top of page

Znaleziono 164 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • João Lencastre to piguła jazzowej radości

    João Lencastre “Free Celebration” Ten facet grał już wszystko, każdy rodzaj muzyki. Walił w bęben w zespołach punkowych, popowych, etnicznych i folklorystycznych. Dudnił thrash i death metal, free i niefri jazz. Wszystko bębnił. Od 13 roku życia wybębnił sobie konsekwentnie miejsce wśród najlepszych bębniarzy globu - a bez urazy - młodzieniaszkiem bębniącym to już nie jest. Ergo: mamy do czynienia z zasłużonym portugalskim księciem dwóch pałeczek i werbla, który tarabani od 20 lat. Płyta, którą ledwo zauważyłem w tym oceanie muzyki, którym jest obecny przemysł wytwórczy muzyki improwizowanej, a zatem płyta omawiana jest wielce wyjątkowa w dorobku artysty. Zazwyczaj bowiem gra własne oraz kolektywnie improwizowane czyli wymyślone na poczekaniu utwory. Na “Free Celebration” w zasadzie zaś nie ma jego kawałków. A co jest? Same kawery. Czyichże utworów tu nie ma? Owoż nie ma pieśni wielu jazzmanów, ale za to są genialne, free jazzowe interpretacje Herbiego Nicholsa, Ornette Colemana oraz Theloniousa Monka. Ktoś powie: a zatem facet się skończył, bo granie klasyki to cecha słabych i zgranych. A ja mu odpowiem wtedy: gówno prawda i każę mu zejść z mych modrych oczu. Tymczasem wracając do płyty: duch swobodnego grania uniesie się nad wami od razu, od wciśnięcia czy tapnięcia play. Poczujecie jego niespokojną obecność natychmiast, lecz nie lękajcie się. Może sprawia to repertuar,  składający się na takie swoiste “the best of”, może jednak prozaiczna dla muzyków, a nieosiągalna dla takich jak ja żuczków radość ze współtworzenia na żywo płynnych i zmieniających się struktur brzmieniowych, nad którymi muzyk ma władzę - niemniej to coś sprawiło, że jest to jeden z najlepszych albumów ubiegłego roku.  Słuchanie wariacji na temat znanych i wytartych jak stare jeansy kawałków, uciekanie we free jazz przed pogonią swingujących schlagwortów, wodotryski poszczególnych muzyków - na “Free Celebration” jest wszystko i do tego dwa razy więcej. W ornettowym “Giggin” muzycy jakby robili sobie jaja ze słuchacza - wiszą na swingu, kroczą jego rytmem, ale z drugiej strony opływają ten rytm tak, że pan Stańko mógłby nawet pokiwać z uznaniem głową. A nuże posłuchajcie “Congenially”! To jest wszakoż podróż w czasie. A tymczasem to nie kawer. Zaczyna się swingiem, kończy zaś kompletnie, absurdalnym jazzowym szaleństwem bez struktury, lotem w dół z niewyobrażalnym przyspieszeniem. Genialne. “Free Celebration” jest taką pigułą jazzowej radości jakiej dawno nie słuchałem. Nie wahajcie się by jej zażyć. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Ambroży Jeremiasz i Jędruś grają jazz

    Niezły początek roku! Poczytajcie o płytach trzech wykonawców: Jeremy Pelt Andrés Vial Percussion Ensemble Ambrose Akinmusire (Uwaga: kolejne płyty są pod wtyczkami z muzyką) Jeremy Pelt "WOVEN" Highnote Co tam nowego utkał Jeremy Pelt ? Płytę rozpoczynają moje dwa ulubione instrumenty: trąbka i wibrafon. Ale to dopiero jest prolog. Pelt bardzo nieśmiało zaprasza w swoje progi. Gra spokojnie, moduluje dźwięk, nieznacznie gniecie go elektroniką, a tym czasie wibrafon wali swoje pędzące ostinato. A, ja zza węgła potem wchodzi… zmodulowany elektronicznie głos, więc na kilka chwil robi się nieco glam disco toteż szukałem wzrokiem wielkiej szklanej kuli u powały mej wyobraźni, alem powały nie dostrzegł, bo wyobraźnię mam tak duże jak ego, zaś ego moje jest w zasadzie bez granic. Kolejny utwór „Rhapsody” tak ładnie się rozwija niczym krokus na śniegu, kolejno pojawiają się kolejne głosy, po chwili jest już wibrafon, aż dogania go gitara - w końcu bum, bęc! Są wszyscy członkowie trupy Jeremy Pelta. I wtedy zaczyna się jazz jaki kocham. Taki z ostrym rytmem, od razu stawiający kroki zamaszyste, w pełnym garniturze, po Marszałkowskiej, dla szpanu i poklasku! Oj, bardzo elegancka, bardzo nowojorska jest ta najnowsza płyta Jeremiego Pelta. Wystarczy spojrzeć na okładkę, z której w dal spogląda lider - hipster, wyglądający prawie jak onegdaj Monk. W sumie to dopiero w trzecim utworze z płyty, „Afrofuturism”, zaczyna się Pelt w stylu, jaki znam i uwielbiam, boć to niemal geniusz, człowiek osadzony jak linia Gustawa w jazzowej tradycji, trębacz, nie umykający przed elektroniką kompozytor, no i producent pełną gębą. Jego muzyka kojarzy mi się z najczęściej przywoływanymi czasami jazzu z lat 60. choć to Pelt tworzy po swojemu. Jednak oto dowód: „13/14” - kawałek, który mógłby być ścieżką dźwiękową do dokumentalnego filmu o bebopie – wibrafon Jelena Bakera czyni tu wprost cuda i wraz genialnie prowadzoną perkusją tworzą szerokie pole dla lidera, który dzięki tym dwóm kompanom może sobie wejść w utwór z z impetem, jak Lemoniadowy Joe przez wahadłowe drzwi do saloonu na czeskim Dzikim Zachodzie. Z kolei tenże perkusista, a jest nim niezwykle utalentowany Jared Spears   pokazuje za chwil kilka wielką klasę w utworze „Dreamcatcher – jest to moim zdaniem najciekawsza kompozycja na tym albumie. Dużo w niej przestrzeni i ładnie topi się w jej tle elektronika. Świat modulowanej trąbki, ambientjazzowych klimatów, gitary grającej jak zacięta płyta oraz elektroniki wkręcającej się w mózg jest w pełni obecny w ponad 9-minutowej, świetnej kompozycji „Invention #2 / Black Conscience”. Jelen Baker pokazał na wielu płytach co potrafi, a najsilniej chyba na własnej pod tytułem „Be still” z 2023. Z kolei puls Jareda Spearsa bliski jest estetyce progrockowej, gra z rozmachem, nie daje wytchnienia. Ci dwaj muzycy, plus rzecz jasna lider - to najmocniejsze atuty tej eleganckiej płyty. Czas na anegdotkę końcową z życia trębacza. Ludzie nie lubią przypadków i przypadkowości. Wolą mieć wszystko symetrycznie poukładane i poplanowane. Jeremy Pelt jest tymczasem najlepszym dowodem na to, że przypadek może sprawić całemu światu radość. Oto ongiś uczeń liceum Pelt, młody człowiek z doskonałą frekwencją nie przyszedł do szkoły tylko tego jedynego dnia, kiedy uczniowie wybierali instrumenty, na których będą się uczyć grać. I Peltowi, w dniu kolejnym, zostały do wyboru tylko trąbka i klarnet. To ważny moment. Oddajmy mu głos. Jeremiasz Pelt wspomina: „ Wszedłem do sali. Popatrzyłem na trąbkę. Miała trzy klawisze. Spojrzałem na klarnet. On miał za to bardzo dużo klawiszy. Pomyślałem „Nie będę na tym grał, wezmę trąbkę...”. Panie i Panowie, oraz jaśniepańskie osoby niebinarne: oto wspaniały trębacz z przypadku z ostatnią płytą pt. „Woven”.   HOP DO NASTEPNEJ RECENZJI W TEKSĆIE Andrés Vial Percussion Ensemble "SPIRIT TAKES FORM" Choć Kanadyjczyk o niekanadyjskim nazwisku Andrés Vial jest multinstrumentalistą, na tej płycie gra jedynie na fortepianie. Ale za to jak! Albo tworzy gęstą otulinę dla reszty ("City of Saints"), albo buduje melodyczny temat zostawiając miejsce na popis innym, np. niesamowitemu Jo Chambersowi na wibrafonie, albo pogania cały zespół w szybciutkim, lecz wcale niekrótkim "Dance Kobina". Fajnie też komponuje. Dajmy na to "Cascadas" jest czytelnym tabloidem jazzowym, a główny temat aż prosi się o właśnie taki, a nie inny tytuł. Melodyjnym "Concentric" Vial zerka z kolei w kierunku jazzu europejskiego z domieszką modnego dekadę temu etno, choć wielu i dziś chciałoby popląsać jak przy chorobie świętego druida (ależ wiem, wiem, że ta choroba nazywała się inaczej). Utworek "Zal" czaruje słuchacza, a Vial ze swoimi kumplami wykraczają poza gatunek, gdyż w mojej ocenie "Zal" jest doskonałym tematem rockowym - tyle, że tutaj uparcie jest grany na jazzowy sposób, to właśnie on buja jednak najsilniej na całej płycie. Chciałbym posłuchać tego utworu w wykonaniu staruszków z Rolling Stones, a spośród słynnych jazzmanów w wykonaniu wielkiego Herbiego. bardzo dobra kompozycja! I to jest najlepszy moment, aby też pochwalić Viala za odwagę łączenia muzyki o jasnych jazzowych konotacjach z instrumentami spoza tej tradycji, albo wykorzystywanymi bardzo rzadko do jazzowego grania. Wprawdzie do dźwięku kalimby już chybażeśmy przywykli, ale do brzmienia balafonu, tamy czy dununu obsługiwanych na tej płycie wybitnie przez Mamadou Koita już raczej nie. I zaprawdę powiadam wam, jest to jeden z wielu powodów, aby w tym albumie się zasłuchać. Grupa muzyków występujących na sesjach do "Spirits takes form" jest duża, choć trzon oprócz wspomnianych Viala i Chambersa tworzą Ira Coleman na kontrabasie i Tommy Crane na perkusji. To słychać. Brzmienie jest dzięki temu szerokie, zamaszyste, a momentami niemal podniosłe. Vial skomponował utwory melodyjne z wyraźnie nakreśloną strukturą, z rzadka zbudowane na pełnej improwizacji. Tych jednak na koncertach zapewnie nie zabraknie, zwłaszcza, że kanadyjski lider jest doskonałym pianistą. Jest tylko jeden kłopot. Najwyraźniej jego zespół rzadko koncertuje poza Ameryką Północną. Nie pozostaje jednak mieć nadzieję i wracać jak najczęściej do tej bardzo ciekawej płyty. HOP DO TRZECIEJ RECENZJI W TEKŚCIE Ambrose Akinmusire "honey from a winter stone" Skoro styczeń nie obsyp ał nas śniegiem, więc przemysł muzyki jazzowej zasypał nas kolejnymi ciekawymi płytami. Jedną z nich nagrał ulubieniec krytyków oraz muzyków, facet o skomplikowanym imieniu i jeszcze bardziej pokręconym nazwisku: Ambrose Akinmusire. Wielkie peany napisano na jego temat. Amerykański trębacz, kompozytor, uznawany za jednego z najbardziej innowacyjnych muzyków jazzowych swojego pokolenia. Gość wyjątkowo fajnie umie łączyć w muzyce jazzową tradycję, elementy muzyki klasycznej, hip-hop i inne nowoczesne gatunki. Urodził się w Oakland w Kalifornii w 1982 roku. Już od najmłodszych lat wykazywał talent muzyczny. Swoją edukację rozpoczął na University of Southern California, a następnie kontynuował ją na Manhattan School of Music. Ma na koncie kilka albumów – jako się rzekło – podobających się i krytykom i publice. Trzykrotnie otarł się o Grammy, już witał się z gąską, ale ktoś tam mu zawsze tę nagrodę świsnął. Nie wiem czy Ambroży dba o nagrody. Kiedy słucham jego muzyki mam wrażenie, że nie. Ano właśnie. Gdy włączałem pierwszy raz „honey from a winter stone” spodziewałem się dłuuuugich wstępów, zagrywek jedynych w swoim rodzaju, rozwleczonych dźwięków i tych charakterystycznych dziwacznych smyczków, które grają pięknie sobie a muzom, co w jazzie wcale nie musi być wadą, a i są tacy, którzy wielce sobie takie granie chwalą, wśród nich i ja. I... To wszystko jest. Znów jest. Ambroży serwuje nam znów niełatwą pigułę. Ba! To jest mega pastylka! Paradoksalnie wcale nie ma tu żadnego jazgotu czy nad wyraz pokręconego udziwnionego eksperymentu. To przemyślany album muzyka, który (no właśnie, no właśnie) ma gdzieś co sądzi o nim taki koleś jak ja. Chociaż w sumie to też jest niejednoznaczne, bo słuchając ostatniej płyty mistera Aknimusire nie ma się wątpliwości, że facet gra tak, jak chce, bez względu na wszystkich i wszystko, a jednak diamentowo i perliście obce mu jest rzucanie słuchaczowi jakichkolwiek wyzwań. To nie jest płyta z grymasem nonszalancji: słuchajcie lub pocałujcie mnie w dupę.   Ta płyta jest raczej z zaproszeniem: dobry człowieku namawiam, posłuchaj uważnie, skup się, a jak cię wciągnie to szybciutko, jak kokaina. Ambroży diluje nam długi, ponad godzinny album, podzielony na pięć utworów. Już pierwszy pokazuje ciężar emocjonalny płyty - nosi tytuł “stłumiony krzyk” ale ten krzyk wcale stłumiony nie jest. To jest utwór wrzask - napięty jak struna jeszcze nie wytworzonego fortepianu Leszka Możdżera, płynący z wyrzutem w niebiosa. W innych utworach znów, jak na poprzednich albumach - pojawiają się długie rozdziały dla sekcji smyczkowej pięknie rozwijające się jak kwiaty o brzasku przy bezchmurnym niebie np. Owled. To muzyka kapryśna i wymagająca - zmuszająca do skupienia, zwolnienia rytmu życia, refleksji. Ostatni kawałek “s-/Kinfolks” trwa niemal pół godziny - wszakoż wiele świetnych ubiegłorocznych płyt zmieściło się w tym czasie w całości, a Ambroży serwuje nam oniryczny, nastrojowo dryfujący lot w nieznane ale to w sumie to ledwie jeden utwór. A jak gra na płycie Ambroży? Obłędnie. Nie stara się zapchać przestrzeni muzycznej trąbką, ponieważ potrafi dokładnie to, czego nie umieją inni i może jest tak, że tego czegoś nie da się nauczyć? Nie wiem. Nie gram na trąbce. Ale wiem, że kiedy Ambroży na płycie “”honey from a winter stone” za każdym przystawiał do ust trąbkę wiedział dokładnie co i jak chce zagrać i zagarniał moją uwagę w stu procentach. Genialna płyta. Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wszystkie pieniądze z wpłat przeznaczam na muzykę, którą potem recenzuję dla Was. Śmiało. Pomożesz mi. Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Koncertowa Jazzda Jachna/Mazurkiewicz/Buhl

