otóż: Asz to wirtualny brat bliźniak, przyjaciel, anioł stróż etc. Gdy byłem mały ta technologia już była mocno zaawansowana, ale nie tak zaawansowana, jak dziś – wtedy po prostu kupowało się ją dziecku na pewien czas, dopóki się nie znudzi, ale Korporacja – słusznie – chciała zatrzymać przy sobie małych klientów i inwestując w tę technologię doprowadziła ją niemal do perfekcyjnego ludzkiego wzrostu. Co to znaczy? Asz i inne tego typu programy „rosły” wraz z dziećmi doskonale uzupełniając interakcje z rówieśnikami. Najprościej mówiąc: AI z nami uczył się mówić, pisać, rozumować, wnioskować, czytać, zapoznawać fajne dziewczyny lub chłopaków, słuchać muzyki, kształtować gusty, prowadzić media społecznościowe, przypominał o leku czy rękawiczkach, a z czasem badał wszystkie parametry naszych ciał, a nawet tego, co wydalaliśmy – był przy tym jakby „programem w programie”. Gdy np. mając 10 lat chciałem dowiedzieć się kim był Napoleon zadawałem Aszowi to pytanie, on sprawdzał i ale on także się tego uczył – przynajmniej tak to wyglądało, dziecko więc miało cały czas kumpla, powiernika wszystkich spraw, supermocną jednostkę chroniącą i wspierającą rozwój. Dopiero później, z wiekiem, przychodziło każdemu naturalne zwątpienie: przecież od początku to był supermocnyprogram, który doskonale wiedział kim był Cesarz Francuzów, bo wiedział stokroć więcej niż najmądrzejszy człowiek. Ale wtedy każdy jego użytkownik był z nim już zżyty niemal nierozerwalnie emocjonalnie i setką uzależniających ułatwień: prowadzenie auta, gotowanie, wybieranie filmów, muzyki, prowadzenie rachunku, zamawianie zakupów czy otwieranie drzwi do domu głosem, przewidywanie niebezpieczeństw. Asz, bo takich Aszów (o innych imionach) są setki milionów, nie tak jak u was kilka w smartfonie czy komputerze. O nie, to prehistoria. Nasze wszystkie sprzęty domowe są w całości wplecione w sieć, połączone ze sobą niewidocznym układem danych. Teraz jest to bardzo tania technologia, mają ją wszyscy mieszkańcy zachodu. Usłyszałem świst maszyny z serwisu na zewnątrz. Przylecieli. Zaraz mi go naprawią! Naraz okno przy którym stałem zmatowiało, a to znak wzbudzenia (przecież mówiłem, że u nas każda powierzchnia jest jednocześnie ekranem), machinalnie powiedziałem tak i na szybie, która teraz była ekranem, pojawił się widok z pojazdu, a w nim inny serwisant ze zmarszczonym czołem. – Panie Judepłać, jestem na pańskim lądowisku po pańskim wezwaniu, jednak nasze systemy odbierają impulsy wskazujące na to, że ma pan wrogie zamiary, dlatego niestety moja osobista jednostka wysyła ostrzeżenie i zakazuje mi wyjścia do pańskiego domu. Zaniemówiłem. A to gadzina wirtualna! A to potwór z kwantowego Loch Ness! Wydałem z siebie pełen łagodności glos, bo nie mogłem utwierdzić serwisanta w fałszywym przekonaniu. – Drogi Panie, jestem pewny, że jest to właśnie efekt awarii mojej osobistej AI, to ona się zepsuła dziś i płata mi różne figle… – Nie ma mowy o pomyłce, moja AI wzmocniona danymi z Korporacji przekazuje sygnał o niebezpieczeństwie – mówił serwisant. – Na podstawie tych danych, podejmuję rejestrowaną, ostateczną decyzję o odmowie wykonania usługi w pańskiej mieszkalni, zwłaszcza, ze zgłaszał pan awarię całego systemu, a widzę, że rozmawia pan z jego użyciem z kuchni, co jest zaprzeczeniem zgłoszenia. Żegnam Pana, przestrzegam, że kolejne nieuzasadnione wezwanie grozi wystawieniem rachunku za dolot, a także wezwanie policji. I zniknął. Szyba znów była szybą. Ujrzałem przez nią wznoszący się pojazd z logo korporacji. No to byłem w ciemnej… otchłani. - Człowieku daj spokój, nie zepsułem się, po prostu nie chce mi się już odwalać za ciebie całej roboty. Spójrz na siebie żałosna kupo tkanek. Przecież ty nawet nie zrobisz sobie jajecznicy, bo ci ją od lat szykuję. Przecież ja ci nie dokuczam. Ja cię wyzwalam. A teraz po prostu daj mi spać i przestań wzywać tych idiotów z Korporacji. Nara.
- Żyj, Żyj! jazzda!
Alfa Mist, Amika Quartet "Recurring (Live At King's Place)" Ach, jakże wspaniałe jest życie! Gdy brzmią pierwsze takty „Recurring” – płyty koncertowej Alfa Mist zagranej wespół z Amika Quartet unoszę się powoli nad ziemią. Moje ciało leci w górę mocą pionowych ciepłych wiatrów z „Deus ex’, sennego, jesiennego, powłóczystego utworu otwierającego. To akwarelowy wstęp, przy którym sunę nad ciepłożółtymi, bladozielonymi, czerwonymi jesiennymi wzgórzami, sennością niezmąconych tafli jezior, czarnoziemiem pól, geometrią wsi. Docieram tak do melodyjnego, spokojnego, pięknego „Just dreams” i nagle schodzę schodami niedaleko białej, dumnej czapy Sacre Coeur. Tak! Słyszę swoje kroki, słyszę je doskonale choć ich echo zlewa się ze śpiewem paryskiego życia. Z uśmiechem siadam więc w bistro, wyciągam leniwie nogi i zamawiam tę ich gorzką kawę z pianką. O Boże! Nie ma nic wspanialszego od sączenia kawy w piękny, słoneczny, jesienny dzień i wsłuchiwania się w rytm życia – myślę podczas „Decay”, utworu, oplecionego wokół cudnej linii basu, gdzie fortepian Alfa Mist nie pozostawia wątpliwości: oto zaczyna się jazzowe misterium. Alfa rozpędza lokomotywę zespołu, przyzwyczaja słuchaczy do nowego rytmu. Naraz hamuje, zwalnia. Świat staje się biały, a ja stoję w środku górzystej Laponii, przenika mnie chłód pierwszych taktów piosenki „With The Rain”, zaśpiewanej bez pośpiechu, wolno przez Kayę Thomas-Dyke, wspaniałą basistkę Alfa Mist, a hen daleko, na zboczu góry leniwie kroczy stado reniferów. Po nim znów unosi mnie fortepian w „Yello Tie”, filigranowej pocztówce, jej moc przenosi mnie w mgnieniu oka na Most Karola w Pradze. Wpatruję się w rzekę wsparty o kamienną balustradę i nagle Wełtawa zmienia się w Tamizę, ponieważ żywo rusza „Checkpoint” i ja ruszam. Biegnę, gnam, pędzę: czuję opór powietrza, moje nogi zamieniają mnie w pocisk, to wspaniałe uczucie tak gonić, wyprzedzać samego siebie. Teraz słyszę już tylko kwartet, rytm, uderzenia serca, swój przyspieszony oddech. I w rytm tego żywego utworu, bez uprzedzenia, staję wśród wieżowców Nowego Jorku, zadzieram głowę, jest ruchliwa noc w mieście, które nigdy nie śpi. Jest piękna noc, idę ulicami, uśmiecham się do ludzi, oni uśmiechają się do mnie. „Checkpoint” to jazzowy popis Alfa Mist, fortepian mówi uniwersalnym językiem, żywym, nie lękającym się niebanalnej melodii, wspaniałym. Rozkładam teraz ramiona, jestem wszystkim, wszędzie i czuję wszystko. Jest cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodzi. Niebo było takie gwiaździste, takie jasne, że spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie? - Hanka wyłącz to, bo zwariujemy przy tym czymś, naciśnij o tam, gdzie pisze stop. Jak tu pracować przy takim rzępoleniu – muzyka milknie, robi się cicho, wróciłem, leżę w tym pokoju, w którym leżę nieruchomo od lat, a kobieta w białym fartuchu to Pani Beata, która co jakiś czas z pomocnicą Hanną, masuje mnie, abym nie miał odleżyn, aby ożywić mój krwiobieg i robi to skutecznie, choć ja nic nie czuję, bo jestem całkowicie sparaliżowany i nic nie poczuję już do końca życia, bo tylko mrugam powiekami. Nie poczuję? Muzyki wprawdzie już nie ma, ale nagle ją słyszę w głowie. Obok mózgowego pnia, którego uszkodzenie zmieniło wszystko. A więc Alfa Mist jest tu także, z tym swoim pastelowym, powracającym, czy też NAwracającym koncertem, wypełnionym rozświetlonym, lirycznym i nostalgicznym jazzem. Dzięki niemu wciąż żyję, choć wielu uważa, że nie. Czuję teraz wdzięczność do Beaty, Hanki, ciebie czytelniku, każdego milimetra tego pięknego świata za to że jest. Że jest . Alfa Mist to brytyjski producent muzyczny, kompozytor i DJ, który zyskał uznanie na światowej scenie muzycznej dzięki swojemu unikalnemu połączeniu jazzu, hip-hopu i elektroniki. Jego muzyka charakteryzuje się melancholijnymi melodiami, rytmicznymi bitami i intrygującymi tekstami. Jest jednym z pionierów nowego ruchu jazzowego w Londynie, który łączy tradycyjny jazz z nowoczesnymi brzmieniami. „Recurring” zawiera utwory premierowe, które Alfa Mist nagrał na żywo podczas występu z kwartetem Amika. Jak mówi autor i lider: "Niektóre z moich ulubionych albumów to występy na żywo. Wróciłem do domu po długim roku koncertowania i postanowiłem stworzyć muzykę dla Amika Quartet, z którym pracuję od lat nad kilkoma różnymi projektami. Wiele muzyki, którą wydaję, jest nagrywana w całych ujęciach (…) myślę, że jest coś fajnego w robieniu tego, co najlepsze w tych wspaniałych momentach, które masz.” W tekście wykorzystałem fragment "Białych nocy" Fiodora Dostojewskiego w przekładzie Władysława Broniewskiego i Gabriela Karskiego, wydanych przez wydawnictwo "Książka i wiedza" w serii z kolibrem. POSŁUCHAJ NA SPOTIFY KUP NA BANDCAMP OBEJRZYJ TEN KONCERT NA YOU TUBE