    Pamiętacie “Solaris” Stanisława Lema? Głównym bohaterem jest tam ocean na pewnej odległej planecie - żywy, jak się okazało wielce rozumny, nieskończony, bezszktałtny i bezforemny organizm, który pierwotnie bada grupa astronautów - naukowców, lecz z czasem, z każdą kolejną stroną powieści, okazuje się, że to raczej oni są obiektem badań tegoż. Dokładnie taka jest fenomenalna muzyka mojego ulubionego tria Jachna/Mazurkiewicz/Buhl, konsekwentnie eksploatującego najciekawszy według mnie obszar jazzu, nieszczęśliwie dość nazywany free. Muzyka, którą po raz trzeci w życiu mogłem usłyszeć na żywo, tym razem w klubie “Ignorantka” w Łodzi, który choć zorganizował 400 koncertów jazzowych za pięć miesięcy kończy działalność - ale to zupełnie inna opowieść, do której m.in . sam się przyłożyłem, nie odwiedzając tego miejsca - ze wstydem muszę to przyznać. Od lewej Jacek Mazurkiewicz, Wojciech Jachna, Jacek Buhl, Andrzej Andrzejewski, Robert Kozubal Jazzda.net Osobiście i subiektywnie dla mnie było to wielkie wydarzenie. Jak wielkie? Posłużę się porównaniem mam nadzieję wystarczająco obrazowym dla większości: gdybym więc miał do wyboru koncert U2, Metallicy, Muse czy tam Colplaya razem wziętych i grających dla mnie i tylko dla mnie versus koncert tria Jachna/Mazurkiewicz/Buhl spędzony w maleńkiej, zatłoczonej sali, z podkurczonymi nogami, na twardym krzesełku lub stojąc w ścisku - bez wahania wybrałbym ten drugi. Dlaczego? W największym skrócie: muzyczny świat tych trzech muzyków rezonuje ze mną w 100 procentach. Podziwiam ich, gdy grają razem i osobno oraz w niezliczonych formacjach. Tylko siwy włos i kindersztuba dzieli mnie ogłoszenia się ich psychofanem. Jak widzicie nie silę się nawet na recenzencki obiektywizm. Trio po raz koleiny zaprosiło łódzkich słuchaczy w podróż - i jest to słowo - klucz do mojej adoracji tych muzyków. Ich koncert to bowiem zawsze żyjąca, pulsująca, powstająca “tu i teraz”, tworząca się “in statu nascendi”, na oczach uczestników koncertu muzyka: z umowną strukturą, jedynie z fundamentem, na którym muzycy wspólnie i osobno stawiają swoje dźwiękowe budowle. A jakie one są te budowle? Uciekają przed szyldami. Niektóre wciągają rytmicznymi, dynamicznymi zagrywkami, inne zaś wirują powoli jak dym z papierosa w niewietrzonym pomieszczeniu. Wszystkie rodzą się i znikają na żywo. Jachna/Mazurkiewicz/Buhl koncert Igorantka Łodź 24.01.2025 fot. Robert Kozubal Nie da się niestety tego opisać w żaden sposób nie popadając w pustosłowie, ponieważ muzyka tria jest zawsze jedyna w swoim rodzaju, zawsze niepowtarzalna w sensie dosłownym - jest po prostu taka, a nie inna, jest taka właśnie zawsze tu i teraz i nigdy później nie zabrzmi tak samo. Proste? Nie dla tych, którzy przyzwyczajeni są do banalnej powtarzalności piosenkowej: zwrotka-refren-zwrotka. Za każdy razem widzowie i słuchacze idąc na koncert Jachna/Mazurkiewicz/Buhl  biorą udział w podniosłym akcie artystycznym, a nie kotlecie ogrywanym po to, aby pomruczeć pod nosem słowa refrenu. Wojciech Jachna na trąbce, która osnuwa wszystko i jest pierwszoplanowym instrumentem (oni zapewne z tym się nie zgodzą) wyczuwa pulsowanie sekcji w sposób wykraczający poza empiryczne rozumowanie, był więc raz subtelny, aby za chwilę, gdy trzeba, atakować mocno świat swymi dźwiękami. Jacek Buhl jest mistrzem minimalistycznego grania na perkusji i perkusjonaliach - znów wyprawiał swoje szaleństwa:  szurał, pukał, muskał talerze, gniótł tajemnicze artefakty - słowem kierował uwagę na rytm. Kontrabasista Jacek Mazurkiewicz raz rozpędzał, a raz hamował całą grupą - miałem wrażenie, że jest połączony niewidzialnymi nićmi z resztą kapeli i w subtelny sposób się z nimi komunikuje. On także włada elektronicznym tłem muzycznym tria - mamy więc do czynienia z kolejnym świetnym zespołem jazzowym, który ją wplótł w twórczość. A koncert? Genialny.  Odrealnił mnie do tego stopnia, że nie zauważyłem upływu czasu. Po prostu nie wiedziałem, jak i kiedy dobiliśmy do końca.  Zorientowałem się, gdy widzowie maleńkiej i wypełnionej nimi salki piwnicznej “Ignorantki” zmusili trio do bisu, choć jak słusznie podkreślił Wojciech Jachna - na koncertach improwizowanych bisów raczej się nie wykonuje. Ten ostatni, bardzo pasażujący, jesienny, muzycznie pływający, dość wolny utwór zadedykowali muzykowi Markowi Kądzieli. Koniec. Jak zawsze po ich koncercie czułem, jakbym nieźle “odleciał” mimo, że nic pod językiem poza suchością nie było, dobre kilkanaście minut minęło zanim się pozbierałem, bo musiałem wrócić “stamtąd”, gdzie mnie zawsze panowie zabierają. Dyskografia tria, choć stosunkowo krótka, jest niezwykle treściwa. Po debiutanckim albumie „Dźwięki ukryte” (Instant Classic, 2016) i „God's Body” (Audio Cave, 2018), zespół powrócił z nowym materiałem, którego kulminacją jest album „[…]” (Audio Cave, 2023). Ten ostatni krążek jest ich najbardziej dojrzałym i eksperymentalnym dziełem, mam wrażenie, że stanowi kwintesencję ich poszukiwań. Na wspaniałe brzmienie tria składają się dziesiątki, setki wątków. Spróbuję je opisać:  Po pierwsze duet Przed powstaniem tria Jachna/Mazurkiewicz/Buhl, Wojciech Jachna i Jacek Buhl tworzyli doskonały duet. Ta współpraca, zakorzeniona w bydgoskim środowisku artystycznym, eksplorowała szerokie spektrum brzmień,od improwizowanego jazzu po eksperymentalną elektronikę. Duet Jachna/Buhl wydał cztery utrzymane w tym samym eksperymentalnym tonie albumy, każdy z nich stanowiący odrębną opowieść: "Panjabu" (2009):  Debiutancki album duetu, wydany w 2009 roku, jest intrygującą mieszanką jazzowej improwizacji i etnicznych wpływów. Tytuł, nawiązujący do indyjskiego regionu Pendżab, sugeruje poszukiwania w obszarze muzyki świata, co słychać w specyficznej melodyce i rytmice utworów.  "Niedokończone książki" (2011): , to krok w stronę bardziej eksperymentalnych brzmień. Tytuł, jak i sama muzyka, sugerują fragmentaryczność i otwartą formę, charakterystyczną dla improwizacji. Album ten ukazuje ich rosnącą swobodę w operowaniu dźwiękiem i poszukiwanie nowych, nieoczywistych rozwiązań. "Atropina" (2013):  Jachna/Buhl eksplorowali mroczniejsze i psychodeliczne rejony dźwiękowe. Tytuł, nawiązujący do silnie działającej substancji, oddaje charakter muzyki, która jest intensywna, hipnotyczna i pełna napięcia.Panowie pokazali nieprawdopodobną wręcz zdolność do tworzenia gęstych, immersyjnych pejzaży dźwiękowych. Do duetu dołączył  Jacek Mazurkiewicz , którego droga muzyczna jest także frapująca. Powiada o sobie w jednym z wywiadów (strona Teatru Rozrywki ): „ Kontrabasista, kompozytor, dźwiękowy chuligan. (…) Inspirują mnie ludzie, sytuacje, miejsca, kolory, zapachy i inne rzeczy związane z moim życiem. Mnóstwo melodii i struktur muzycznych przechodzi w moim umyśle dość szybko... Niektóre utwory inspirowane są dźwiękami miasta; inne są związane z miejscami i ludźmi.” Gość grał i gra w dziesiątkach przeróżnych składów między innymi z saksofonistą Mikołajem Trzaską („Nightly Forester”, 2016) i trębaczem Tomaszem Dąbrowskim („Basement Music”, 2018), altowiolistą Patrykiem Zakrockim w Gabinecie Ucha Wewnętrznego czy legendą polskiej muzyki improwizowanej, trębaczem Andrzejem Przybielskim, saksofonistą Robem Brownem, wiolonczelistą Danielem Levinem, gitarzystą Normanem Westbergiem. Tworzy własne składy: 3FONIA, Modular String Trio. Jest tego całe mnóstwo! A wszakoż nie można pominąć drogi muzycznej Wojciecha Jachny, oto długie jak Wisła “kopiuj wklej” z jego strony internetowej: grał z Andrzejem Przybielskim, a także Grantem C. Westonem, DJ Strangefruitem, Irkiem Wojtczakiem, Braćmi Oleś, Dominikiem Strycharskim, Barbarą Drążkowską, Kubą Ziołkiem, Maciejem Stanieckim, Jacaszkiem, Markiem Kądzielą, Grzegorzem Nadolnym, Tomaszem Glazikiem, Rafałem Gorzyckim, Tomaszem Pawlickim, Rafałem Kołackim,Tomkiem Gadeckim, Marcinem Dymiterem, Anną Zielińską, Ksawerym Wójcińskim, Jackiem Mazurkiewiczem, Pawłem Szpurą, Arturem Maćkowiakiem, Rafałem Iwańskim,czy Zbigniewem Chojnackim. Większości z Was niewiele to mówi. Mnie zaś wystarczy, że współtworzył dwa projekty, które szczególnie mi się podobają: Contemporary Noise Sextet oraz Sundial!  Żeby wszystko jeszcze bardziej zagmatwać, na brzmienie tria składa się ogromne doświadczenie perkusisty Jacka Buhla . Swoją przygodę z muzyką rozpoczął w legendarnym, bydgoskim zespole Variete , gdzie jego partie dodawały utworom surowej energii i punkowego pazura.  Zatrzymajmy się na moment, bo łatwo bez refleksji przejść obok tej grupy - dziś nieco zapomnianej. Variete, w latach 80, na polskim rynku muzyki niezależnej był supernową, a eksplodował już w debiucie w 1984 roku na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie zdobywając wyróżnienie. I znów musimy wcisnąć hamulec narracji. Przejść obok edycji Jarocina 1984 bez refleksji to tak, jakby wpaść do MoMa, zrobić tam siku w toalecie i wyjść. Jarocin 1984  był przełomowym momentem zarówno dla festiwalu, jak i dla wielu zespołów, które na nim wystąpiły. Jednym z nich była bez wątpienia Siekiera . Ich występ na Dużej Scenie był nie tylko punktem kulminacyjnym festiwalu, ale też wydarzeniem, które na zawsze zapisało się w historii polskiej muzyki.  Festiwal stał się areną dla zespołów grających muzykę inspirowaną takimi zespołami jak Joy Division, The Cure czy Bauhaus. Brzmienie tych zespołów było często chłodne, mroczne, a teksty często nasycone poetyckimi obrazami. W 1984 roku nastąpiła ponadto zmiana formuły festiwalu. Zaczęto kłaść większy nacisk na zespoły grające muzykę alternatywną, co przyczyniło się do popularyzacji nowych brzmień w Polsce. Na edycji 1984 estiwalu zadebiutowały zespoły, które później stały się legendami polskiej muzyki alternatywnej, w tym właśnie Variété.  Zatem Variete zdobywa wyróżnienie podczas stojącego na bardzo wysokim poziomie Festowalu w Jarocinie 84, rok później wyjeżdża z główną nagrodą, a będzie występować jeszcze w pięciu edycjach. Słowem Variété, które współtworzył Jacek Buhl,  to jedna z najbardziej kultowych polskich grup muzycznych, która w latach 80. zdefiniowała brzmienie polskiej nowej fali.  Później, w latach 80., Jacek Buhl związał się z nowatorską formacją Henryk Brodaty, której muzyka była śmiałym eksperymentem na pograniczu jazzu i rocka awangardowego. Mało się zachowało nagrań tego ansamblu, a szkoda. Największą sławę przyniosła mu jednak współpraca z bydgoskim klubem Mózg, gdzie wraz z innymi muzykami tworzył niezwykłe, improwizowane dźwiękowe pejzaże. To właśnie w Mózgu narodziły się liczne projekty, w których Buhl uczestniczył, takie jak Trytony, 4 Syfon, The Cyclist czy duet z Wojciechem Jachną. Obaj artyści mają szyld “artystów przed laty skupionych wokół klubu Mózg w Bydgoszczy”. I znów musimy zaciagnąć hamulec ręczny. Klika zdań rozwinięcia czym był i jest KLUB MÓZG Klub Mózgm - bydgoska świątynia improwizacji i eksperymentu, miejsce, gdzie jazz spotyka się z awangardą. Od momentu powstania w 1994 roku, klub stał się nie tylko miejscem koncertów, ale i inkubatorem nowych pomysłów, platformą wymiany artystycznych inspiracji oraz swoistą kuźnią talentów. Yass i nie tylko Mózg, kojarzony przede wszystkim z yassowym nurtem. To tu swoje pierwsze kroki stawiały legendy polskiego yassu, takie jak Miłość, czy grupy związane ze środowiskiem Świetlicy Artystycznej "Trytony". Jednakże klub nie ograniczał się do jednego nurtu. Na jego scenie gościły również zespoły grające jazz tradycyjny, free jazz, rock progresywny, a nawet muzykę elektroniczną. Środowisko i wspólnota Klub Mózg to nie tylko miejsce koncertów, ale także swoista wspólnota artystów, miłośników muzyki i otwartych umysłów. To tutaj muzycy, malarze, poeci i inni twórcy spotykali się, by dzielić się swoimi pasjami i tworzyć nowe projekty. Środowisko klubu było niezwykle twórcze i inspirujące, co owocowało licznymi kolaboracjami i eksperymentami. Wpływ na polską scenę muzyczną Mózg odegrał kluczową rolę w kształtowaniu polskiej sceny muzycznej. To właśnie tutaj narodziły się liczne projekty muzyczne, które zyskały uznanie nie tylko w kraju, ale i za granicą. Klub był również miejscem, gdzie debiutowali młodzi, utalentowani muzycy, którzy później stawali się ważnymi postaciami polskiej sceny. Dziedzictwo Choć z biegiem czasu klub przeszedł kilka metamorfoz, jego duch wciąż żyje. Mózg pozostaje ważnym punktem na mapie polskiej kultury, a jego działalność ma trwały wpływ na rozwój polskiej muzyki improwizowanej. To miejsce, gdzie tradycja spotyka się z nowoczesnością, a sztuka jest nieustannym poszukiwaniem nowych form wyrazu. Mózg to wręcz instytucja kultury, która przez lata kształtowała polską scenę muzyczną, promując eksperyment, innowacyjność i otwartość na nowe dźwięki. Jego wpływ na rozwój muzyki improwizowanej w Polsce jest nieoceniony. Wracajmy do tria Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. Wszystkie powyższe doświadczenia, zdobyte podczas różnorakich koncertów, sesji i nagrań, zbiegają się na stworzenie tak spójnego i interesującego projektu, jakim jest to trio. Muzykom udało się bez patosu postawić muzykę na piedestale, wysunąć ją na plan pierwszy. Wbrew pozorom nie jest to bzdura. Grupa nie musi zajmować się takimi błahostkami jak image, wizerunek. Ci ludzie wchodzą na scenę i grają doskonale materiał, którzy tworzą na żywo. Jedyny znak pozamuzyczny rozpoznawczy to chyba bejsbolówki pana Jachny. Charakter ich muzyki fajnie spuentował on sam: „Dzięki temu, że każdy z nas wnosi swój indywidualny sposób myślenia, nasza muzyka jest ciekawsza – także dla nas samych.”

  • Jazzda z 2024

    Nowy Rok w pełni, a ja wciąż potykam się o płyty z 2024 roku, które są tak ciekawe, tak dobre, tak świeże, tak innowacyjne brzemieniowo lub wprost przeciwnie, gdyż odwołują się bez wstydu do obranego za cel okresu muzycznego sprzed lat, że szkoda byłoby ich zupełnie nie zauważyć i nie odnotować. Mam dla Was kilka naprawdę niezłych propozycji. Postaram się je opisać rach-ciach, skrótowo. Ill Considered to brytyjskie trio instrumentalne, grające energiczny, improwizowany jazz, z elementami rocka, punku i muzyki etnicznej. Pochodzą z Londynu i są znani ze swoich szalonych występów na żywo oraz płodnej działalności studyjnej. Na początku grudnia 2024 grupa wydała na świat kolejny album pt. UnEvensong. Evensong to anglikańskie nabożeństwo kościelne tradycyjnie odprawiane o zachodzie słońca, skupiające się na śpiewaniu psalmów i innych biblijnych pieśni. Czy płyta ma coś z tym wspólnego? Odpowiedź brzmi: NIC. Czy można wyważyć z impetem otwarte drzwi? Ta grupa udowadnia, że tak. Ill Considered wywala je razem z futryną – od początku do końca tego szybkiego, energetycznego albumu gołym okiem dostrzec można tu inklinację jazzowego Londynu, nad płytą unosi duch zwariowanego i powichrowanego klubowego grania, które nie ucieka od melodyjnych fraz, nasiąknęło multikulti, cieszy się więc i chętnie sięga po z hindusko – arabskie naleciałości i wykorzystuje je w zagrywkach. Saksofon żyje tu petardzie, przechadza się po pięciolinii z rozmachem, jak Karol Scheibler po swojej fabryce. Sekcja również nie pozwala słuchaczowi się nudzić: perkusista nie szczędzi siebie i zestawu - posłuchajcie go w utworze „Simply having a wonderful christmas time” , albo we „Frosty the  Snowman” . Bas na całej płycie raczej pulsuje bez przerw, bez końca – tak właśnie bije serce europejskiej stolicy jazzu. "UnEvensong" to płyta szybka, płyta mocna, płyta głośna, płyta bezkompromisowa, która spodoba się fanom początków The Comet Is Coming. Posłuchajcie jej! Z kolei w listopadzie 2024 świat ujrzał nowy album niespokojnych Wikingów z Islandii, czwórki muzyków spod szyldu ADHD . Jeśli jest ktoś, kto nie wie, co kryje się pod tym skrótem to wyjaśniam: ADHD to zespół nadpobliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ang. Attention Deficit Hyperactivity Disorder ), zaburzenie neurorozwojowe, które charakteryzuje się trzema głównymi objawami: zaburzenia uwagi (nieuwaga), nadpobudliwość (hiperaktywność) oraz impulsywność. Album ADHD nosi nazwę „9” – i jest to czytelna wskazówka, że nie masz, drogi czytelniku-słuchaczu, do czynienia z młokosami z muzyczną kaszką pod nosem, ale dojrzałymi muzykami – albowiem ta cyferka oznacza numer ich kolejnego albumu. „9” ukontentuje osoby, szukające w jazzie nowych rozwiązań – takich, które nie są jego głównym nurtem, a w dodatku czerpią garściami z innych gatunków: rocka, punka, popu czy muzyki elektronicznej. Do tego muzycy islandzcy bardzo lubią melodyjne tematy - takie fajne, dające się ponucić pod prysznicem zagrywki – płyta "9" skrzy od nich niczym islandzki lodowiec lub woda z geotermalnego gejzera. Zacytujmy co panowie mówią o swojej płycie, bo to urocze: „Kiedy klawiszowiec THÓMAS JÓNSSON, gitarzysta i basista ÓMAR GUÐJÓNSSON, saksofonista ÓSKAR GUÐJÓNSSON i perkusista MAGNÚS TRYGVASON ELIASSEN są na scenie, zwykły śmiertelnik z Europy Środkowej dowiaduje się, jak mieszkańcy wysp na północy Europy byli w stanie przetrwać długie i mroźne zimy na przestrzeni wieków. - Oni po prostu wytwarzają energię z samych siebie. Ten nieokiełznany strumień ludzkich wibracji, który przekracza wszelkie granice gatunkowe i fascynuje fanów jazzu tak samo jak fanów rocka i raverów, podąża za najstarszym ludzkim pragnieniem, którego niewerbalny impuls jest starszy niż jakikolwiek język.” Muzycznie wyzwala się różnorako: raz jest mega szybko z saksofonem w roli głównej, a za chwilę nostalgicznie, a środek ciężkości przesuwa się na gitarę, która gra zawodząc i przeciągając dźwięki techniką slide. Pod tym względem popisowo piękny jest np. utwór „Ása”. Ponadto, ze względu na instrumentarium, trochę chcąc nie chcąc, słuchając ADHD wracałem oczami wyobraźni do westernów Sergio Leone, bowiem Wikingowie sięgnęli po charakterystyczny dla Morriconiego dźwięk syntezatora – zresztą sami sobie włączcie utwór „Langanes”, to zobaczycie o co chodzi. Płyta „9” nie ściga się po złotą patelnię jazzu, nie chwali się silnikiem McLarena. Gra świetny, miły dla ucha post – jazz, który ma także trafić do tych z Państwa, którzy niezbyt lubią ten gatunek, ale chcieliby go polubić bardzo. Czas najwyższy zrobić to z płytą „9” zespołu ADHD z Islandii. Teraz coś z mojego ukochanego spirytual jazzu. Grupa z brytyjskiego Leeds o uroczej nazwie charakteryzującej 99 populacji świata, w tym mnie, czyli "Work Money Death".  Z miejsca objaśniam: Work, Money Death to zespół, który wspierał Tony'ego Burkilla na jego debiutanckim albumie z 2017 roku dla ATA Records. Złożony z członków "TheSorcerers", "The Lewis Express" oraz zespołu Nata Birchalla. Jak sami napisali celem WMD „ jest tworzenie długich, improwizowanych utworów inspirowanych twórczością Pharoah Sandersa i Alice Coltrane” I wiecie co? Jak obiecują tak robią. Jeśli lubiliście Pharoaha, to zakochacie się w ich ostatniej płycie pt. „People of the Fast Flowing River”. Mnie się strasznie podoba ów koncept zespołu – w szalonym, zwariowanym, hiperkapitalistycznym, zindywidualizowanym świecie, gdzie większość ludzi przyjmuje schronienie w swoim dobytku, kilku gości żyje, jak garstka muzycznych banitów na marginesie cywilizacji pędu i popędu, więc w studio spotykają się, by grać rozmodlone, ekstatyczne, oparte na repetycjach, osnute dźwiękami dalekiego wschodu duszne melodie. Na płycie są zaledwie 4 utwory. Każdy oscyluje koło 10 minut – nikt, nigdy tego nie puści w żadnym radio. Tu aż zatyka uszy od kadzidlanych, powolnych rytmów, tutaj w niebo strzelają nieskończenie długaśne solówki saksofonu, który przez całą płytę krzyczy, wrzeszczy, skowyczy. Namawiam: zostańcie ludźmi szybko płynącej rzeki! Na koniec coś swingującego, eleganckiego i koniecznie w marynarce. Na tej płycie jest już spokojnie, pieśni są mocno osadzone w głównym nurcie jazzu, przez każdą milisekundę muzyki nie mamy żadnej wątpliwości to jazz. Po prostu jazz. Znajdziecie tutaj wspaniałe zagrywki fletu, sekcję spajającą to wszystko jak się należy, ale bez szaleństw: królują szmery, stuki, puki. Fortepian zaś co rusz zaprasza melodyjnie do tańca, do bujania bioderkami. Ta muzyka nigdzie się nie spieszy, nigdzie nas nie popędza. To wspaniała pochwała wtórności i odtwórczości, które – o nie, nie moi drodzy – nie są tu przyganą. W tej muzyce jest bowiem całe dobro zaklęte w nuty przez wielu pokoleń muzyków jazzowych, to jest wielki ukłon w ich stronę, w kierunku ich dorobku. O czym mowa? O świetnie wydanej płycie kwintetu Alana Balcerowskiego o tytule (nomen omen) „Looking Ahead”. Jest to rzut oka za siebie – taka esencja jazzu. Zagrana tysiące, miliony razy wciąż zachwyca i potrafi być piękna. Jak ta płyta. Jeśli tęsknisz za jazzem z lat 50. i 60, jeszcze nie pokręconym w poszukiwaniu rozwiązań harmonicznych i brzmieniowych, za jazzem melodyjnym, swingującym to „Looking Ahead” jest dla Ciebie .