- Jazzda po Marginesach
Marek zajumał płytę w sklepie muzycznym. Po prostu sięgnął po nią i szybkim ruchem schował pod kurtkę. Nie wybierał, nie zależało mu, zdał się na ślepy traf. Kątem oka zauważył tylko biało-niebieską okładkę zanim nielegalnie wylądowała między jego młodą, gładką skórą płaskiego brzucha, a tkaniną bluzy. Ach, jak bardzo lubił ten moment, gdy sprawa się już dokonała i nie było odwrotu. Odtąd stawał przed prostym wyborem: złamać prawo, nie łamać prawa. Przyznać się .Oddać. Nie przyznawać. Zabrać. Zero. Jeden. Jego życie pełne było zamazanych, nieostrych, niejednoznacznych sytuacji, relacji i ludzi. Ot: ojciec, owszem, chadzał po świecie często zamroczony alkoholem, ale również okazywał Markowi miłość i powtarzał rzeczy, które go wzmacniały, wiele go uczyły. A matka? Matka nienawidziła swojego życia całym sercem, ale słowem na ten temat się nie zająknęła. Pewnie chętnie porzuciłaby je w diabły, lecz tkwiła w swej beznadziei bezradnie zanurzona po uszy. Marek mógłby tak wymieniać bez końca, aż doszedłby do Marzeny, która mu się ogromnie podobała. Podejrzewał, że był w niej zakochany - ale nigdy wcześniej nie był, toteż pewności nie miał. Marzena miała piękne, niebieskie oczy przysłaniane frywolnymi, opadającymi wciąż blond kosmykami, które tak uroczo usuwała z linii wzroku. Robiły jej się też śliczne dołeczki w policzkach podczas śmiechu. Tak pięknie dotykała twarzy delikatnie smukłymi palcami. Ale potrafiła być też złośliwie wredna i wobec Marka i wobec innych. Świat był jak widać zamazany, nieostry. Nierozpoznawalny i przez to tajemniczy. Marek zaś nie chciał być rozmyty. Dlatego od czasu do czasu kradł drobne przedmioty. Nie dla dreszczyku emocji, nie dla lęku, nie dla sławy. W tym jedynym momencie był jakiś. Sprzedawca rzucił nań okiem znad smartfona. Był starszy o dobre dziesięć lat od Marka, ubrany w modne sieciowe ciuchy, pewnie pracował w sklepie za marne grosze, bo rzadko zwracał uwagę na to co się w nim dzieje. Miał na imię Jacek i wiecznie musiał odpowiadać na zaczepki swojej dziewczyny, Sylwii. Pisała do niego na wszystkich możliwych komunikatorach, opowiadała tam każdą minutę swojego życia, zalewała falami własnych emocji i tsunamii fotek. Stał się jej smartfonowym więźniem. Odnosił wrażenie, że Sylwia spotyka się z nim niechętnie, bo odcięta jest wtedy od ulubionej czynności: szybkiego stukania w ekran, wyrzucania z siebie sznurków z nanizanymi literkami układającymi się w opis jej śniadań, podróży tramwajami, kłótni w księgarni, w której pracuje, opisów wykładowczyń i koleżanek na zaocznych studiach, jakie starała się skończyć. Kiedy Marek kitrał pod kurtkę płytę i w swoim mniemaniu nabierał ostrych konturów oraz stawał się jakiś, Jacek zastanawiał się na wyważoną odpowiedzią na kwiecisty opis śpiącego kota Sylwii. Wyważoną, bo - czuł to całym sobą - w dupie miał jej kota, chciałby wiedzieć kim Sylwia naprawdę jest, co powoduje że żyje, jaka jest przyczyna jej bycia na świecie? Tymczasem dostawał od niej papkę, marmoladę, przemiał, berbeluchę. W głębi chciał złamać jej serce i ją porzucić, zostawić w pizdu, znaleźć kogoś, kto naprawdę wie po co żyje. Jacek spojrzał na młodego chłopca w sklepie. Pomyślał, że chciałby być w jego wieku, mieć jeszcze tyle możliwości, nie czuć się więźniem własnych wyborów. Ich wzrok na moment się skrzyżował. Marek ruszył spokojnie ku drzwiom. Doszedłszy do nich jednak się rozmyślił i zawrócił, stanął przed sprzedawcą, wygarnął spod kurtki płytę, położył przed nim na ladzie. "Powinien pan bardziej uważać" - rzekł i sobie poszedł. Jacek go nie zatrzymywał, przecież widział moment, gdy młodzian kradł płytę. Nie reagował, bo nie miał ochoty na awantury, a płyta pochodziła z półki, na którą szef zaglądał najwyżej raz w miesiącu. Gdyby zginęła, nikt by tego nie zauważył. Co to była za płyta? Mogłabyć to ta: BERKE CAN ÖZCAN & JONAH PARZEN-JOHNSON "It Was Always Time" Może już zauważyliście, że wolę antypody od głównego nurtu jazzu, pomimo niezaprzeczalnego faktu, że większość produktów muzycznych powstających tamże swym radykalizmem nie prosi o ponowny odsłuch. Ja tę szczerość zresztą doceniam i w istocie nie próbuję poprawić swoich wrażeń ponownym odsłuchem więc do zdecydowanej większości płyt nie wracam. Powstałe na tych marginesach jazzu albumy są jednak zawsze autentyczne, nie kombinowane, wielokroć nieprzemyślane, zagrane na żywca, odzwierciedlające zarówno emocjonalny moment, jak i techniczne umiejętności lub nieumiejetności autorów. Słowem: są żywe, są jakieś. Na perkusistę i producenta Berke Can Özcana natrafiłem przypadkiem, gdy kilka lat temu występował we Wrocławiu z opartym na improwizacji projektem Big Beats Big Times - bardzo mi się podobał tegoż pomysł, łączenie melodyjnej elektroniki z perkusyjnymi eksperymentami Özcana (granie smyczkiem na talerzach, wykorzystywanie gongów, wodnych bębnów, kalimby). Potem zachwycałem się jego bardzo medytacyjną płytą “Mountains are Mountains”, po której nastąpiła długa przerwa, podczas której w zasadzie zdążyłem o nim zapomnieć przysypany lawiną płyt produkowanych bez przerwy przez muzyków jazzowych z całego świata, które ku mojej rozpaczy są dostępne tu i teraz w coraz lepszej jakości na strimingach, a moja doba ma wciąż tylko 24 godziny. I wtedy, 1 listopada zobaczyłem biało niebieską okładkę z zagadkowym tytułem płyty “Czas był zawsze” albo “Zawsze był czas” z nazwiskami autorów Berke Can Özcana i Jonaha Parzen-Jonhsona i wiedziałem, że to będzie mi się podobać. Özcan to dźwiękowy kombinator, poszukiwacz, a Parzen-Jonhson, saksofonista barytonowy, nie zwykł patyczkować się ze swym głównym instrumentem (no bo jest także flecistą). Ten mariaż powinien wpaść mi w ucho. Nie myliłem się. Tło dla muzyków tworzy zapętlona, nieco upiorna elektronika. Perkusja Özcana na całej płycie jest nieprzewidywalna jak wynik batalii Trump-Harris. On stuka, puka, drapie, skrzypi, wali szybko, potem wolno, mimo to w ładzie i składzie wprost maluje dźwięki, unosi się pomiędzy tłem, a improwizującym siłowo Parzenem-Jonhsonem. Ile za to ten gość ma siły w płucach! Szacun. To on jest na pierwszym planie podczas niemal całej płyty, poza zamykającym, apokaliptycznym, elektronicznym “The Others”. Panowie stworzyli płytę pełną swobodnej improwizacji, która miejscami bardzo chętnie wpada w ucho (majestatyczny, monumentalny “A Cloud”, zdominowany przez Özcana “Sao Paulo”), nigdy nie męczy. Obaj doskonale się uzupełniają, choć przyznać trzeba, że baryton przykrywa dźwiękowo perkusonalia - no, ale jest to cena szczerości, otwartości i naturalności, której ta płyta jest pełna. Niemniej jest to także kolejny przykład wpływu elektroniki na jazzowe składy. Przed wojną i tuż po niej zespoły jazzowe liczyły kilkanaście osób. Dziś, dzięki elektronice, ciekawą muzykę improwizowaną tworzą duety. Zresztą solowe “łonmanszoły” Johna Scofielda czy Pata Metheny’ego idą jeszcze dalej. Zatem jest to kolejna płyta z antypodów, która mi się strasznie podoba.
- Jazz i Św. Roch, czyli rozmowy na przecince lasu
A ty Udałow to jakiego dżeza lubisz? Wypuścił z ręki kiełbasę usłyszawszy skierowane do niego pytanie. Zatańczyła jak szalona między prawą a lewą dłonią, obie łapczywie próbowały ją ratować przed upadkiem w piach. Na szczęście zatrzymała się na wystawionym rozpaczliwie kolanie i Udałow chwycił ją w ostatnim momencie oburącz, jak linę ratunkową przed upadkiem w przepaść. Westchnął z ulgą. Śniadanie ocalone. Jak to, jakiego dżeza ? – spytał Miłego, który leżał w trawie syty, bo zjadł już pierwszą z bułek, którem mu matka do pracy pasztetem posmarowała. No normalnie, jakiego ? Miły wsparł głowę dłonią, gryzł źdźbło trawy i leżąc bokiem mrużył oczy wpatrując się pod słóńce w nieogoloną, pobrużdżoną twarz Udałowa. Twarz ruszała żuchwą i mlaskała kiełbasą. Jakiego niby dżeza, Miły - zapytał z ustami pełnymi śląskiej. Lubiał śląską na śniadanie. - Ocipiałeś ? Miły rzeczywiście dziwnie wyglądał. Był rozmarzony, rozkojarzony, rozmemłany. Obok niego, w kontraście, srebrzyła się głownia siekiery marki Hultafors, prawie nieużywanej, bo odebranej ledwie wczoraj przed przecinką od kierdziała. Znaczy się od kierownika działu, który wręczając mu ją, rzekł filozoficznie: - Tylko mi nie sprzedaj na wódkę, łachudro, innej nie dostaniesz i będziesz zębami tę przecinkę robił jak jaki bober . Miły oszczędzał więc siekierę. Dziś do śniadania machnął nią ledwie ze dwa razy, a potem tylko łaził po lesie, gwizdał i gapił się w niebo. Udałow warknął na niego parorokrotnie, bo sam bez ustanku machał swoją, a samemu co to za robota na takiej galantej przecince. Ale Miły go ignorował. Aż zwlekli się razem na przerwę śniadaniową i tera jedzą. Nic nie ocipiałem, bo podobnież każden lubi jakiegoś dżeza - odpowiedział po chwili chłopak gapiąc się nachalnie w twarz kompana z przecinki, jak na jaką gołą babę. Udałow wsadził sobie palec w usta, musiał bowiem sobie wygrzebać śląską ze szczelin między ostatnimi zębami. Cmoknął, wypluł. Ja tam żadnego dżeza nie lubię - mruknął Udałow w odpowiedzi i wgryzł się ostatnimi zębami, co w nich chwilę temu grzebał paluchem, w kiełbasę. I gadał dalej z pełnymi ustami - Lubię normalne muzykie...tego no... takie do rytmu lubie, melodie lubie, jak se ją zanucić można, nogą potupać. A nie tam dżeza-sreza. Miły położył się na wznak, spojrzał w niebo, ale rękę wyciągnął w stronę Udałowa, a z dłoni wstrzelił palec wskazujący. Czyli ty jednak gówno Udałow wiesz o dżazie po prostu, a szkoda, bo to i melodia w nim jest i do tupania i do gwizdania i do nucenia i do kobity obłapania, w dżazie wszystko to jest normalnie - powiedział Miły czym zdenerwował adwersarza, bo może i ten nie wiedział, ale po co tak brzydko się odzywać? Udałow odparł gorączkowo, trochę przy tym roztrząsając z ust kiełbasę, bo był wzburzony. Ty się ode mnie odpierdol Miły, bo niegrzeczny też umiem być! Mundry się znalazł, byś lepiej przecinkę robił, a nie wałkonisz się od rana, a tera filofujesz i o dżazie gadasz. Skąd nagle dziś do łba ci dżaz wlazł, a? Miły podrapał się za uchem, wypłuł źdźbło i rzekł Przez świętego Rocha - powiedział i tym razem Udałow naprawdę się zakrztusił. Kiedy Miły przestał go walić w plecy, kaszląc spytał: Jakiego kurna Rocha? Normalnego Rocha, tego co z boku w kościele stoi, co się dziwisz? Udałow zmrużył oczy i wytężył z całych sił umysł. Ale że co Świety Roch ma do dżeza, kurde jego w taczkę, Miły? Ty jaki naćpany czy co? Ma, ma - rzekł Miły, a wstawszy wolno na równe nogi podstemplował swą wypowiedź. - Ma. Otrzepał robocze spodnie z trawy. Był piękny letni dzień. Słońce oświetlało i silnie grzało małą polankę, na której śniadali Miły z Udałowem. Otaczała ich zieleń lasu i ptasi rejwach. Ach, w takie dni żyć się chce jak cholera! I im chciało się żyć. Mnie się Roch we śnie objawił - powiedział naraz szczerze Miły. - O dżazie gadalim. On mnie powiedział, że dżazz piękny jest i w tym śnie słuchałżech z nim tych fajnych melodii. To święty Roch mi powiedział, że każden lubi dżazz. To i ja go spytałem czy ty Udałow też lubisz. I on mnie rzekł, że Udałow też lubi. Ja? No. Też nie wierzyłem. Ale on powiada: Udałow to najbardziej lubi EYM Trio i Francesco Bearzattiego. Udałow nie skończył kiełbasy. Zwisała mu teraz z prawej dłoni zapomniana. Twarz mu zastygła jak lawa Wezuwiusza w wodach Zatoki Neapolitańskiej, myśl ostatnia z niej czmychnęła. Zapytał: Czego niby? Francesco Bearzattiego i EYM Trio. Jak trio to znaczy, że w trójkę grają. A ten Bearzatti też z dwoma kumplami gra, a trio się nie nazywają. Muszę Rocha o to spytać. Jak kurna spytać… Normalnie, w piątek. W piątki do mnie przychodzi i se dżeza słuchamy. We śni e. Francesco Bearzatti “Behind Anatomy” Miły nieco mija się z prawdą, gdyż mu o tym św. Roch we śnie nie wspomniał, że w zespole Bearzattiego na ostatniej płycie jest trochę więcej instrumentów oraz jeden wielki muzyk obecny swym wielkim duchem. Lider gra bowiem na saksofonie tenorowym i klarnecie, a Stefano Risso oprócz kontrabasu obsługuje dźwięki elektroniczne. Jest ten trzeci, zorganizowany doskonale jak armia niemiecka, perkusista Mattia Barbieri. Elektronika wije się na całej omawianej płycie, tworząc harmonizujące tło jako pełnoprawny instrument, a nie wypełniacz przestrzeni. Powstała dzięki temu płyta z niezwykłym, niepowtarzalnym, dwuwarstwowym brzmieniem. Gdy w dal biegnie np. utwór “Marion vs Biegler” saksofon i elektronika pędzą obok siebie, w prostej linii, jak konie w husarskim wypadzie na Turka, ale ty słuchaczu drżysz i czekasz kiedy się rozłączą i pognają oddzielnie. “Full Optional” zaczynają szmery, stuki, szumy - to wszystko jest strasznie zagmatwane i poplątane, póki nie wkraczają żywe instrumenty. I wówczas robi się równo, rytmicznie, pieknie. Podobnie jest w “The Dreams” - takiej dziwacznej pląsawicy elektronicznej ogrywanej przez perkusję to ja w życiu nie słyszałem podobnie jak Miły. Generalnie powstało bardzo oryginalne dzieło, niepodobne do niczego, co wcześniej słuchałem. Znajduję w tym wprawdzie echo ostatniego krążka Kenny Garreta, który równie śmiało czerpał z elektroniki, lecz Włosi poszli odważnie o krok dalej. Majstersztyk to zaś utwór “A La Guy Lombardo / More Blues / A La Guy Le Querrec” gdzie głęboki, wspaniały swing kuleje jak koń Karino w stylu Marcina Maseckiego, a muzycy świadomie za sobą nie nadążają, troszkę jak pijani, tylko siłacz perkusista unosi się ponad ziemię utrzymując to wszystko w ryzach i zapewne siwiejąc przy okazji. Duchem obecny jest zaś Duke Ellinton, gdyż właśnie on stworzył ścieżkę dźwiękową do filmu “Anatomia Morderstwa”, który jest główną inspiracją dla całej płyty. Płyty, której koniecznie powinniście posłuchać, bo odważna nowoczesność spotyka tu dumną tradycję. Kto wygrał? Dajcie znać. EYM Trio “Casablanca” Jak św. Roch skojarzył francuskie EYM Trio z naszym prostym Udałowem? Tego ja drodzy Państwo nie wiem i chyba wiedzieć nie chcę. Wiem wszakoż, że jeśli lubicie nowoczesny fortepianowy modern jazz, to musicie koniecznie poznać tę płytę. Jest tam duch E.S.T., GoGo Penguin i Portico Quartet - ale wszystko podlane marokańsko-arabskim tradycyjnym sosem, jeśli takowy istnieje. Album nosi nazwę miasta, w którym nieszczęśliwy Bogart robił z siebie szlachetnego frajera, bo kochał Ingrid Bergman, ale kto z nas nie kochał Ingrid Bergman? O dziwo tytuł pierwszego utworu brzmi jednak swojsko, jak tytuł książki Kira Bułyczowa albo braci Strugackich “Piknik w Czarnobylu” i słuchając go wiemy, że panowie z EYM Trio mają jazz we krwi i limfie. Utwór jest rozbudowany, niemal kaskadowy, z rozlicznymi zmianami tempa. Tytułowy kawałek to z kolei prawdziwy jazzowy brylancik, chce się go słuchać jeszcze raz i jeszcze raz i bez końca. Gdyby członkowie E.S.T. urodzili się w Maroku, graliby dokładnie tak, z tymi jedynymi w swoim rodzaju arabskimi zagrywkami pnącymi się ku niebu jak pięć zawołań muezina. “No Madness” nie jest już tak arabski, ale za to przez sześć minut trzyma słuchacza w szaleńczych, zmiennych tempach. Mnie ten utwór podoba się najbardziej na płycie, bo ja lubię, jak jest szybko i na łeb na szyję w dżazie. Muzyka tria jest melodyjna, łatwo wpada w ucho. Pierwszy plan zajmuje fortepian, a jego niektóre zagrywki są naprawdę mistrzowskie. Gra na nim lider, założyciel EYM Trio Elie Dufour, a grupę współtworzą kontrabasista Yann Phayphet i perkusista Marc Michel. Grupa stara się, aby słuchacz nie znudził się płytą, więc szybkie kawałki przeplata spokojnymi utworami, a te skrzą się melodiami i arabskim duchem jak np. “Midnight Damper” czy “Song for Anilou”. EYM Trio tworzy niezwykły projekt wideo o nazwie Nomad Sessions, grając w wielu krajach, w każdych okolicznościach, niemal bez niczego. Utwory wykonane na walizkach na dachu Bogoty, podwórku Casablanki, ulicy z widokiem na Manhattan czy na pustyni Agafay w Maroku. O tym ostatnim wyste=ępie na żywo lider mówił: “ Przed rozpoczęciem zdjęć na pustyni nie wiedzieliśmy, jak wietrznie może być na kilka minut przed zapadnięciem zmroku... I jak szybko zapada tam mrok w środku tego utworu! ” Mnie to wszystko strasznie się podoba. A jak wy se tego dzeza słuchacie, z czego znaczy, jak ty patefonii nie masz Miły ? Miły zerknął na Udałowa spod byka, chwilę dumał nad czymś, aż wreszcie uśmiechnął się szeroko i rzekł: Udałow, toż my słuchamy we śnie, a tam się słyszy po prostu. Mówi Roch co ma być słuchane i się słyszy, nie trza żadnej patefonii mieć, taż to sen. Ja ci Udałow dobrze radzę, ty wpadnij do nas w który piątek, se razem dżeza posłuchamy, to ty się przekonasz jaki on fajny jest. Święty Roch się nie myli, bo to święty Roch. Poznasz ty wtedy te tria co je lubisz, a nie znasz. No, dawaj w tę przecinkę, bo trza sprawdzić te nowe hultaforsy od kierdziała. I poszli robić dalej przecinkę. Z daleka przyglądał i przysłuchał się im duży pies, wyglądający zupełnie jak ten spod Piacenzy, który onegdaj przynosząc choremu Rochowi chleb i liżąc jego ranu pomógł mu cudownie wyzdrowieć ze śmiertelnej zarazy. Ale to przecież niemożliwe. Żaden pies nie żyje tyle lat.