  • Jazzda z Grossmann, Ibarrą, Krollem i Wiadernym

    Kroll z Wiadernym spotkali się przypadkiem, po upływie dziesiątek lat od obowiązkowej w tamtych czasach, dwuletniej zasadniczej służby wojskowej, która na życiowe mgnienie oka złączyła ich ze sobą. Wpadli na siebie na głównej ulicy miasta, wpadłszy zaś najpierw ledwie się poznali, a po niezgrabnej wymianie zdań, wymieniwszy się numerami swoich tanich smartfonów podarowanych im na urodziny przez najbliższych, poszli dalej ku swoim żywotom. NIE CHCESZ CZYTAĆ HISTORII, TYLKO OD RAZU RECENZJĘ? SKROLUJ DO KAPELUSZA Obaj nie wierzyli, że nastąpi jakikolwiek ciąg dalszy ich wątłej było nie było i niemal zapomnianej znajomości, mimo ponownego zderzenia w galaktyce życia. Jednak obaj, ku swojemu zawstydzonemu zdziwieniu, przez kilka następnych dni nader chętnie wracali pamięcią zarówno do przypadkowego spotkania, a co gorsza do wspólnych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, tego sensacyjnego i dziwacznego epizodu, który napisało życie tak zawile, że na moment, jedną noc i dzień przypominał scenariusz kasowego filmu. Wydarzeń, które dla Krolla były upadkiem, a dla Wiadernego szczytem.  Wprawdzie śnieg życia przysypał emocje towarzyszące przywoływanym zdarzeniom, ale spotkanie je wydobyło i ożywiło. Jeszcze nie poczuli siły tych zapomnianych już przecież uczuć, tak jak z początku nie widzi się tajemniczej  skrzyni, na którą natrafia się przypadkiem podczas kopania w ziemi. Jednak, gdy łopata o nią stuknie, wyobraźnia zaczyna puszczać w głowie filmy, najczęściej o chciwości. Przypadkowe skrzyżowanie ich trajektorii na głównej arterii miasta, było więc jak szarpnięcie za wystającą z ziemi rączkę skrzyni, ono naruszyło ledwie strukturę ziemi – ale już wiedzieli, że chcą za nią szarpnąć, dowiedzieć się, co przyniesie ich spotkanie. Kroll zadzwonił do Wiadernego po kilku tygodniach zwłoki, gdy w zasadzie obaj stracili płytką nadzieję, że do niego kiedykolwiek dojdzie, pomimo tożsamych wspomnień pchających się do łbów każdego dnia przy goleniu i wywołujących mimowolne, wstydliwe uśmiechy. Podczas połączenia znów gadali ze sobą niezgrabnie, z uskokami i przerwami, naturalnie łamiąc zasady potoczystej mowy, za to wzmacniając siłę wypowiedzi łagodnymi, przymiotnikowymi przekleństwami. Wyznaczyli sobie termin spotkania w knajpie w centrum, trochę obawiając się wysokości rachunku, a trochę o brak odpowiedniej garderoby. Juan Ibarra "La Casa" To była czas, gdy na rynek weszła płyta Juana Ibarry “La casa”. Ani Kroll, ani Wiaderny nic o niej nie wiedzieli, a szkoda, bo muzyka ma moc odmieniania ludziom życia - o ile artystę niesie tajemnicza energia, która jest splotem jego umiejętności technicznych, duchowej wędrówki, jaką podąża, odwagi stawania szczerze przed ludźmi, szczypty arogancji, egocentryzmu i wiary, że to co robi może odmienić czyjeś życie. Juan Ibarra pewnie nie miał ambicji dokonywania rewolucji w życiu słuchaczy, a jednak jego “Dom” (to właśnie oznacza “La Casa”) może być źródłem zmiany, bo słuchałem jej z prawdziwą przyjemnością, a jeszcze z większą do niej wracałem. Płyta zaczyna się mocnym, rockowym niemal “El Profeta de la Segunda Inversion” z główną rolą fortepianu, z ciekawą improwizacją kontrabasu i saksofonu. Drugi utwór ma wyjątkowo uroczo połamany rytm i przypomina zagrywki afrykańskie, melodyjne.  Świetnie na saksofonie gra tu i na całej płycie Tomas Rawicz Majcherski , muzyk nowojorski - ma przenikliwą, charakterystyczną zapamiętywalną barwę - przynajmniej dla mnie jest odróżnialny.  Zwróćcie uwagę na perkusję lidera w czwartym, długim, bo 13 minutowym utworze pt. “Las Luces Estan Prendidas Pero no hay Nadie en Casa”: wije się, gna, pędzi, tupie bez przerwy! Tak sie gra w Ameryce Łacińskiej! Wspaniale! Chwilę później, a w następnym kawałku, elektryczna gitara wprowadza na salony fusion, które rozsiada się i przy wtórze genialnego fortepianu maluje dziwaczne solówki. Za chwilę następuje końcowe, majestatyczne dzieło - ono ma marsowe oblicze, gniewne, burzowe, ale też w ostatnim utworze wariują wszyscy: każdy szaleje. To doskonały koniec wieńczący całe dzieło. Słowo o autorze płyty. Juan Ibarra, urugwajski perkusista, multiinstrumentalista i kompozytor, łączy w swojej twórczości wpływy muzyki latynoamerykańskiej, jazzu i muzyki improwizowanej. Studiował perkusję klasyczną i jazzową w Urugwaju i Szwajcarii, rozwijając unikalny styl gry. Jego muzyka charakteryzuje się bogatymi aranżacjami, melodyjnymi kompozycjami i wirtuozerską techniką. Obecnie mieszka w Motevideo. “La Casa” jest jego trzecią bardzo udaną płytą, jedną z fajniejszych z 2024.  NIE CHCESZ CZYTAĆ HISTORII, TYLKO OD RAZU RECENZJĘ? SKROLUJ DO KAPELUSZA Ale wróćmy do naszych bohaterów. Kroll przyszedł za wcześnie, zaś Wiaderny się spóźnił. Nie padli sobie w ramiona, nie klepali po plecach z łomotem, nie rechotali, jak dwa stare knury, ale ich twarze – ku wielkiemu zaskoczeniu obojga, rozjaśniły się uśmiechami, dzięki którym nagle, przez niekrótką chwilę, znów przypominali tamtych młodych, smukłych mężczyzn na progu dorosłości, jeszcze wówczas nie doświadczonych, a już wystawionych na wielką próbę – a każdy z innego powodu. Siadając cieszyli się więc szczerze spotkaniem. Usiedli, przysłuchując się skrzypieniom nienowych foteli, na których się mościli. Uśmiechy z wolna stopniały i trzeba było zainicjować rozmowę zwłaszcza, że zapadła krępująca cisza. Przerwał ją Kroll opowiadając z grymasem lekceważenia, że Kuba, ten  kumpel, który mu poderwał żonę, a dzięki fortelowi Wiadernego wylądował w kampanii karnej w Orzyszu zamiast Krolla, skończył w pierdlu za długi, których narobił jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. To zresztą była jego knajpa, ją też zadłużył  - zakręcił młynka głową wskazując na wnętrze Kroll. - Mało mu jej nie spalili podobno z nim w środku, ale ich przebłagał…  Chuj był straszny z tego gościa - mruknął Wiaderny przypominając sobie ich rozmowy w aucie. Kuba był dokładnym przeciwieństwem Wiadernego: dobrze urodzony, ustawiony, wypachniony, wyszczekany, modnie ubrany. Nawet gdyby nie przespał się z żoną Krolla, Wiaderny nienawidziłby Kuby, tak jak nienawidził wszystkich takich Kubusiów z tego świata za to, że życie obeszło się z nimi lepiej niż z nim. Lecz teraz, obecnie, Wiaderny był już za stary na nienawiść. Nienawiść jest dobra dla młodych, potrafi nieźle napędzić, dać kopa jak amfetamina, jednak gdy wspiąłeś się na szósty szczebelek, jest bezsensownym marnotrawieniem czasu i energii emocji. Nawet tak prosty człowieka jak Wiaderny o tym wiedział. Pewnie Kuba to teraz taki sam stary fiut jako on i ten siedzący naprzeciwko pyzaty kolega z wojska, który trochę się szczerzył po drugiej stronie stolika czyli Kroll. Rozmowa automatycznie podążyła w przeszłość, do wydarzeń z wojska. Więcej mówił Wiaderny, wspominając gorączkowe i uparte poszukiwania Krolla, które prowadzone konsekwentnie w końcu przyniosły skutek. Kroll słuchał i uśmiechał się ciepło pod nosem, w sercach obu wyświetlał się film tamtych wydarzeń. Znów w ich sercach wirowały w szalonym tańcu: miłość, nienawiść, zdrada, pożądanie, lojalność. Czuli, że znów żyli, że dzięki spotkaniu ich marne żywota wprawdzie na nabrały sensu, ale przynajmniej dostały rumieńców. Potem - zgodnie z oczekiwaniami - trzeba było opowiedzieć coś o późniejszym życiu. Obaj doskonale kluczyli, używali nieświadomie synonimów opisujących trywialną zwykłość, która im towarzyszyła - szczerze czuli, że nie ma o czym gadać, że gadanie o tym jest gorsze niż o tym milczenie. Wiecie jak to jest, to się w pewnym momencie życia wie po prostu. Po co więc tyle gadali? Ponieważ, owszem, mogliby westchnąć i rzec zwyczajnie i cicho: ot, zjebałem, lecz wówczas spotkanie skończyłoby się rychlej niżby chcieli.  Opisywali zatem: Kroll kolejne liche zajęcia zarobkowe, Wiaderny następne odsiadki i kolizje z prawem, obaj kulturalnie opowiadali o swoich niektórych byłych kobietach. Kroll nieco koloryzował z początku, później jednak przeszył go dreszcz niechęci, gdy upiększał następną zwyczajność, więc przestał. Dalej jego opowieść znów była niezgrabnym, dukającym, potykającym się o braki lingwistyczne opisem życiowej nudnej zwyczajności, a jeśli sejsmograf krollowego życia skakał, to zawsze z powodu porażek, klęsk, blamaży, niepowodzeń i życiowych pogromów.  Wiaderny miał teoretycznie prościej - w pamięci Krolla i swojej własnej istniał jako prosty kryminalista z patologicznej rodziny, jednakże w ostatnich latach Wiaderny się zmienił - przynajmniej on tak uważał. Nie pił. Nie kradł. Nie garował. - Pogodziłem się rok temu ze synem - opowiadał Krollowi. - Bo wcześniej to między nami nie za dobrze było, on do mnie a ja do niego miałem kupę żalu, oj kupę. Ale kiedyś słuchaj idę sobie a tu bracie na trawnik sru! płyta, taka rozumiesz kompaktowa. Normalnie tyle od pecyny mi przeleciała - Wiaderny pokazał, a Kroll udawał zdumienie . - W domu se jej posłuchałem, to była taka jedna saksofonistka, ona się Muriel Grosman nazywała i ja wtedy sobie przypomniałem, że urodziny syna są. I poszłem z tą płytą jako prezentem na te jego urodziny. Fest się zdziwił. Myślałem, że mnie nie wpuści, a on wpuścił, wnuczkę i żonę pokazał, do chałupy odwiózł autem pięknym, ale mu kazałem stanąć dwie ulice wcześniej. Wstyd mnie było tę swoją ruderę pokazywać… Ale że co z tą Muriel - dopytywał Kroll próbując dociec sensu obecności płyty i saksofonistki w opowieści Wiadernego. Ano nic, syn nie lubi takiej muzyki, on bardziej orkiestrowe lubi, ale dziękował mi za nią . Muriel Grossmann "The Light of the Mind" Wiaderny zupełnie nie wiedział, że Muriel Grossmann nagrała następny album, którym mógłby dostać w głowę. W zasadzie byłoby lepiej, bo to jej najlepszy album w dorobku, co mogłyby rozjaśnić jego ciemny żywot. Ja kocham drodzy Państwo muzykę, jaką tworzy Muriel Grossmann, kocham bezgranicznie, bezrefleksyjnie i bezboleśnie. Gdybym mógł od dziś do końca życia słuchać tylko dwóch artystów to byliby nimi John Coltrane i Muriel Grossmann.  Jej muzyka to podróż duchowa z marzeniami, z tęsknotą do TAMTYCH czasów, gdzie kwiaty we włosach coś znaczyły, a nie były tekstem durnej piosenki,  gdzie nikt nie liczył minut muzyki. Muriel Grossmann to austriacka saksofonistka, kompozytorka i liderka kwartetu jazzowego, urodzona w Paryżu w 1971 roku. Od 2004 roku mieszka na Ibizie. Jej muzyka to fuzja jazzu, bluesa, funku i elementów muzyki etnicznej, z silnymi wpływami spiritual jazzu, szczególnie Johna Coltrane'a. Idealnie płytę “Światło umysłu” opisuje sama artystka: Nasza muzyka może czasami brzmieć jak awangarda z lat 60-tych, spiritual jazz z końca lat 60-tych, wielkie gitarowo-organowe soul jazzowe kombinacje, country, blues, gospel, a nawet rock. Niezależnie od tego, jak brzmi, mam nadzieję, że jest bliska słuchaczowi i sprawia, że podróżuje on daleko i w ten sposób zostaje przemieniony i wypełniony błogą energią. Melodyjna, duchowa, szybka, kipiąca - taka jest ta płyta. Ja uwielbiam zagrywki Muriel - powtarzane, melodyjne, katarynkowe (kto wie co to katarynka?) To płyta głęboko duchowa - sama Muriel wiele praktykuje, stosuje buddyjskie pisma. Przestrzeń umysłu oraz radość działania dla innych istot jest doskonale słyszalna w jej muzyce.  Słuchajcie Muriel Grossmann dobrzy ludzie. Znów utknęli w rozmowie. Wątek zarył w koleinie, gdzieś na bezdrożu ich życia. Stali na nim obaj i rozglądali się bezradnie w poszukiwaniu faktu godnego opowieści z dreszczem emocji, gęsią skórką, podniesionym tonem. Znajdowali suche pajdy codzienności, szarą zwykłość: ranki, wieczory i noce przeżarte rdzą powtarzalnej banalnej pospo-litości.  Na sekundę ich wzrok się znów i skrzyżował i wtedy spłynęła na nich jasność, dotarło do nich, że mieli tylko to: wspaniałe wspomnienie, tę nocną pogoń w deszczu, desperacką samowolkę Krolla i zabawę w wojskowego policjanta Wiadernego. To ich dawno miniony szczyt życia. Majaczył w ich wspomnieniach jak najlepsze wakacje w życiu. Jak ślub. Egzamin magisterski. Pierwsza miłość, ale tej już nie pamiętali. To co wydarzyło się potem było miałkie, normalne, utytłane w bajorku powtarzalności. I tak siedzieli, aż zapłaciwszy, równo po połowie za te herbaty i kawy, poszli do swoich bezsensownych żywotów pożegnawszy się szybkim, męskim uściskiem dłoni. Wiedzieli, że powtórki nie będzie. Po co? Nic nie odmieni ich losu Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, więc będę Ci wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Dziękuję bardzo!