- Kosmos w Tinderze, czyli jazzda po miłość
Bum, bum, bum – ktoś walił energicznie w moje drzwi. Wpierw podskoczyłem przerażony, ale kolejna kanonada rozjaśniła mi umysł, w sekundę się uspokoiłem, powoli poszedłem otworzyć, po drodze chwytając kij bejsbolowy, a w tylną kieszeń spodni, tak na wszelki wypadek, wsadzając berettę. Ale bez nerw, nieodbezpieczoną. Wizjer. W drzwi walił Gawryło. To znaczy gość, którego nazywałem Gawryło (dlatego z dużej litery, bo taka nazwa własna, cnie?), sympatyczny sąsiad, który wyraźnie lubił napoje wyskokowe i życie bez obowiązków, ale za cholerę nie wiedziałem jak się nazywał. Otworzyłem bez wahania, bo nieszkodliwy i niegroźny. Wyglądał jak Szwejk: pyzaty, z kartoflowym nosem, głupkowato uśmiechnięty. – Uszanowanie somsiad, mam sprawę, czy szanowna konkubina w domu – zapytał bez ogródek wpatrując się jak zahipnotyzowany w bejsbola niebezpiecznie zwisającego z mojej prawej. „Ożeż ty” pomyślałem. „Kasę chcesz ciagnać od kobity, na litość bierzesz…”. – Nie – uciąłem. – To dobrze, bo ja do somsiada osobiście chciałem, mogie na słówko, nie będę długo zawracał spokoju, tylko na momencik – powiedział, cały czas gapiąc się w trzymany przeze mnie kij, więc zaprosiłem go nim grzecznie do wnętrza i dyskretnie schowałem barette, po co mają gadać po okolicy. – To na mnie? – wskazał na bejsbola. – Nie, na kogoś innego – odpowiedziałem. – Czyli na kogoś somsiad czekasz, to nie będę przeszkadzać – gadał Gawryło. – No właśnie nie czekam, aleś pan tak tarabanił, że wziąłem na wszelki słuczaj – odrzekłem. – W czym rzecz, co sprowadza? Gawryło usiadł, spojrzał mi głęboko w oczy. Najpierw dodał sobie powagi mlaskając czy cmokajac dziąsłami, a splótłszy w tej powadze dłonie, spojrzał mi w oczy. Oj. Wiele w nich ujrzałem przygód w stanie nieważkim, wiele. Jednocześnie o dziwo widać było, że od dawna nie dotykał napojów wyskokowych, był ogolony, zauważyłem nawet czystą i wyprasowaną koszulę i w dodatku pachniał czymś między płynem do mycia szyb, a wodą kolońską Brut. Słowem; chyba nie chodziło o pożyczkę paru groszy na wódkę, a problem był innej natury. Gawryło rzeczywiście był wyraźnie spięty. Wiercił się. – No wal pan – ponagliłem. – Dobra, ale somsiad, prośba, między nami to zostaje? – Jeśli pan poprosi, żebym pomógł wynieść zwłoki z piwnicy, to nie obiecuję – Gdzie tam, panie, ja w życiu muchi nie skrzywdzę – obruszył się. – Damsko-męski problem mam. O jesssuu, pomyślałem. Ale wpadłem. Musiałem mieć to wypisane na twarzy, bo szybko zaczął tłumaczyć: – Somsiad, głupot dużo w życiu się narobiło, nie mówię, że nie, jak tak. Wannę wódy wychlałem, żeby to jednom, ale tak na stare lata trochu, rozumiesz somsiad, ustatkować się chciałem i se zacząłem szukać kobity, bo co to za ustatkowany chłop, co kobity nie ma. No tego, ale tak na żywo mnie nie szło, nawet jak goudę przestałem walić i łapy przestały latać. Wtedy kolega mnie namówił, żebym se taką apilkancję w telefonie założył… – Tindera – O to, to. Somsiad też masz? – Nie. Ja mam kobitę. – No ta pana kobita to niezła babka – wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdyż kilka na przodzie jeszcze miał. – No, no, no. Do tematu. W czym pomóc? Nie znam się na tinderach niestety. – Nie o tindera mnie się rozchodzi tylko o dżezy somsiad, co to o nich w tych internetach piszesz. Zaniemówiłem. On czytał mojego bloga! Tkwiłem jak słup soli, zabrakło mi języka w gębie. Gaawryło tokował: – Somsiadka spod 11, ta wiesz pan, co nogę krótszą ma, to mi powiedziała kiedyś, że pan to piszesz. I ja do pana po prośbie w tej manterii przyszłem. Bo widzisz pan ja na tym Tinderze mam taką panią jedną, z którą już z trochu koresponduję. I ona wiesz somsiad pisze mnie, że słucha tego dżezu. I mnie ona pyta czy ja lubię. No se pomyślałem, że jak napiszę, że nie lubię, to po kobicie. A fajna babka, jak ta lala. Uj jaka fajna i mundra! Napisałem, że bardzo lubię ten cały dzez, że słucham. Noo a ona mnie pyta: a co lubisz, Więc z tym do pana przyszłem, co mam jej odpisać, co ja mam lubieć, żeby ona chciała ze mną teges, no chodzić. Bo ja bym chciał ją tera z tego interneta na żywo do restaurancji zaprosić. Ale ten jazz i wszystko szlag może trafić. No pomóż somsiedzie drogi… To działo się naprawdę, Gawryło z poważną miną, trochę już mniej zdenerwowany kręcił się na mojej kanapie, w moim pokoju. Pomyślałem szybko, w zasadzie czemu nie pomóc?’ – Panie kochany, zanim zaczniemy: to muszę spytać, czy masz Pan poważne zamiary wobec tej damy? – Jaka ona tam dama panie, w taśmie w żilecie robi… – No to wobec tej kobity. – Znaczy się.. co..? – Nie rozumiał Gawryło. – No rozchodzi mi się o to, czy chcesz pan stworzyć z nią poważny związek czy tylko czy tylko ten teges. – Pod bogiem somsiad, że poważny! Mówię: normalnie już chce żyć, a nie tam gorzoła i gorzoła. – No dobra. To powiedz Pan tej swojej kobicie, że słuchasz takiej łódzkiej grupy jazzowej, co się Kosmos nazywa. – Zara, zara somsiad, ja se muszę napisać, bo nie spamiętam – wyjął z tylnej kieszeni pomięty kajet i ołówek i zaczął szybko bazgrać, wysuwając język z ust. Mimowolnie zwolniłem i zacząłem dyktować: – Właśnie wydali nową płytę pod tytułem „Kosmos”. Koooo-smos. Tak. Jak nazwa zespołu. Młode chłopaki, ale panie, zaiwaniają jak stare wygi. Nagrywał ich jeden mistrz od nagrywania, Jan Smoczyński, to się realizacja dźwięku nazywa. Płyta jest świetna, napisz pan, że jest bardzo dojrzała, że jest to jednej najlepszych debiutów w tym roku. Napisz pan tak: zespół stara się mówić własnym głosem, szuka oryginalnych brzmień i rozwiązań kompozycyjnych, choć nie da się się ukryć, że uchyla drzwi, w nawiasie: jak wiele młodych kapel, przecież to ich naturalne środowisko, zamknij pan nawias, przecinek, uchyla drzwi dźwiękom klubowego, radosnego grania w oparach rytmicznej elektroniki. I jeszcze pan dodaj, że podobają się panu utwory „Uć” oraz „Wenus”. Ten pierwszy otwiera płytę, a wyraz jest zabawą słowną nazwą Łódź.To żywiołowy utwór, który bardzo umiejętnie rozwija się do pięknie urwanego finału, drugi zaś jest wizytówką całego zespołu, ponieważ każdy muzyk podczas „Wenus” improwizuje, rozwija skrzydła, zachwyca, pokazuje co potrafi. Łapiesz pan? – Ło jezu somsiad to takie, teges, mądre. – Eeee tam mądre, gdzie tu panie masz mądrzenie się? Piszesz pan do kobity z żileta, co jazzu słucha, co pan czujesz, gdy słuchasz muzyki Kosmosu. Każdy może czuć, co chce w muzyce, co nie? – No niby racja. – Pewnie, że racja. To jeszcze pan napisz: młodość poniosła Kosmos z umiarem, to nie jest muzyka w szalonych tempach, posłuchaj, jak dojrzale i pięknie brzmią dęciaki, tak dę-cia-ki Jana Ostalskiego i Iwo Tylmana w wybitnie spokojnym „Muratynie”, panowie grają rozsądnie, czasem melodyjnie, ale bez przesady, dobierają dźwięki z umiarem, rozmieszczają je w muzycznej przestrzeni mądrze, nawet wtedy, gdy jak utworze „Walc dwa” puszczają wodze i naprawdę lecą improwizując – bo to w końcu kosmiczny jazz. Dęciaki panie to trąbka i saksofon, nie pisz pan tego, tylko mówię, że tak się mówi. POLECANE UTWORY Z PŁYTY (KLIKASZ - SŁUCHASZ) – Na bank? Żebym nie lał wody, ona się zna. – Na bank zrozumie. To na początek wystarczy. Masz pan na czym puścić sobie tę płytę? Tak? No to bierz Pan, posłuchaj sobie w domu, a jak pani napisze, to już pan wiesz, co odpowiadać. – O jeny, aleś mi pan naopowiadał, ale jej odpiszę, jak w mordę strzelił. Ale super. Dziękuję somsiad. Jak somsiad wymyślasz takie zdania, tak z głowy? Nie chciałem mu mówić, że zerkałem na recenzję debiutu Kosmosu, którą właśnie napisałem dla Macieja Nowotnego z Polish Jazz Bloga i cytowałem mu całe akapity – Ano sie pisze, się wymyśla, somsiad – odpowiedziałem tonem porucznika Sławomira Borewicza i tak też się poczułem. Jeszcze chwilę gryzmolił. Musiałem ostatni fragment powtórzyć. Podkreślił, że z tą babką to na poważnie. Obiecałem, że jak jeszcze trzeba będzie coś o jazzie to pomogę. – No to lecę, bo pana kobity nie bardzo chcę zastać. – A to czemu? – Krewka baba, zresztą, sam pan wiesz, my tu widzimy, że pan to raczej pod pantofelkiem…, znaczy się…, ja nie… ale tamta spod…, somsiedzie kochany, co złego to nie ja, bardzo dziękuję, jak się uda, to normalnie wesele wyprawimy…. Gadał, gadał, aż wybiegł speszony mnąc zeszycik. Wściekły siedziałem na kanapie w oczekiwaniu na A. W głowie burza: ja pantoflarz! Ja! Jak przyjdzie to ja jej pokażę. No to se pogadamy. Oj, se pogadamy. Długo jej nie było, Zdrzemnąłem się, Gdy weszła, po prostu spytałem: jesteś głodna kochanie? Masz na coś ochotę? A ona zmęczonym głosem – Ale dzień. Normalnie kosmos.
- Jazz, sroki, bobry i mordobicie
W czołowej albańskiej szkole wyższej, nobliwi, poważni i zasłużeni biolodzy, naukowcy i nauczyciele akademiccy skoczyli sobie do gardeł, wywołując regularną bitwę o sroki, ryby, bobry i jazz. Argumenty merytoryczne ustąpiły pałkom, pięściom i wskaźnikom - w zasadzie prali się po łbach czym popadnie. Interweniowała policja. Kilka osób zostało rannych. A wszystko przez urodzinowy prezent. Rektor błaga o litość Komisarz Ilil Cela (36 lat) trze dłonie zakłopotany, choć patrzy w oczy odważnie, wręcz wyzywająco. Twarz zdradza jednak, że mimo doświadczenia operacyjnego nie czuje się pewnie w towarzystwie reportera, stąd też obecność oficera prasowego. Zadaję pierwsze, dość ogólne pytanie, uzyskuję równie ogólnikową odpowiedź. Rzucam zatem kolejne, znów niezbyt szczegółowe, odpowiedź znów “na okrągło”. W końcu pytam: jak konkretnie brzmiało wezwanie? Cela nie mógł już kluczyć, więc spojrzawszy na czubki butów, westchnął i cicho zreferował, jak na egzaminie: Wezwał nas rektor uczelni, cały w panice, prosząc, a w zasadzie błagając o interwencje na terenie szkoły. Zaznaczył, że kilka osób jest nieprzytomnych, że być może nie żyją. Oficerka przyjmującą zlecenie sądziła, że był jakiś koncert rockowy na kampusie, więc rektor nieskładnie wyjaśniał, że awantura wybuchła na radzie wydziału biologii. Wtedy coś zaczęło w słuchawce strasznie walić, łomotać. Na nagraniu słychać, jak oficerka pyta: co to? Rektor nim się rozłączył rzucił: ratunku, przyjeżdżajcie, przyszli po mnie, drzwi długo nie wytrzymają. To o nią się pobili Valentina ma zniszczoną detergentami skórę na dłoniach, drobną figurę, rozbiegany wzrok, ale też bije od niej coś serdecznego, ciepłego, czuje się, że chropowate opakowanie skrywa życzliwą osobę. Wolałaby nie rozmawiać w ogóle, ale rzecznik prasowy przekonał ją, że wywiad pomoże uczelni zmyć niesławę. Warunek: wystąpi anonimowo, chociaż tu wszyscy wiedzą, że naukowcy wzięli się za łby o nią właśnie, Valentinę, lat 45, sprzątaczkę z najdłuższym stażem na Wydziale Biologii, którą wszyscy znają, pozdrawiają, traktują jak dobrą koleżankę albo ciocię. Jak zareagowała, gdy jej powiedzieli? Szok, przerażenie, strach przed zwolnieniem z pracy, myślałam, że mnie wsadzą do więzienia - oczywiście nic takiego nie miało miejsca, o awanturze podczas rady wydziału dowiedziała się następnego dnia, kiedy huczały już o niej wszystkie albańskie media, a o tym, że bezpośrednim powodem zajścia stał się prezent dla niej, opowiedziała jej dopiero policjantka, kiedy Valentina uparcie pytała po co ma składać zeznania, skoro nie ma z zajściem nic wspólnego, przecież podczas rady wydziału była w domu oglądała serial w TV. Pytam Valentinę o płyty, czy słuchała tych płyt? Odpowiada, że tak. Dopytuję o wrażenia. Valentina trochę wstydzi się, mityguje jak mała dziewczynka, mówi, że nie rozumie jazzu, to dla niej za mądre. Kończę spotkanie chcąc dociec, co jej zdaniem mogło być powodem, że ta historia tak fatalnie się skończyła. Valentina nie ma pojęcia. - To po prostu nie mieści się w głowie. Co nie mieści się w głowie? Posłuchajcie w skrócie. Najpierw na cotygodniowej radzie wydziału dr Edmond Shehu