  • Polska Jazzda: Cenkier I Skwirut

    Są jak Hania Rani z turbodoładowaniem rakietowym, jak spotkanie skandynawskiego, zamyślonego jazzu z żywiołową, polską ornamentyką melodyczną. Większość z ich utworów to poetyckie, uduchowione, długie i natchnione misteria, po zakończeniu których zostaje drażniąca pustka i cisza. Ale są też prawdziwe rakiety. Gdzie w Polsce spotkać najlepszego widza? Na domówkach! To tam, na tych mikro koncertach, jest nie tylko fan muzyki ambitnej, ale również najczęściej człowiek z otwartym umysłem, który wręcz szuka zespołów nieoczywistych, przekraczających granice gatunkowe. Takim zespołem, który ciężko zaszufladkować jest z pewnością istniejący od lutego 2024 krakowski duet Cenkier I Skwirut. Spotkałem się z nimi przed ostatnim koncertem ich długiej, późnojesiennej trasy koncertowej, odbyliśmy niekrótką i bardzo interesującą rozmowę o koncertach, muzyce oraz wyzwaniach rodzimego rynku muzyki improwizowanej. Pech kontra bas Bardzo chciałem ich posłuchać na żywo. Spodziewałem się, że utwory, jakich słuchałem i oglądałem na klipach w internecie ze sceny będą brzmiały jeszcze lepiej, będą jeszcze dynamiczniejsze, a ich otwarte, pozwalające na niemal nieograniczone improwizacje struktury zapadną mi w pamięć na długo. Zastanawiałem się, jak brzmi to - jak dla mnie - nieoczywiste, niecodzienne i nieco dziwaczne połączenie żywiołowych i harmonizujących klawiszy z królem rytmu, kontrabasem osnutych tłem elektroniki. Oskar Cenkier i Miłosz Skwirut I wtedy omal nie okazało się, że z takiego koncertu nici. Miłoszowi Skwirutowi, na samej końcówce trasy, lekkiemu uszkodzeniu uległ kontrabas, wyglądało więc na to, że ostatni koncert w Łodzi musi zagrać na gitarze basowej. Byłem tak zafiksowany na tym, żeby posłuchać ich w oryginalnym instrumentarium, że jakimś cudem załatwiłem inny kontrabas, dzięki nieocenionej pomocy pewnej profesor zwyczajnej z łódzkiej Akademii Muzycznej, której jestem przeogromnie wdzięczny, że wsparła duet w trybie ekspresowym. Oskar Cenkier i Miłosz Skwirut wyrastają z jazzowego pnia i nie zamierzają temu przeczyć. Miłosz Skwirut skończył krakowską Akademię Muzyczną, która uchodzi za synonim przywiązania do tradycyjnego grania jazzu. Z kolei Oskar, choćby bardzo się wypierał jazzu (a nie wypiera się) to wystarczy chwila z ich muzyką, aby usłyszeć w jego grze silne jazzowe wpływy. Jest więc to niewątpliwie duet jazzowy, zwłaszcza, że sami panowie mówią: wszystkie utwory posiadają wprawdzie luźne szkielety, ale reszta to szaleństwo improwizacyjne. Jazz z plusem Jednak w ich brzmieniu, ich pomyśle na muzykę jest zdecydowanie coś więcej niż jazz. Tylko co to jest? Jak sklamrować ich krótką definicją? Sami muzycy mówią o wykonywaniu muzyki drogi – ale to zbyt pojemne określenie. Z pewnością jest tam sporo ambitnego ambientu, a także dużo, bardzo dużo muzycznej duchowości. Czym to się objawia? Ich utwory są duszne, niemal hymniaste, charakteryzują się długimi, powtarzanymi wielokrotnie frazami, automatycznie wprawiającymi słuchacza w kontemplację bliską muzycznej medytacji, w atmosferę niemal mistyczną. I – do licha z synonimami – ta muzyka jest po prostu melodyjna, łagodna, kombinowana akurat dokładnie w takiej proporcji, aby melodia nie znikała w zawijasach, uskokach, załamaniach, aby zawsze dawała się wyłuskać. Sprzyjają temu podążające za improwizacją wokalizy Oskara, kojarzące się chcąc nie chcąc z Keithem Jarrettem. - Na tej trasie niemal wszędzie powtarzał się taki scenariusz: najpierw zaciekawieni widzowie oczekiwali jazzowego grania, a kiedy już zaczynaliśmy, czuliśmy najpierw rodzaj pozytywnej konsternacji, następnie coraz cieplejsze emocje płynące w naszym kierunku, a na koniec zawsze ktoś podchodził po koncercie i mówił: kurcze, spodziewałem się zupełnie czegoś innego  – mówi Miłosz Skwirut . Oskar  dodaje: - W jednym z domów kultury sugerowano nam nawet nieśmiało, że gdybyśmy zrezygnowali z określenia koncert jazzowy, publiczność mogłaby być liczniejsza. Jak dla mnie Cenkier I Skwirut należą do nowej fali polskiej muzyki improwizowanej, której jest za duszno w audytorium pod nazwą „jazz”, do grupy zespołów, które w mniej lub bardziej wyzywający sposób chcą muzycznie przekroczyć jazzowy kontekst. I nie chodzi o teatralne wywracanie mentalnych stolików czy demonstracyjne odcinanie się od jazzowego grania poprzednich pokoleń. Odnoszę raczej wrażenie, że dojrzałe aranżacje to zbieg doświadczeń muzycznych obu panów, które dają mieszankę stylistyczną, którą można umownie nazwać „jazzem plus”. - Nie miałbym nic przeciwko temu, abyśmy mielić być współtwórcami takiej nowej fali  – kwituje moją opinię Cenkier i dodaje szybko, że tworząc muzykę skupia się jednak na muzyce, a wnioski pozostawia słuchaczowi. Starzy wyjadacze Cenkier I Skwirut Wspomniałem o doświadczeniu obu muzyków. Jest ono niemałe. Miłosz Skwirut  poza własnym zespołem na stałe koncertuje z  Kraków Street Band , z którym nagrał cztery albumy, a także z Knedlove  oraz  Ablaye Badji Band . W przeszłości współpracował także m.in . z zespołami i artystami takimi jak Quindependence, Michał Salamon, Companions, Susanna Jara, Hot Tamales, czy The Magic Juice, Daddy’s Cash. Ponadto ma na koncie dwa solowe albumy - Road Movies (2019) i Unspoken (2023). Oskar Cenkier  więcej tworzy solo. Nagrał dwa albumy. W 2018 roku zadebiutował płytą  Bastion , na której zagrał na wszystkich instrumentach i samodzielnie zajął się produkcją. Płytę w całości zaprezentowano na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia w audycji Ciemna Strona Mocy. Najnowsza płyta studyjna Cenkiera,  Miła , ujrzała światło dzienne w kwietniu 2022. Po za tym Cenkier współtworzy polsko-ukraiński progresywny kwartet  Fren , od 2019 jest również członkiem krakowskiego noir-jazzowego zespołu  Fraktale . Pisze muzykę do filmów, spektakli teatralnych, słuchowisk i układów choreograficznych. Na własne uszy, w Łodzi, w klubie Cyrk Pod Zielonym Xsiężycem, przekonałem się, że to nie są żadni nowicjusze czy debiutanci. Jak to brzmi na żywo? Jak widać to spotkanie dwóch światów muzycznych musiało wydać oryginalny owoc. Na koncercie panowie grają więc bezkompromisowo, ich utwory mają wprawdzie wyważone akcenty i jasne i czytelne struktury, ale budują muzykę tak, aby obaj mieli wystarczająco dużo miejsca i czasu na improwizacyjne szaleństwo. Koncert łódzki był bardzo udany, słychać było wyraźne „ogranie” materiału, wzajemne wyczucie obu instrumentalistów i choć całość obleczona była mgłą improwizacji to nie czuło się ani krztyny przypadkowości. Duet ma zgrabnie poukładany repertuar, utwory są długie, pozwalające na pełne wybrzmienie tematów. To była taka prawdziwa muzyczna podróż w nieznane, w którą warto, aby wybrali się nie tylko fani jazzu, ale także miłośnicy rocka progresywnego czy dark-ambientu. Wszyscy będą zadowoleni, ponieważ – jako się rzekło – ta muzyka jest do tego po prostu przyjemna. Gdybym miał ich opisać krótko rzekłbym: Są jak Hania Rani z turbodoładowaniem rakietowym, jak spotkanie skandynawskiego, zamyślonego jazzu z żywiołową, polską ornamentyką melodyczną. Większość z ich utworów to poetyckie, uduchowione, długie i natchnione misteria, po zakończeniu których zostaje drażniąca pustka i cisza. Ale są też prawdziwe rakiety. Na scenie jest ich wprawdzie dwóch: Oskar Cenkier  i Miłosz Skwirut  ale to krzywdzący pozór, ponieważ używana z rozmysłem elektronika roztacza w ich utworach szerokie tło, jest jak powietrze, wszystko spaja i łączy. Ponadto Oskar Cenkier gra w uniesieniu, za dwóch muzyków. Widać i słychać, że dla niego to nie jest kolejny projekt, że podczas koncertu na scenie zostawia kawał własnych emocji. Miłosz to wszystko zazwyczaj zamyka, klamruje, urytmicznia, choć czasem ucieka w takie szaleństwo, że trudno utrzymać nogi w spokoju. Grają ze sobą od lutego 2024, jesienią odbyli wspólną trasę koncertową po Polsce (11 miast), podczas której szlifowali materiał. Moim zdaniem świetnie zaaranżowane i zgrane utwory duetu nadają się dla znacznie szerszej, niż klubowa, publiczności szukającej dobrego, ambitnego grania Gdzieś przeczytałem, że panowie grają muzykę drogi. Furda tam! Jest dokładnie odwrotnie: to ich muzyka raczej porywa słuchacza w długą muzyczną podróż. Czasem jest to podróż w głąb siebie. Pytam obu muzyków na koniec rozmowy: To kiedy płyta? - W zasadzie nie ma dnia, abyśmy o niej nie rozmawiali, wygląda więc na to, że wydamy ją w 2025 roku - podsumowuje Miłosz Skwirut. Czekam zatem z niecierpliwością, bo to będzie to z pewnością jeden z oryginalniejszych albumów ostatnich lat w Polskie muzyce, nie tylko improwizowanej.

  • Pięć płyt jazzowych,o których chciałem napisać dawno ale zawsze coś mi w tym pisaniu przeszkadzało