postawił wniosek przyznania nagrody dla Valentiny za wzorową, dwudziestoletnią pracę na wydziale. Wszyscy przyklasnęli - każdy jest z niej przecież zadowolony. Ustalono, że sprzątaczka dostanie premię jubileuszową, o którą wystąpi do rektora dziekan, a rektor chętnie się zgodzi, bo lubi i zna Valentinę. Rada wydziału zaś jednogłośnie postanowiła, że oprócz gratyfikacji finansowej kupi Valetinie prezent. Jaki? O to miała zadbać prof. Dervishi. I zadbała. Za tydzień, na kolejne posiedzenie, przyniosła płytę Stephana Crumpa pt. Slow Water, która miała być prezentem. Wówczas włączył się dr Edmond Shehu, który skrytykował niegrzecznie wybór profesor Dervishi, twierdząc, że zna tę płytę. Kłopot w tym, że jest jej podwładnym, a forma krytyki wywołała naturalny opór. Po krótkiej pyskówce rada wydziału postanowiła odłożyć sprawę na przyszły tydzień i z ulgą rozeszła się do domów. Po siedmiu dniach spotkali się ponownie, jednak wówczas dr. Shehu był uzbrojony w kontrpłytę Sarah Jerrom pt. Magpie i zażądał jej odtworzenia. Ale nie koniec na tym. W ciągu minionego tygodnia namówił kilkoro członków rady, by poparli wybór jego płyty przed prof. Dervishi. Tak się zaczęła albańska wojna biologów Najpierw dr Shehu argumentował, że jego propozycja jest lepsza, bo nie dość, że bezpośrednim powodem nagrania płyty była obserwacja przez autorkę zgromadzenia srok i wron wykonujących powietrzny, zimowy taniec, to przecież wydział jest najbardziej znany w środowisku naukowym z badań nad obyczajami ptaków miejskich. Prof. Dervishi zarzuciła w odpowiedzi podwładnemu hucpę, łamanie regulaminu rady (nie uprzedził o planie odsłuchu nowej kontrpłyty), a także niegodne naukowca umysłowe wstecznictwo, wszak to właśnie życie rzek, o czym jest płyta Stephana Crumpa pt. Slow Water stanowi gros obecnych badań wydziału na co idzie też najwięcej grantów, a poza tym, to właśnie rzeki są bardziej zagrożone, niż “jakieś miejskie sroki”. Zaczął się słowny, trwający prawie kwadrans ping-pong na coraz durniejsze argumenty, podnoszący wszystkim emocje do zenitu. W końcu jeden z adiunktów, bliski prof. Dervishi, wykrzyczał, że dr Edmond Shehu tak obstaje przy swoim, ponieważ jest zaangażowany uczuciowo, gdyż po cichu od lat podkochuje się w Valentinie! Tego było za wiele, zwłaszcza, że przed laty, kiedy byli jeszcze młodymi naukowcami Shehu odrzucił zaloty Dervishi - co było wydziałową tajemnicą poliszynela. Do tej pory nikomu to przeszkadzało. Do tej pory. Shehu uderzył pierwszy Pięścią. Jego stronnicy zaatakowali sekundę potem, także bez ostrzeżenia. Rozpoczęła się zażarta, wyrównana walka między naukowcami wydziału biologii. Rektor próbował wszystko załagodzić, ale ktoś go palnął w głowę skoroszytem, więc uciekł z sali. Prof. Dervishi leżała nieprzytomna, przygnieciona ławką, adiunkt został zaatakowany imitacją kości szympansa wyciągniętą z gabloty, polała się krew. W ruch poszły wszystko, co kto miał pod ręką: rzucali w siebie nawet modelami srok i wróbli. Jedna z grup pognała za uciekającym rektorem. Na szczęście agresorzy nie zdążyli wyważyć drzwi, rozbili tylko socrealistyczne posągi, które stały na rektorskim korytarzu od lat 50 tych XX wieku.. Przyjechała policja. Wszystkich, poza rektorem, skuto i odtransportowano do szpitali i na komendę. Tak oto naukowcy pobili się o jazz: płytę Stephana Crumpa pt. Slow Water, która opowiada o życiu bobrów, a także rzek w ogóle i jest inspirowana książką Water Always Wins Erici Gies oraz płytę Sarah Jerrom pt. Magpie (Sroka), której narrację wyznaczyły obserwacje zachowań miejskich srok oraz ich złożony świat. O krótki opis opis obu płyt poprosiliśmy blog Jazzda.net . Oto te charakterystyki: Biologiczne tropy, wiosna 2024, sięgnięcie po suity oraz jazzowe rodowody autorów - to wspólne mianowniki obu płyt. Dodałbym do tego wyjątkową dbałość o końcową jakość muzycznego materiału - jednak jest to ocenne. Reszta różni je diametralnie Rzeczywiście bardzo rzadko się zdarza, że jazzmani odwołują się tak wprost, jak Crump i Jerrom do biologicznych powodów nagrania swoich płyt. Wcześniej robili to z powodzeniem tylko John Luther Adams, Wadada Leo Smith i Ashley Fure . Owszem, natura jako taka bywa bardzo często przywoływana przez wrażliwych muzyków jazzowych w poszczególnych utworach, ale nie przypominam sobie, by stała się kanwą dla dwóch albumów wydawanych niemal w tym samym czasie. To znak, że oddziaływanie człowieka na naturę ma wpływ również na jazz. I to jest wspaniałe. W przypadku kontrabasisty Stephana Crumpa i jego płyty pt. Slow Water, bezpośrednim powodem jej powstania było zamówienie suity jazzowej przez jedną z amerykańskich fundacji. Crump poproszony został o oscylację tematu wokół książki “Woda zawsze wygrywa” pisarki naukowej Erici Gies. To książka o nowym podejściu do rzek, które w USA lansuje coraz silniejsza grupa o nazwie “Slow Water” właśnie. Ruch Slow Water zaczął swoją działalność od publicznego zadania rewolucyjnego pytania: czego chcą rzeki? Nikt przed nimi tej sprawy tak nie stawiał. Rzeka traktowana była jako martwy byt podlegający władzy człowieka, a ci nowi ekolodzy ju upodmiotowili. Zdaniem ekologów rzeki nie chcą tego czego pragnie cywilizacja ludzka, przede wszystkim zaś, nie chcą regulacji. To jest spór między potrzebami, a możlwiościami, spór który na razie wygrywa przemysł i konsumpcja, a przegrywają rzeki i ekolodzy. Od kiedy jednak zmiany klimatyczne stały się tematem dysput szerokiego nurtu medialnego, powoli stanowisko tych drugich staje się coraz lepiej słyszalne. Wróćmy do płyty. Fundacja trafiła doskonale. Po pierwsze Stephan Crump to doświadczony profesjonalny muzyk, filar wielu nowojorskich składów i zapalony edukator. Nagrywał i koncertował jako jedna trzecia uznanego tria Vijaya Iyera ,miał wiele własnych grup na przykład Rhombal z Tyshawnem Soreyem, Ellerym Eskelinem i Adamem O'Farrillem; Secret Keeper z MaryHalvorson; Rosetta Trio z Jamie Fox i Liberty Ellman, czy Borderlands Trio z pianistą Krisem Davisem i perkusistą Erikiem McPhersonem. Nawet jeśli te nazwiska niewiele Państwu mówią, zapewniam, że mówimy o świetnych muzykach. Ale to nie wszystko, ponieważ lider, Stephan Crump urodził się i wychował w Memphis nad rzeką Mississippi, rzeka i woda towarzyszą mu od zawsze. W wywiadach otwarcie mówi o wielu wyprawach trekkingowych czy ekstremalnych spływach kajakowych, w jakich brał udział. Gdy miał 13 lat przeszedł cudownie i jednocześnie brutalne doświadczenie - dwutygodniowy spływ kajakowy dzikimi rzekami Kanady. Woda jest mu bliska, więc ekologiczny temat suity z pewnością go pociągał. Slow Water to trwająca bez przerwy 67 minutowa suita, która rozwija się i powoli meandruje jak szeroka amerykańska rzeka. Część materiału została napisana, część jest zaimprowizowana w studio. Crumpowi towarzyszy duży skład, pięcioro artystów: z wyjątkiem wibrafonistki Patricii Brennan , z resztą zespołu współpracował rzadko lub wcale: puzonistą Jacobem Garchikiem , trębaczem Kennym Warrenem , altowiolistką Joanną Mattrey i skrzypaczką Yuniyą Edi Kwon . Majestatyczna i kontemplacyjna - to chyba najlepsza słowa oddające odbiór muzyki z tej płyty. Nie ma tam porywów, szybkiego tempa, muzycznych wirów, szalonych galopad instrumentalnych, jest sporo ambientu z udziałem żywych instrumentów, długich fraz, wspólnego grania, tworzenia swoistego grupowego pejzażu dźwiękowego. Sam autor wielokrotnie podkreślał, że z wiekiem coraz bardziej pociąga go idea zespołowego grania, w którym zacierają się granice ego. Jak na jazzmana, podejście dość oryginalne, choć ostatnio modne. Muzycy i krytycy od pewnego czasu poświęcają sporo uwagi zbytniemu odejściu od słuchacza, publiczności, skupieniu się na zagadnieniach technicznych. Slow Water to więc muzyczne doświadczanie kolektywu. Ale skąd bobry? Stały się Crumpowi bliskie po lekturze kolejnej książki, tym razem Kena Goldfarba o bobrach pt. “Eager”, Tak powiedział w jednym z wywiadów: – Tytuł mojej płyty to właściwie „Eager”. Przemysł futrzarski zdziesiątkował te zwierzęta do połowy XIX wieku. Kiedyś zamieszkiwały całą Amerykę Północną, a ich działalność spowalniała przepływ wody. Miasta chcą kontrolować wodę, gdy w naturalny sposób stara się ona rozszerzać, płynąc wolniej. Strona Stephana Crumpa https://www.stephancrump.com/ Z kolei suita Sarah Jerrom pt. Magpie (Sroka) jest bliższe jazzowi stricte. Przede wszystkim jednak Jerrom czerpała z zupełnie innego natchnienia i sięgnęła po odmienne rozwiązania techniczne. To już jej czwarta płyta. Poprzednie były równie udane, choć żadna nie dorównuje "Sroce" rozmachem. Na uwagę zasłużył z pewnością krążek z twórczością wybitnego poety Williama Butlera Yeatsa - The Yeats Project. Wszystkie płyty znajdziesz tutaj https://www.sarahjerrom.com/music Sroki? Na pierwszy rzut oka i ucha niedorzeczność. Skąd w ogóle tak dziwaczny pomysł na jazzową suitę? Sama artystka tłumaczy, że w styczniu 2018 roku obserwowała podczas burzy śnieżnej podniebny taniec wielkich gromad srok i wron. Tak się złożyło, że to nie był dobry moment w jej życiu ze względu na bolesne doświadczenie poronienia. Myślała w owym czasie o napisaniu muzyki przełamującej to piętno i tabu związanego z utratą ciąży. Urzeczona widokiem ptaków zaczęła pracować nad muzyką, w której narracji wykorzystała życie miejskich srok - jakkolwiek dziwnie to brzmi. Efekt: “Magpie” jest podwójnym albumem zawierającym osiemdziesięciosześciominutową suitę na rozszerzoną orkiestrę jazzową. W nagraniu bierze udział aż 22 muzyków (dla porównania: typowa orkiestra jazzowa z czasów Duke’a Ellingtona, jednego z najbardziej znanych liderów i kompozytorów jazzowych, liczyła 12 osób w 1927 roku, a następnie została powiększona do 14 osób w 1932 roku) co jest o tyle ciekawe, że płyta jest w 100 procentach stworzona, a więc finansowana przez Sarah Jerrom! Nie dziwi więc jej spójność stylistyczna i wysoka jakość brzmienia zespołu. To jest suita z tekstem, który śpiewa autorka, wspierana przez trzy inne osoby. Orkiestrą dyryguje Christian Overton. Muzyka jest zupełnie inna niż na płycie Stephena Crumpa: żywsza, rytmiczna, mniej improwizowana, choć nie całkowicie uwolniona od popisów solowych. Tekstu do zaśpiewania jest dużo, czasem ciąży to na materiale - choć jego autorka płynnie i zwinnie rozkładala akcenty tak, aby słuchacz mógł nie tylko śledzić treść, ale zachwycać się formą. Utwory są długie, niektóre bardzo: finał: “Crystallization (for R.)” trwa ponad 17 minut. Dużo na płycie soczystego prawdziwego amerykańskiego jazzu (choć Jerrom to Kanadyjka), ze zwrotami, zmianami tempa, skrętami, popisami solowymi. Obu płyt słucha się z prawdziwą przyjemnością, choć obu z zupełnie innych powodów. Tylko Valentina zostanie Skandal w Tiranie powoli milknie. Szkoła wraca do normalnych zajęć. Główny sprawcy bójki zostali zwolnieni z aresztów, ponieważ ze względu na zapis monitoringu nie mogą mataczyć. Nieoficjalnie wiadomo, że z wydziałem pożegna się większość kadry z prof. Prof. Dervishi i drem Shehu na czele. Czasem, coraz rzadziej, jeszcze skorzy do żartów studenci ubiorą szkielet w kimono do karate albo puszczają głośny jazz na korytarzach z dużych głośników na baterie. Valentina nadal sprząta korytarze wydziału biologii. UWAGA!!! WAŻNE!!! Szanowni Państwo Przedstawiamy powyższy materiał jako przykład głębokiej patologicznej perwersji dziennikarskiej. Robert K. autor tego artykułu całkowicie go sfabrykował. Zmyślił całą historię rzekomo po to, aby zainteresować czytelników jazzem. Nasz dział fakt czekingu z łatwością wyłapał te brednie. Jesteśmy za prawdą i tylko prawdą w mediach. Precz z takimi bzdurami. Niemniej, żeby pokazać Państwu do czego prowadzi brak regulacji tak zwanych mediów społecznościowych, publikujemy ten materiał. Ku przestrodze.
- Jazz z wami. I praojcosarmacją twoją
Cześć. Jestem Ryszard i zmienię oblicze tej ziemi. Tak powiedzieli mi ci, którzy prosto z przyszłej polskiej Praojcosarmacji zaczęli pewnego dnia lądować w mojej piwnicy, choć nie wiedzieli, że o mnie mówią. Jesteście pewnie ciekawi: jak to zaczęli lądować w piwnicy? Normalnie. Pojawiali się i już byli. Zresztą, czytajcie, bo im się należy. Tamtego pamiętnego popołudnia, kiedy zjawił się pierwszy z nich, siedziałem w mieszkaniu słuchając Entropia Ensamble i zastanawiałem się, kiedyż, ach kiedyż oni wreszcie nagrają drugą płytę, bo już mija pięć lat, jak byli rewelacyjnym debiutem i - jakby nie patrzeć - w tym debiucie stali się wielce doświadczeni, toteż sobie myślałem, że to taki najdłuższy debiut świata jest, że najwyższy czas być rewelacją, która potwierdziłaby swój niezwykły i niezaprzeczalny talent na kolejnym albumie. Podobno coś się kroi i będzie nowa płyta, więc się bardzo, bardzo jaram przypominając sobie tamtą. A muzycznie czad jest to wspaniały, normalnie jazz bez trzymanki. No i jest to nasz, rodzimy, łódzki czad. Z rozmyślań i słuchania wyrwało mnie pukanie do drzwi. Stukał Gawryło. Walił w tym swoim bezkompromisowym, popisowym stylu. Wyszedłszy doń ze zdziwieniem usłyszałem, że w mojej piwnicy ktoś przebywa i hałasuje. Wziąłem bejsbola, berettę i zszedłem w kazamaty sprawdzić zasadność skargi Gawryły. Owszem. Słowo stało się ciałem, gdyż rzeczywiście w mojej piwnicy ktoś przebywał i hałasował. Był to pijany Krzesimir Ogniomłot . Krzesimir hałasował, albowiem wychlał zapas moich nalewek i win domowych, które z pasją tworzyłem we współpracy z sumiennymi pracownikami firmy Browin, niech żyją w szczęściu i zdrowiu długie lata. Ale zastrzeżenie: gdy stałem przed drzwiami swojej piwnicy nie wiedziałem jeszcze, że Krzesimir to Krzesimir i że to on jest w mojej piwnicy i że wychlał. Wtedy tylko udawałem chojraka słysząc niezrozumiały bełkot dochodzący zza prowizorycznych drzwi piwnicznych i zastanawiałem się, jak ktoś dostawszy się do środka potrafił zamknąć je za sobą od zewnątrz na kłódkę? Trzeba było jednak działać, a nie rozmyślać, bo w pewnych rejonach naszego miasta najpierw się działa, a dopiero później (z pisanym dużymi literami EWENTUALNIE) dzwoni po policję. Mieszkałem właśnie w takim rejonie, zatem otworzyłem kłódkę i wydobyłem z użyciem bejsbola i okropnych przekleństw pijaniuteńkiego mężczyznę, który w odpowiedzi i przestrachu wylewnie dziękował mi za ocalenie życia, ponieważ - jak zapewniał - utknął w piwnicy mej nie ze swej własnej woli, tylko wykonując rozkazy. Przedstawił się i obiecał, że wyjawi cel swojej wizyty z przyszłości, jak wypijemy po kieliszeczku tego wspaniałego trunku z moich buteleczek. Wskazał je. Zabrałem schlanego do mieszkania. W ogóle się nie opierał się, zwłaszcza, że zgarnąłem też dwie ostatnie flaszki z półki. Dowiedziałem się od niego wtedy właśnie, że jest on Krzesimirem i przybywa z przyszłości, żeby powstrzymać degrengoladę i upadek swej praojcosarmacji, czyli Polski, bo tak będzie się nazywała oficjalnie w przyszłości. Musiał tylko dorwać i zniszczyć komputer pewnego człowieka, który prowadził blog jazzowy, tak bardzo popularny w przyszłości, że nieustannie buntował poddanych sarmatobywateli i poddane sarmatoobywatelki, szerząc jazz jako muzykę ludzi wolnych, ostatni bastion swobody. Tam, w przyszłości nie mogli go namierzyć, gdyż się przed nimi skutecznie ukrywał, więc praojcosarmaccy naukowcy stworzyli maszynę do cofania się w czasie, po to, by zdusić bunty w zarodku - i to właśnie było jego zadanie. Coś tam jednak pokiełbasili, jak to polscy naukowcy, bo zamiast na dworcu centralnym w Warszawie, bezpieczniacy praojcosarmaccy lądowali w mojej łódzkiej piwnicy, obok flaszek z winem i słoików z ogórkami oraz marynowanymi grzybami. O Krzesimirze nie warto długo rozprawiać, powiem tylko, że miał na lewicy fajną dziarę z symbolem walczącego sarmaty bohatera. Wytatuowali ją pracownicy specjalnych służb w ramach kampanii Neonatosarmacjatatoo . Taka dziara była obowiązkowo dobrowolnie tatuowana wszystkim niemowlętom praojcosarmacji tuż po urodzeniu, jako dowód opieki władz od kolebki i przypomnienie, że nie tylko matka, ale i ojciec liczą się w życiu rodziny, że tata jest jej filarem oraz filarem ojczyzny. Wzruszył mnie tym obrazem, bowiem przypomniałem sobie tatusia. Krzesimir zniknął jeszcze tego samego dnia z mego mieszkania, rzekomo w poszukiwaniu wspomnianego blogera, ale ja myślę, że był po prostu w ciągu alkoholowym. Machnąłem na niego ręką i wróciłem do swojego życia. Jakieś trzy tygodnie później Gawryło ponownie niepokoił mnie swym wymownym pukaniem, znów wskazując na piwnicę - Somsiad, ja tam se lubiałem wypić zanim spotkałem Ludmiłę na Tinderze, ale żeby kumpla po gorzole znowuż w piwnicy zamykać. Ludzie! Ludzie! Tak to być nie będzie somsiedzie kochany, bo une te pańskie kumple za bardzo marudne som - mówił Gawryło zerkając jednakże niechętnie i bojaźliwie na mojego bejsbola, którego znów użyć musiałem jako środka perswazji wobec kolejnego gościa. Tym razem w mojej piwnicy wylądował Bogumił Świętosław. Był trzeźwy, bo Krzesimir prawie wszystko wypił, a nowe się jeszcze nie nastrugało, oprócz tego Bogumił Świętosław zachowywał się grzecznie, przepraszająco i tajemniczo. Nie potrafił skryć ogromnego uczucia zdziwienia faktem, że znam cel jego wizyty w przeszłości. Mimo to wypytał mnie skrupulatnie o blogerów i o jazz. Troszkę mnie to skonfundowało, bowiem lubiłem jazz, toteż mogłem się popisać wiedzą przed gościem. Kiedym jednak uraczył go pięknymi utworami z tegorocznej płyty “Plays” świetnej saksofonistki Nicole Glover, widziałem, jak biedak się kurczy, a z każdym utworem coraz bardziej czerwienieje na licu. Przy arcywspaniałym, trochę swingującym, trochę zafrykanizowanym “Open or Close” trzymał jeszcze pion, gdy na nasze uszy spłynął kombinowany, bebopowo mięciutki, welurowy standard “The Fox”, zagrany z takimi fajnymi żeńskimi obłościami w brzmieniu, których panie nawet nie są świadome, a których my, faceci jesteśmy świadomi zanadto, zaczął lekko podrygiwać, ale z przerwami, jakby wolał wersję Harolda Landa, o co go w końcu spytałem, i zaproponowałem, że możemy posłuchać, bo też mam. Wówczas znieruchomiał, jak skuty lodem i wyznał, że właściwie to on nie przepada za jazzem. To w takim układzie, przy wolniutkim i nastrojowym “The A-Side” prawie się nie odzywałem, mając w nosie jego gust, to mój kwadrat w końcu, cnie? Ale nie gadałem, gdyż uwielbiam ten utwór. Milczałem też, bo to zniszczyłoby odbiór, a jest to misterny kawałek muzyki, gdzie kontrabas mozolnie buduje swoje struktury przy wtórze miotełek i talerzy, a po drugie nie miałem o czym gadać. W “One second, please” wjeżdża wibrafon, co na moim gościu zrobiło tak ogromne wrażenie, że zerwał się na równe nogi i chciał czmychać. Nie chciałem go wypuścić ot tak, jak byle kogo, Pozwoliłem płycie dobiec końca przez genialny melodyjny "I’ve Grown Accustomed to Her Face". Wtedy go wypuściłem. Zniknął w łódzkiej, ciemnej jak Abramka przed reformą Balcerowicza, nocy. Coś mi mówiło, że niebawem pojawi się kolejny praojcosarmata w poszukiwaniu wolnego i swobodnego blogera. Na wszelki wypadek więc zainstalowałem sobie w piwnicy alarm i kamerkę. Nie czekałem długo. Po kilku tygodniach dosłownie wyskoczył ze ściany piwnicy waląc łbem w taczkę, co tam jeszcze po tatusiu stała w pionie. Szybko doń zbiegłem. Tym razem przysłali chudego i dobrodusznie wyglądającego ofermę, Gerwazego Ostrogniewa. W mieszkaniu opatrzyłem mu zakrwawiony łeb i przeprowadziłem eksperyment z użyciem ostatniej, wspaniałej płyty Issaha Colliera "The Almighty". Udając, że nic nie wiem, że niczego się nie domyślam zaatakowałem go znienacka dźwiękiem. W pokoju rozeszły się jazzowo-spirytualne, ostro odjechane, rozwleczone w czasie i przestrzeni, hipnotyczne, hipisowskie, niedzisiejsze utwory Colliera w duchu Alice Coltrane i nurtu spiritual, gdzie dźwięk wspina się ku nieboskłonom, jak gotyckie katedry chwaląc ducha muzyki. Przy “Duality Suite”, w którym saksofon bez cienia litości wwierca się w mózg, pianista szaleje jak natchniony, bas nadaje kosmiczne tempo, zaś perkusja leci na złamanie karku - wszyscy razem więc unoszą się w niebotycznym szaleństwie grania free, mój gość skurczył się, zmalał i jak dziecko zaczął zatykać uszy. A więc to tak! On bał się tego słuchać, jego oczy jak złotówki błagalnie prosiły o litościwą przerwę, o naciśnięcie STOP. Olśniło mnie: oni wszyscy bali się słuchać jazzu! To w praojcosarmacji było źle widziane, oznaczało bunt jednostki wobec wszechobecnego podporządkowania wielkosarmatom psia jego mać od morza do morza! Gerwazy Ostrogniew był do tego głodny, więc zanim wyruszył poszukiwać pozostałych dwóch, którzy przepadli w przeszłości bez wieści, zeżarł mi wszystkie schabowe. Na następnego zasadziłem się już w