    AURORA HENTUNEN  „Little Further” Aurora Hentunen to fińska pianistka i kompozytorka, której muzyka maluje dźwiękowe pejzaże mroźnej Północy, splatając jazzową improwizację z echem skandynawskiego folkloru. W jej kompozycjach, utkanych jakby z delikatnych nitek lodu, subtelnych  i melancholijnych, usłyszymy przestrzeń, ciszę i oddech, a zarazem pulsującą pod powierzchnią energię. Wyśmienite pasaże na tej trzeciej po Second Spring (2018)  i Frost (2019)  płycie Hentunen są jak promienie słońca przebijające gruby chmur nieboskłon, a całość otuli Cię kochany słuchaczu niczym ciepły pled w mroźny zimowy wieczór. Aurora założyła swój kwartet na początku 2017 roku, studiując w Amsterdamie. Trzy lata później Aurora Hentunen Quartet stał się kwintetem, gdy w 2020 roku do zespołu dołączył saksofonista tenorowy Ukko Heinonen. Zespół jest uważany za jedną ze wschodzących gwiazd sceny nordyckiego jazzu. I słusznie! Skład: Aurora Hentunen  - piano, keys, vocals Joona Kilponen  - trumpet Ukko Heinonen  - tenor saxophone, effects Veli-Matti Silanterä  - double bass, electric bass Ville Luukkonen  - drums, percussion Linda May Han Oh  - double bass, vocals Branislav Vlaisavljevic  - synth bass & keys Wydany 18 października 2024 r. przez Eclipse Music / Supersounds Music Oy KENNETH DAHL KNUDSEN „Gloomers” Jeden z najciekawszych albumów tamtego roku, dotarłem do niego bardzo późno, trzy miesiące po premierze. Wciąż go słucham, bo mnie hipnotyzuje. Album jest wypadkową różnych inspiracji Knudsena, od Nirvany i Green Day z czasów jego młodości, po muzykę klasyczną, w tym Beethovena. Jest bardzo wzniosły, melodyjny, kroczący, rytmiczny, a jazz stanowi tu raczej fundament, punkt wyjścia aniżeli wzorzec stylistyczny. Spokojnie wysłuchają go osoby, które jazzu nie znoszą. Album koncepcyjny. Płyta porusza problem presji wywieranej na społeczeństwa przez media społecznościowe, gdzie ludzie prezentują wyidealizowany obraz swojego życia, co prowadzi do poczucia nieadekwatności i wywołuję lęk, szczególnie u młodych artystów. Knudsen krytykuje tworzenie z mozołem "idealnych" postów kosztem rozwoju artystycznego. Pragnie zwrócić uwagę na znaczenie pasji do sztuki i zachęcić artystów do otwartej rozmowy o trudnościach i wątpliwościach, zamiast skupiać się na kreowaniu perfekcyjnego wizerunku. Knudsen mimo młodego wieku to stary wyjadacz. Tak mówi o sobie:  - Grałem na całym świecie - w Japonii, Tajlandii, Izraelu, Maroku, Libanie, Rumunii, Grecji, Włoszech, Hiszpanii, Francji, Szwajcarii, Luksemburgu, Niemczech, Polsce, na Litwie, Łotwie, w Czechach, Anglii, Irlandii, Belgii, Danii, Norwegii, Szwecji, USA, Kostaryce, Ekwadorze, Argentynie i Brazylii. Jako lider zespołu stworzyłem zespoły Kemaca Kinetic , The ATLAS Ensemble , The Uummat Ensemble , Space Big Band , Kenneth Dahl Knudsen Orchestra, Pachamama i The Tété band. Jako muzyk towarzyszący byłem długoletnim członkiem Gauthier Toux Trio i World Citizen Band. Od początku mojej kariery grałem i pracowałem z Aaronem Parksem, Johnem Scofieldem, Giladem Hekselmanem, Lingling Yu, Mayankiem Bedekarem, Johnathanem Blakiem, Dickiem Oattsem, Joelem Frahmem, Gauthier Toux, Francois Lindemannem, Jaleelem Shawem i wieloma innymi. Nieźle co? „Gloomers” mi się zagubiła w czasie, ale teraz nie mogę się od niej oderwać. Wydana 26 czerwca 2024 r. przez KDK Music, wydawnictwo wsparte przez Danish Arts Foundation Skład Ganna Gryniva  - vocals Emilie Fleig  - vocals Camilla Haugbjerg  - vocals Viola Okos  - vocals Ingrid Halle  - vocals Sofie Trolle  - vocals Undine Rovala  - vocals Jimmy Nyborg  - trumpet Toms Rudzinskis  - alto sax Oleksandr Kolosii  - tenor sax Andre Kassen  - tenor sax Lucas Illanes  - guitar Bernhard Ludescher  - keyboard Eyal Lovett  - keyboards Matias Fischer  - drums Kenneth Dahl Knudsen  – bass   KARL SEGLEM „path​.​hope​.​myth” Album protest. Album sprzeciw. Album wizjonera, który spogląda dalej niż większość jego rodaków. Najpierw jednak zadajmy sobie pytanie: czy Norwegia jest bogata? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Od lat jest w  czołówce rankingów mierzących poziom rozwoju społecznego i gospodarczego, takich jak Indeks Rozwoju Społecznego (HDI). Charakteryzuje ją: jeden z najwyższych na świecie PKB na mieszkańca, które oznacza bardzo wysoki standard życia: dostęp do opieki zdrowotnej, edukacji i innych usług publicznych jest powszechny i na wysokim poziomie, zaś wskaźniki ubóstwa i nierówności społecznych są niziutkie. Bogactwo Norwegii wynika z połączenia obfitych zasobów naturalnych, polityki gospodarczej i społecznej oraz otwartej gospodarki. Ale jest i rewers, na który Karl Seglem, doskonały norweski muzyk, zwraca uwagę już teraz, gdy cała Norwegia (poza iminigrantami) pławi się w dobrostanie. Wskazuje na czerwoną linię: zmiany klimatu, utratę zasobów naturalnych, ekobójstwo, rozpychający się antropocen. Jego zdaniem to zbyt wysoka cena za dobre, spokojne i dostatnie życie. Po co o tym piszę zamiast skupić się na muzyce? Ano właśnie z tego względu, że autor płyty, Karl Seglem od kilku lat łączy to przesłanie z muzyką, a jest jedną z najważniejszych obecnie postaci tworzących muzyczny krajobraz nordycki. Już rok temu, samemu sobie powiesił wysoko poprzeczkę poprzednim, dwupłytowym arcydziełem „Mytevegar (myth​.​path​.​hope)” wydanym wyłącznie w Norwegii. A „path.hope.myth" to wersja na cały glob. Autor znów deklamuje swoje wiersze pochodzące z tomiku "Głęboki strach. Głęboki spokój" swojego piątego zbioru poezji. Pokazuje tam bez otuliny i znieczulenia przemysł, wycinkę starych lasów, zniszczone krajobrazy dla bezużytecznych wiatraków, zanieczyszczone fiordy dla wzrostu łososia i rząd, który otwiera się na większe wydobycie paliw kopalnych. Saglem powiada:   Norwegia bardzo szybko stała się niezwykle bogata i dlaczego nigdy nie przestajemy chcieć więcej? Muzyka może dać nam nadzieję i poczucie wspólnoty. Ten album jest zarówno głęboko poetycki i marzycielski, ale także wyraża mroczny strach i melancholię ze względu na stan naszej planety, którą wszyscy dzielimy i o którą możemy wspólnie dbać. Ale czas na muzykę, która niesie to przesłanie. Teraz więc od razu, bez zwłoki daj nura w dźwiękowy pejzaż ostatniego dzieła "path.hope.myth", a nie zawiedziesz się! To podróż przez krainy wyobraźni, a echo dawnych mitów splata się z pulsem współczesności. "path.hope.myth" to nie tylko zbiór luźnych utworów, to opowieść snuta dźwiękami, gdzie kierowany przez Seglema rozbudowany zespół prowadzi nas przez labirynt nordyckich ścieżek. W muzyce słychać ukłon w stronę norweskiej tradycji. Bukkehorn, instrument z roku kozła, którego Seglem używa, dodaje całości archaicznego, niemal magicznego charakteru, przenosząc słuchacza w czasie do epoki wikingów i sag. Jednocześnie "path.hope.myth" to płyta na wskroś teraźniejsza, nowoczesna z jazzową improwizacją, elementami world music i mnóstwem elektroniki. To fuzja gatunków, która tworzy unikalne, porywające brzmienie, wymykające się wszelkim schematom i szufladkowaniu. Album ten jest jak mapa, która prowadzi nas przez krainy nadziei, mitów w poszukiwaniu własnej drogi. Każdy utwór to odrębna opowieść, a zarazem element większej całości, tworzącej spójną i fascynującą narrację. "path.hope.myth" to muzyka, która porusza, skłania do refleksji i pozwala oderwać się od zgiełku codzienności. To podróż w głąb siebie, w poszukiwaniu własnej ścieżki, nadziei i mitu. Album wydany 10 października 2024 r przez Nye Nor Skład: Karl Seglem , ten.sax, goat horn, voice Erlend Viken,  fiddles Andreas Vold Løwe ,piano, keys Hallvard Gaardløs , bass, vocals Kåre Opheim , drums Alf Magne Hillestad , drums, electronics Eirik Dørsdal , trumpet Kenneth Lien , zither, harp Andreas Ulvo , rhodes Lars Jakob Rudjord , keys Ketil Thorbjørnsen , el.guitar Jørn Erik Ahlsen Alkanger , el.guitar Henrik Bergersen , el.guitar Kasper Dyve , el.guitar Roger Morland,  el.bass Ellen Brekken , bass Stein Villa,  harpe,zither Jorunn Barane , voice MAGNUS BAKKEN „Slackline” 33 letni Norweg nagrywa płytę do szpiku jazzową. Co to znaczy? Przecież ja tu generalnie raczej o jazzie piszę. Owoż Bakken robi tak: usuwa jednym zamaszystym ruchem wszystkie naleciałości instrumentalne i stylistyczne, którymi w ostatnich 30 latach obrósł jazz i zostaje z bardzo analogowym brzmieniem, gdzie saksofon jest wciąż królem, włada całym zespołem, nie masz wątpliwości drogi słuchaczu, że on jest najważniejszy. To jest głęboki ukłon w stronę tradycji. Ukontentowani będą Ci którzy wspominają najlepsze płyty panów Ptaszyna, Namysłowskiego, Muniaka i w ogóle mistrzów tego instrumentu. Nie ma tu kombinacji brzmieniowych. Jest czysty, niemal archaiczny jazz, gdzie melodyjny temat spotyka zwariowaną improwizację. Stary, doskonały styl. Magnus Bakken gra na saksofonie, wydał wiele albumów jako lider i sideman, jest poszukiwanym muzykiem sesyjnym. Sudiował w Berklee College of Music i Norwegian Academy of Music. W 2015 wydał dobrze przyjęty debiutancki album „Cycles” i został okrzyknięty „nowym wielkim talentem saksofonowym” (Tor De Jazz). Jego oryginalna grupa jazzowa/fusion Ninjabeat wydała dwa albumy, „The Waiting Game” i „West”.  „Slackline” to jego drugi solowy album. Wydany 15 listopada 2024 przez Losen Records Skład Magnus Bakken  tenor saxophone, percussion, EWI (track 4) Jørn Øien  keyboards Bo Berg  electric bass Amund Kleppan  drums Snorre Bjerck  percussion FELLAS „Ndonti” Ach jakie to cudowne uczucie, gdy ktoś rekomenduje epkę, a ja wpierw pełen jazzowej pychy nonszalancko się do niej zbieram, bo przecież wszystko słyszałem, wszystko znam, nic mnie nie zaskoczy, a następnie, po kilku taktach już wiem, że nie wszystko słyszałem, nie wszystko znam, że właśnie z zaskoczenia jestem w fotel wciśnięty i słucham tego już piaty raz z rzędu, bo nie mogę się oderwać. Ludzie! Bracia i siostry! Muzyki na świecie jest tak strasznie dużo. Tak wiele z niej przepływa obok, nigdy nie dostrzeżona. I obok przepłynąłby krótki, uszyty pod strimingi, debiut Francuzów z Tuluzy, grupy Fellas, gdyby nie pewien dobry dyrektor, któren mi go wskazał. Niech słońce oświetla mu drogę co dnia, bo cóż lepszego od sztuki możemy dostać w tych pełnej sromoty czasach? Dość gadania. Muzyka jest nowoczesna, niemal klubowa, rytmiczna, kompozycje nie są zanadto rozbudowane, a improwizacje raczej podporządkowane owym nie przegadanym kompozycjom, a nie odwrotnie. Jazz jest tu umownym spoiwem, reszta to brzmienie nowego pokolenia, inne niż większość rzeczy, które znam, trochę hanckockowskie, trochę jakby Badabadnatgood. Jednocześnie melodyjne i pokręcone. Do tańca, do auta, na wieczór, na rano. Wszędzie. Grupę założył saksofonista Charlie Burg. Charlie dorastał we Francji, ale równolegle ze swoją włoską rodziną. Od najmłodszych lat uświadamiali mu oni, że jest "dindi" i że należy do małego klanu w swojej rodzinie. Gdy dorósł, zdał sobie sprawę, że była ona zaangażowana w wiele, pełnych przygód i często nielegalnych historii. Zajęło mu prawie 20 lat, aby dowiedzieć się, co oznacza DINDI. DINDI pochodzi z Veneto (włoski dialekt z Wenecji) i oznacza "PIENIĄDZE". Charlie wcześniej odkrył film "A Bronx Tale" i zauważył podobieństwo między nim a swoim życiem. Jak mówi, z tego właśnie zaczerpnął inspirację do stworzenia grupy FELLAS i nadchodzącego albumu "DINDI". Charlie, nie zwlekaj z jego wydaniem. Czekamy! Epka wyszła na świat w sierpniu 2024 wydana przez DeepMater Records Skład: Tenor Saxophone - Charlie Burg Synths - Leo Colman Keys - Leo Colman Guitars - Robin Espagnet Drums - Robin Safaru Bass Guitar - Séraphin Vergniot