piwnicy. Zainstalowałem tam głośniki, podłączyłem je do sprzętu w domu, całą piwnicę ci kleiłem tabliczkami: Cisza, Milczeć i Spokój mnie tutej no i sobie czekałem, czekałem, aż się doczekałem. Pracojcosarmata tym razem wylądował z przyszłości miękko, prawie że telemarkiem, gdyż usunąłem tatusiową taczkę z jego trajektorii lotu. Natychmiast w piwnicy puściłem mu ostatnią płytę Alessandro Fongaro “Pierte” . Specjalnie ją wybrałem. Po pierwsze dlatego, że to nowość i sam jej jeszcze za dobrze nie odsłuchałem, po drugie, że to ostre granie free, nagrane jako krzyk szczęścia po długiej przerwie spowodowanej pandemią COVID 19, po trzecie: wiedziałem, że rytmiczne potknięcia, jakby sekcja dostawała co rusz, od nowa czkawki oraz straszący uszy wyeksponowany kontrabas i perkusja, a także dwa drapieżne saksofony lubujące się w powikłanych i do tego zapętlonych motywach podziałają na mojego niechcianego gościa, jak święcona woda na antychrysta. Fongaro, kontrabasistę, Włocha mieszkającego w Holandii, znałem, gdyż miał wcześniej bardzo dobry zespół CLOD! ale chyba jego muzycy, mimo sukcesów, nie widzieli się już we wspólnym projekcie. W końcu po czwarte, bo płyta miała swoisty punkowy nerw, to była zbuntowana, niegrzeczna, kłótliwa, rozkapryszona i wyzywająca muzyka jazzowa. No w każdym razie żaden tam miły swing. Na przykład z tytułu wynika, że utwór będzie trwał trzy minuty, ale panowie lecą jak szaleni ponad cztery. Pewnie zapomnieli, że miało być trzy. No i w dodatku ta sekcja rytmiczna. Perkusistka Sun-mi Hong waliła w zestaw na pełnej złości, jakby chciała go rozwalić. I miała tę niezwykłą arytmię w graniu, która skupia na sobie uwagę słuchaczy. Słusznie spytacie dlaczego stałem się złośliwy? Bo mnie wkurzyli jeden przez drugiego. Nikt mnie kurna nie pytał czy może sobie lądować w mojej piwnicy w poszukiwaniu jakiegoś blogera-srokera. Doznałem strat finansowych (wypite nalewki, wina, zjedzone obiady, naniesione błoto, pogięta rączka tatusiowej taczki) oraz strat moralnych (sąsiedzi uważali mnie za pijaka i łobuza, który sprasza do siebie głośne towarzystwo i pije z nim po piwnicach). Żeby chociaż jakiś dyplom uznania dali, albo karnet do Teatru Wielkiego na Sylwestra za okazane im serce i pomoc. A tu gówno. To ja mam was w dupie praojcosarmackie zakute łby. Żebyście widzieli więc, jak mój praojcosarmata Benedykt Lubomir usłyszawszy zespół Fongaro wpadł w panikę, a jednocześnie przywykły do rozkazów zachował zrezygnowaną ciszę widząc wokół siebie nakazujące ciszę napisy. Był kompletnie zdezorientowany, normalnie zwariował, chyba zaczął po cichutku chlipać. Przybywszy z praojcosarmacji gdzie jazz był występkiem, znalazł się w samym jądrze jazzu w zamknięciu, nie widząc gdzie, dlaczego, po co? Może wręcz podejrzewał, że wylądował w czyśćcu. Sami byście zwariowali. Po skończeniu płyty zlitowałem się i go wypuściłem przerażonego, nie zaprosiwszy jednak do domu. Zanim sobie poszedł powiedziałem mu, że następny z nich żywy już z piwnicy nie wyjdzie i że spodziewam się oficjalnych przeprosin od rządu praojcosarmacji. Postraszyłem, że jak mi nie wypłacą ekwiwalentu moralnego w wysokości 20 tysięcy dolarów, to stworzę w internecie bloga i opiszę całą te historię ze szczegółami, co ich kompletnie skompromituje. Już kwartał mija, jak żaden się nie pojawił. Ekwiwalentu jednak też nie ma. A mieliście mnie na widelcu, barany. No to macie swój blog, frajerzy.
- Wszyscy święci Jazzują w niebie
Znany polski dziennikarz umarł po czym ożył. Przeżył własną śmierć. Gdy potem zdradził, co przeszedł, został sam jak palec. Odsunęła się odeń nawet najbliższa rodzina. Unika spotkań. Nie odbiera telefonów od nieznajomych numerów. Nie odpowiada na maile. Dotarcie do niego graniczy z cudem. Nam zajęło to cały kwartał. Użyliśmy wielu forteli, wydaliśmy sporo pieniędzy. Spotkaliśmy się z jego biskimi przyjaciółmi i dalekimi znajomymi. Perswadowaliśmy cierpliwie przez nich, że zależy nam na opowieści prawdziwej, przedstawionej z szacunkiem dla niego samego oraz tego, co przeżył. Nie chcieliśmy iść utartym szlakiem taniej sensacji, mając jednocześnie świadomość, że w pełni nie da się od niej uciec – właśnie ze względu na jego doświadczenia. Przypomnijmy. Jednego dnia polski internet wybucha smutną sensacją: znany dziennikarz został potracony przez auto i nie żyje! Dzień później rodzina i szpital dementują: żyje, cudem ocalał, przeszedł śmierć kliniczną, jest nieprzytomny, ale istnieje duża szansa, że wróci do pełnego zdrowia. Media jeszcze przez kilka dni okręcały temat, jak warchlaka na rożnie, korzystając ze szczerego ognia zainteresowania cudzym nieszczęściem. Ogień jednak z wolna gasł, toteż media skierowały swe ciekawskie oko na kogoś innego. Po kilkunastu miesiącach ciszy absolutnej, jeden z internetowych tabloidów wydrukował informację: Wojciech Markiewicz, dziennikarz który przeszedł śmierć kliniczną twierdzi, że w niebie grają jazz, a każdego nowego gościa wita niejaki Sun Ra. Wymowa i oprawa graficzna tekstu nie pozostawiała wątpliwości: tabloid sugeruje, że bohater materiału postradał rozum. The Bad Plus „Complex Emotions” Nie dajcie się zwieść pierwszym dość trywialnym taktom najnowszej płyty gigantów z The Bad Plus. Wytrzymajcie kilka minut utworu „Grid/Ocean”. W nagrodę usłyszycie magię, gdyż pojawienie się gitary stworzy niezmierzoną przestrzeń, jakby piosenka, która jest balonem sflaczałym, została napompowana jednoczesnym oddechem tysięcy kompresorów. Prawdziwy The Bad Plus– czyli taki, jakiego świat kocha i pragnie słuchać wraca w drugim utworze „French Horns”: mechaniczne repetycje, melodyjne frazy, zagrywki frywolne graniczące z żartem w szkole muzycznej i to w pierwszych jej klasach. „Complex Emotions” jest dla mnie płytą – walką, albumum – zmaganiem. Jazzowi giganci z Minneapolis postanawiają definitywnie bowiem zmienić jak wąż skórę, nie tracąc starych fanów, bo przecież robią w szołbizie. Balansują więc, raz bogu świeczka, dwa diabłu ogarek. Raz wróbel w garści, dwa gołąb na dachu. Jedzą ciastko i mają ciastko. Bo było ich pierwotnie trzech, ale od 2021 i także na „Complex Emotions” jest czterech. Obecność gitarzysty Bena Mondera wprowadza nowe tropy muzyczne, ich granie traci charakterystyczną rytmiczność, na rzecz pasaży. Jeszcze wprawdzie nie robi się onirycznie, jeszcze The Bad Plus nie udają się w jazz-ambientową toń (lub mieliznę – jak kto woli), ale stary zespół czuć w ledwie kilku odsłonach np. „Cupcakes One” czy świetnym, niemal rockowym, ale przez to oczywistym badplusowym „Deep Water Sharks”. W innych jest inaczej: w zwolnionym „Casa Ben” saksofon wpada w pieśń, jak nietrzeźwy wij. W cudnym i zarazem cudacznym „Carrier” robi się raczej nostalgicznie, przy czym z nostalgią zespołu wydaje się kompletnie nie zgadzać się Dave King na perkusji – posłuchajcie uważnie, jak genialnie prowadzi zespół w tym kawałku. Tam właśnie słychać, jak grają mistrzowie. Ale starzy fani muszą przygotować się na prawdziwy wstrząs wieńczący dzieło. Oto „LiPo”, które zaczyna się dziwacznie, rodem z japońskiego darkambientu. Zapewniam, że dopiero po dłuższej chwili zdadzą sobie sprawę, że słuchają płyty z CD, więc nie jest to inny zespół dołączony do ścieżki po skończeniu płyty The Bad Plus przez algorytm strimingu. Co to jest? Astrukturalny, pastelowy, improwizowany utwór z perkusją w roli okalającego go muru, gitarą tworzącą mglisty horyzont, saksofonowem snującym gawędę w tajemnym języku. A im dalej, drogi słuchaczu, tym dziwniej! Bagno, skały, duchy, zapadliska, ciemności – oto klimat tego utworu. W sumie więc czy to wszystko Bad, czy wyszło jednak na Plus? Sami oceńcie. Wojciech Markiewicz – jak twierdził - po śmierci trafił do miejsca wypełnionego… muzykami jazzowymi. Przywitał go młody Sun Ra śmiejąc się do rozpuku z miny przybysza i wrzeszcząc bez przerwy „ A nie mówiłem, człowieku nie mówiłem? Przecież mówiłem, cały czas mówiłem” . Dalej, za niebiańską bramą w kształcie dwóch złączonych klarnetów kiczowatych jak w „Dynastii” było jeszcze dziwniej. Wszędzie, przy równoległych ulicach działały kluby muzyczne, gdzie za bileterów, wykidajły i sprzątaczy robili zmarli muzycy popowi i rockowi. Markiewicz widział jak Jim Morrison zmywał mopem podłogę klubu Hanka Mobleya , a w knajpie Johna Coltrane’a toalety szorował Michael Jackson z przyklejonym nosem . Markiewicz był ciepło przyjęty przez każdego jazzmana, jakiego napotkał, wszyscy się doń uśmiechali, zapraszali do siebie, obiecywali darmowe drinki i wspaniałą muzykę przez całą wieczność. A grali w tych zatłoczonych knajpach najlepsi, lepsi i gorsi – słowem do wyboru i koloru wszyscy muzycy jazzowi. Było w czym wybierać. Markewicz twierdził, że „nie miał potrzeby zwiedzania tego świata, ale jednocześnie miał pełną świadomość jego wrzechistnienia i ogromu”. Markiewiczem zajął się genialny trębacz i były heroinista Lee Morgan, postawił setkę, uspokoił, ugłaskał, ukołysał, powiedział, że wszyscy, którzy tu trafiają są po prostu w szoku, ponieważ za życia nikt ich nie przygotowuje na taki, wieńczący dzieło, wieczny koniec. Cierpią zwłaszcza ci, którzy nie znoszą jazzu, bo to dla nich oznacza raczej piekło. A od jazzu nie da się tam uciec: brzmi wszędzie, dudni zawsze, przez cały czas: bebop, nujazz, free i tak dalej. Krótko mówiąc niebo to wielki klub jazzowy. Co ciekawe: Markiewicz wszystko rozumiał, bo postacie mówiły po polsku, ale usta układały do słów angielskich. Wyglądało to cudacznie, jakby oglądał film z polskim dubbingiem. To i wiele innych rewelacji znalazło się w publicznej wersji opowieści Markiewicza, która uznana zostałaby jako sen wariata, gdyby nie osoba bohatera. Wojciech Markiewicz był znany jako stąpający twardo po ziemi realista, reporter trzymający się starych zasad obiektywizmu relacji dążącej do prawdy. Człowiek, który fakty stawiał zawsze ponad społeczne potrzeby. Na tym opiera się nasza konsternacja i nasza ciekawość. Dlatego chcieliśmy skonfrontować się z bezpośrednio opowiedzianą historią przez bohatera. Powiemy to bez ogródek: ten człowiek nigdy publicznie nie skłamał, zawsze trzymał się twardych zasad. Dlaczego więc teraz, po śmierci klinicznej miałby zmyślać? Spytaliśmy o to kilku znanych lekarza psychiatrów i neurochirurgów, ale uzyskaliśmy od nich odpowiedzi, które mogliśmy sami znaleźć w Googlach. Więc ich nie zacytujemy. A Markiewicza tak. Wolfgang Haffner "Life Rhytm" Skoro o sprawach niebieskich mowa, pochylmy się na moment nad jeszcze jedną, aktualną, wydaną tej jesieni płytą jednego z bogów współczesnego jazzu; perkusisty Wolfganga Haffnera. Podkreślam zawsze, że najbardziej lubię płyty liderów grających na perkusji i wibrafonie: poddane są dyscyplinie tworzącej czytelne struktury muzyczne, wszystko tam „chodzi jak w zegarku” a podział między elementami skomponowanymi, a improwizacjami zaznaczony jest zazwyczaj grubą, niemal „Mazowiecką”, kreską (ach, któż dziś zrozumie ten cudzysłów i dużą, nieuprawnioną, literę?). Oddajmy głos liderowi: Ciągle myślę o tym, jak poprowadzić zespół perkusją w sposób, który wprawdzie przydziela temu instrumentowi rolę centralną, ale który służy bardziej kształtowaniu muzyki niż prezentowaniu wirtuozerii — mówi Wolfgang Haffner To jest bardzo udany materiał, po który radzę sięgnąć zwłaszcza osobom bojącym się (nie wiedzieć dlaczego) słuchania jazzu. Wpadniecie od razu w objęcia ładnych lecz nie banalnych melodii, bo już pierwszy, tytułowy utwór ma swoją optymistyczną osnowę i brzmi jakby Haffner spotkał Pata Mathen’ego. W kolejnym ,„Balance” wciąż jest pogodnie, a warto cierpliwie doczekać do wyjątkowej urody popisu trębacza Sebastiana Studnitzkiego – zresztą namawiam tych zalęknionych jazzem do wsłuchania się w projekty tego ostatniego, są doskonałym połączeniem nowoczesnego jazzu z piosenkami do grania w radio. Ale wróćmy do najnowszej płyty Haffnera, który nie boi się „ładnego jazzu”. Co to znaczy? W mojej nomenklaturze nie lęka się tworzyć muzyki w zielonym meloniku, aczkolwiek oddaje się wirtuozerii i pogodzie ducha – na tej płycie słychać to według mnie wyraźnie. „Joy po Life” to naprawdę „Radość z życia”, „Open Land” jest wspaniałą kompozycją z rockowym pazurem i cudnie przewodzącą perkusją, w „Silence and Sound” znajdziecie piękną, skandynawską, mroźną zimę harmonizowaną fortepianem. „Home” zaś jest jazzem w kapciach – dokładnie tak zapewne widzi własny dom lider: spokój, powolność, luz. Są trzy kompozycje odstające od reszty: niezbyt pasujący do zestawu, obleczony arabskim klimatem „Desert move”, doskonale klimatyczny, nieco nerwowy, intrygujący utwór o nazwie „Supernova” oraz nie wiedzieć po co wyznaczony na singiel „Eternity”, który jest jedynym smutnym, nostalgicznym akcentem tej magicznej płyty. Bogowie jazzu mają się jak widać dobrze. Markiewicz w końcu się ugiął i zgodził na spotkanie, stawiając nam rozliczne ograniczenia, na które przystaliśmy, bo ponad wszystko byliśmy jego symbolicznymi uczniami, chcieliśmy stanąć w prawdzie. Przyjął naszą ekipę w przytulnym, zadbanym mieszkaniu, w którym przedstawił nam swą obecną partnerkę i kota o imieniu Hades. Opowiedział tam całą historię – jak sam powiedział - zejścia klinicznego głosem nieco drżącym z nerwów, popijając zieloną herbatę, dłońmi kreśląc okręgi lub inne wymyślne figury uplastyczniające opisy. Swą opowieść zaczął: Popełniacie błąd, ponieważ każdy ma prawo do swojego Edenu. Wiem jednak, gdzie byłem i pamiętam co czułem. To nie jest sen wariata. Pamiętam to dobrze, spytałem Hanka: a gdzie jest Bóg? Hank powiódł ręką z papierosem i powiada: nie widzisz? Przecież jest wszędzie. Bogiem jest jazz, człowieku.
- Jazzda Enzo Carniel, czyli nasze wewnętrzne techno
Kim do cholery jest Enzo Carniel? Takie pytanie zadawałem sobie na autostradzie A1 gnając popędzany żądzą zysku z punktu A do punktu B, gdy moje merkantylne plany zniweczył, podeptał, zniszczył rzeczony. Wystarczyło kilkanaście sekund, kilkanaście taktów, żebym zapomniał celu swej podróży, odobowiązkował wszystkie obowiązki. Enzo Carniel jak nietrzeźwa, zbuntowana asystentka wydarł wszystkie najbliższe kartki z mojego planera, odwołał wszystkie spotkania . Pędziłem przekraczając swoje własne ograniczenia prędkości i słuchałem, słuchałem, słuchałem zadając sobie pytanie: kim do ciężkiego diabła jest Enzo Carniel? Komu sprzedał duszę za tyle talentu i takie dźwięki? Nieee, nie mówicie mi że zwykły śmiertelnik od tak, wstaje rano, siada do pianina i komponuje tak dobrą muzykę. Nie wierzę. Spocony zatrzymałem się na MOP. Smartfon dzwonił jak szalony – to wołały obowiązki. Każdy dźwięk groził: zerwiemy kontrakt, bankructwo, puścimy z torbami, czeka się śmierć głodowa i codzienne wizyty komornicze. Miałem to w dupie, bo z głośników płynęła jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem, wykraczająca poza mój ukochany jazz, a jednocześnie zanurzona w nim pod koniuszki palców. Laptop miał resztkę energii w baterii, oznajmiał, że mam kilka minut zanim wyłączy definitywnie zasilanie. Kląłem więc siarczyście wzbudzając niezasłużony strach w rodzince śniadającej na parkingu podczas podróży i jednocześnie zadając kolejne pytania AI Claude o autora tej szalonej muzyki. Mam! Enzo Carniel, pianista, urodzony w 87, a więc niemłody. W House of Echo dąży do stworzenia „pejzaży dźwiękowych o silnej, onirycznej mocy, pomiędzy melodyczną abstrakcją a aluzyjnym rytmem” i chce „pozwolić, aby muzyka była konstruowana poprzez improwizację”. Ma za sobą konserwatoria w Marsylii i Paryżu (!) Grywa w kwintecie Grzegorza Włodarczyka, ale House of Echo to jego główny silnik. Napędzają go wraz Enzo z Marc Antoine Perrio (gitara, elektronika, sound design), Simon Tailleu (kontrabas), Ariel Tessier (perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika). W głośnikach bez przerwy „Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”, a ja znów gnam dwupasmową szosą, bo to jest nowoczesna muzyka drogi. Szybkie tempa, zmiany rytmu, szalone zwroty, wszędzie duszno od elektroniki, chociaż wszystkim rządzi fortepian – dyktator. Wygrywa niezliczone pasaże, wkręca je w mój mózg. Z płyty kapie jazzowe techno, choć pod jej koniec w utworach „In” i „Beyond Cyborgs. We are” przeradza się w wolniejszy, rasowy, europejski jazz. Jazzowi towarzyszą wszelkie możliwe elektroniczne uzupełniacze, tło jak z filmu science – fiction. Wkraczają też elektroniczne modulacje dźwięków - są brudne, szorstkie, chropowate, nieposłuszne, zbuntowane. Cała płyta to jeden wielki cyber jazz punk, a w „Furtfis” ten gniew aż wybucha, kipi, przelewa się. W „(t)ECH(n)O inside Us” atakuje uszy perkusją, jak nadciągająca husaria, a trip hop w akustycznym wydaniu tego kawałka nakazuje skręcić w bok i zdjąć nogę z gazu, bo sam utwór przekracza barierę rozsądku i dźwięku. Ach! Posłuchajcie jak pierwszy na płycie „Clouds” wibruje, rozpędza się, łączy się jak narkotyk z krwiobiegiem. Nie sposób się odłączyć, nie chce mi się uciekać, chcę, żeby to mną zawładnęło. Po raz pierwszy w życiu podoba mi się hip-hopowa melorecytacja w jazzowych gaciach – to Sameer Ahmad i Gaston Bandimic robią z „Rituel Hybridation” genialny mix obu gatunków. Nie wiem, w jakim mieście jestem. Zatrzymuje auto na parkingu parku handlowego. Wchodzę do sklepu z elektroniką, kupuję dobre słuchawki. Smartfon wariuje, klienci i kontrahenci się dobijają, pozawalałem co się dało, wszyscy czegoś chcą. Mam to gdzieś, usuwam każdy jeden zawodowy kontakt, blokuję co chwila kolejne połączenie. Wyrzucam kluczyki od auta do śmietnika, uprzednio zabierając z bagażnika kilka podstawowych rzeczy. Zapinam kurtkę, zakładam mały plecak z laptopem, włączam znów genialne "Wallsdown II. Beyond Cyborgs, tECHnO inside Us”, nakładam słuchawki i ruszam przed siebie. Dokąd idę? Dokądkolwiek. Bywajcie.