  • Jazzda: Holly we want m(o)ore

    Holly Moore „Flood” „ Jest to dla mnie wyjątkowa płyta, ponieważ wyznacza bardzo szczególny czas w moim życiu ”  - wyznała mi Holly, gdy rozmawialiśmy o klimacie jej płyty. Wydany w grudniu 2024 jako drugi w karierze, album „Flood” jest nośnikiem emocji, napisanych wprawdzie misternym muzycznym alfabetem, lecz niezbyt trudnym do przyswojenia i opanowania. Liderka i jej zespół nie zagrywają się w długich pasażach, jak na lekarstwo tam solówek, wycieczek indywidualnych. To stonowane kompozycje, które mają nas przygwoździć, zatrzymać formą, a nie treścią. I przygważdżają. Długo oglądałem tę płytę. Z okładki spoglądała na mnie młoda, eteryczna, delikatna i śliczna dziewczyna o długich włosach i kaszmirowych ustach.  Pomyślałem z zazdrością: do tego zapewne dobrze komponuje i gra! Nie myliłem się. Saksofonistka Holly Moore to dla nas egzotyka. Mieszka w Melbourne, na drugim krańcu świata, w Australii. Jakieś przyjazne mi jazzowe duchy i bóstwa wskazały jej drugą płytę pt. „Powódź”, bo po prawdzie nic nie wiedziałem o artystce, wszak muzyczne wieści z tamtej części świata w ogóle do Polski nie docierają, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę improwizowaną. To był trafny wybór. We „Flood”  znalazłem wspaniale zaklęte emocje. One się snują z tej płyty, jak dym znad filiżanki gorącej czekolady.  Cała płyta jest miękka, jak nowy pled z alpaki. Album zaczyna sekcją dętą w bardzo filmowym, niemal hollywoodzkim „Preludium”. To jest taki utwór, że chcesz człowieku wyjść na pole w środku nocy, poczuć pod plecami ziemię i gapić się w gwiazdy aż do zaśnięcia. „Fresh Air” ma fajnie połamany rytm, stanowiący tło dla melodyjnych partii Holly, z barwną przygrywką fortepianiu. Powstał gdy artystka wróciła do Melbourne z Nowego Jorku i szukała plusów tej sytuacji. Wtedy pomyślała: cóż, tu jest przynajmniej czyste powietrze. Tak powstał „Fresh Air”. Z szukania pozytywów. Następny, tytułowy utwór, Moore podzieliła na dwie części. Pierwsza, bardzo spokojna jest wstępem do niezwykłej i żywiołowej części drugiej. „Flood part II” to jeden z najlepszych utworów, jakie słyszałem w życiu, z wzorcowo rozłożonymi akcentami, rozwijający się z nieoczywistej partii perkusji, ale z czasem przekształcający się w szalony pęd oparty na szybkim rytmie i bardzo pomysłowym temacie głównym. Wokół tego tematu osnuwa się najpierw trąbka Niran Dasika, potem saksofon Holly Moore. Kiedy „Flood” gaśnie tempo płyty znacznie zwalnia i do końca jest już tylko pięknie, melodyjnie, nostalgicznie, sensualnie, onirycznie oraz oszczędnie. Spytałem Holly o  źródła tego klimatu. Przyznała, że składa się na niego wiele rzeczy, na przykład powrót z Nowego Jorku, z którego nie była do końca zadowolona, bo po roku nieustannego chodzenia na jazzowe  koncerty miała tam bardzo wielu przyjaciół, z którymi nagle musiała się rozstać. Spore piętno odcisnął też ścisły australijski lockdown i strach związany z pandemią koronawirusa. - Album „FLOOD” powstał na zamówienie Melbourne International Jazz Festival w 2020 roku  – mówi mi Holly Moore . -  W Melbourne w Australii mieliśmy wtedy bardzo ostre lockdowny, więc napisałam muzykę podczas tych wielu lockdownów, co mnie nastrajało raczej nostalgicznie. Chciałam to wyrazić melodią. Moim celem jest zawsze pisanie bardzo melodyjnej muzyki, czułam, że właśnie w taki sposób chcę znaleźć swoją odpowiedź na cały ten chaos panujący w tym czasie na świecie, że powinnam i chcę napisać piękną i prostą melodię, która mnie usatysfakcjonuje. Album nagraliśmy w maju 2022 roku, kiedy Melbourne wychodziło z dwuletniego lockdownu. Co tu dużo gadać. Koniecznie dajcie się ponieść nurtowi wyobraźni Holly. Nie chcę brzmieć mentorsko, ale nagrała w sekstecie, w tak młodym wieku wspaniałą, ascetyczną, nie przegadaną, bardzo jazzową i bardzo klasycznie analogową płytę . Holly Moore - alto saxophone & soprano saxophone Paul Cornelius - tenor saxophone & piccolo trumpet Niran Dasika - trumpet Kade Brown - piano Robbie Finch - bass Luke Andresen - drums Bardzo się cieszę jeśli się podobało. Prowadzenie tego bloga to najfajniejsza rzecz na świecie, będę wdzięczny za wsparcie (równowartość kawy na mieście). Wystarczy kliknąć przycisk w dole. Wpadajcie jak najczęściej. Dziękuję!

  • Jazzowe hygge, czyli cztery melodyjne płyty na weekend

    Jazz to nie tylko natchnione wariacje, pokręcone rytmy i utwory, jakich za cholerę nie zagwiżdżecie, które koniecznie trzeba słuchać w skupieniu, najlepiej na klęczniku lub jak kto woli bijąc czołem o dywanik. Oto cztery tegoroczne, wiosenne płyty jazzowe, które - zapewniam - będą idealnie brzmieć zawsze i wszędzie: w aucie, domu, na działce, przy robocie i odpoczynku. Puszczam je sobie w uszy ostatnio bardzo często wprawiając się w pogodny nastrój po przebudzeniu, przed snem, czytając książki czy nawet przy czynnościach, o których w dobrym towarzystwie się nie mówi, a w złym nadużywa - płyty te stanowią doskonałe, melodyjne, a jednocześnie niebanalne i ambitne muzyczne tło. Zapewniam, że zaimponujecie nimi damom oraz tym odrobinę bardziej ogarniętym facetom, którzy czasem się myją przed wizytą w kinie. Równie dobrze wejdą w ucho przy odkurzaniu, jak i przy wpatrywaniu się marzycielsko w nieboskłon, przy rozwiązywaniu zadań z matematyki za dziecko, przy tłuczeniu schabowych, czy odpowiadaniu sobie na diametralne pytania o naturę wszystkich rzeczy, zwłaszcza tych, które tak szybko się spierają i skąd na nowe brać forsę do cholery? Søren Bebe Trio “First song” Pierwsze primo: nie mam pojęcia, jak się czyta to przekreślone o w jego imieniu, czytajcie se więc jak chcecie. Drugie primo: ja naprawdę nie wiem, z którego grubego palucha ci jazzmani biorą tytuły płyt? Gdyż  TO NIE JEST, szanowne moje państwo, DEBIUT. Nie dajcie sobie ściemniać, Søren Bebe jest muzykiem doświadczonym, mistrzem w swoim fachu jak nie przymierzając Messalina. Owoż mowa o jego ósmej płycie, a nie żadnym first songu. Macie więc do czynienia z czarodziejem fortepianu, takim gościem, który będzie was leciutko muskał muzyką, otulał swymi akordami i dźwiękami wasze cenne ciała, aż poczujecie nieznośną lekkość bytu. Mądrale jazzowi powiadają o takich grających różnych sorenach: pianista liryczny - co gorsza ich zdaniem jest to komplement :-/. Ja nie wiem, jak taki kawał duńskiego chłopa wymyśla tak powolne, łagodne, przewiewne i melodyjne kawałki, które przyklejają się do słuchacza, jak krówki mleczne do podniebienia. Wprawdzie zdobył moje serce inną płytą, ale wzmiankowana jest jeszcze lepsza, jeszcze słodsza, jeszcze bardziej spokojna, jeszcze bardziej liryczna i muzycznie polukrowana. Pan Soren gra na niej leciutko, wręcz nonszalancko, bez żadnych  uniesień  balansuje na tej płycie pomiędzy dramatyzmem, a lekkością. No klejnocik. Oded Tzur “My prophet” Żydzi, moim zdaniem, robią wszystko najlepiej na świecie - na przykład tę stronę oglądacie Państwo dzięki technologii z Izraela, a zrobiłem ją w 100 procentach sam, własnoręcznie, nie mając zielonego pojęcia o kodowaniu i informatyce. Ale do rzeczy, bo i tak po ostatnim zdaniu straciłem pewnie połowę czytelników. Oded jest Żydem. Nowojorsko/telawiwskim saksofonistą, który wielbi swoje instrumenty (bez podtekstów, to poważna strona internetowa o jazzie, źle trafiliście). Lubi je tak bardzo, że ledwo, ledwo w nie dmucha. Dmucha tak słabo, jakby nie chciał tego swojego saksofonu broń boże skrzywdzić. Krytykom się ledwodmuchanie Odeda strasznie spodobało i uznali, że to jego własny, autorski, niepowtarzalny odedowy styl dmuchania. Tak się rodzi muzyczna opinia szanowne państwo. Muzyka z odedowego “Proroka” zaczyna się od 45 sekundowego epilogu (tak , tak - oni zawsze odwrotnie), takiego mistycznego dźwięku, jak o świcie na pustyni wydają rogi nomadów nawołujące na wspólną modlitwę. A potem macie 45 minut czyściutkiego, doskonale zaaranżowanego, melodyjnego jazzu z odwołaniami do charakterystycznych muzycznych zawijasów bliskowschodnich zagranego przez kwartet: fortepian, bass, perkusja, saksofon. Pytacie mnie co ja wam powiem na temat płyty? Ja wam powiem profesjonalnie: Oj! Ojojojoj! Ojojojojojojojoj! Jakie to ładne, takie ułożone równiutko, jak sweterki mojej matki w szafie, jak zagrane delikatnie, jak lekko, jak zwiewnie, jak niespiesznie trafia do serca! Nic tylko tylko zamknąć oczy i pognać na dromaderze w stronę słońca. Zatem gnajcie. Byle z Odedem. Wolfgang Schalk “Dear Earth” Po łagodnym Żydzie, musiał nastąpić łagodny Niemiec, a co gorsza Austriak. Jak się za coś taki bierze, to już musi być walka aż do zwycięstwa, nieprawdaż? Jak dla mnie Pan Wolfgang walczy w imieniu całego środowiska jazzowego o ciągły i nieustanny napływ nowych fanów, po to, żeby liczniki strimingów kręciły muzykom jazzowym nieziemskie osiągi finansowe, a festiwale nie świeciły pustkami. Pan łagodny Austriak Wolfgang jest w dodatku gitarzystą, a zdaniem niektórych jednym z najlepszych gitarzystów jazzowych na świecie. Taki magazyn, co to się ”Downbeat” nazywa i w zasadzie uchodzi za wyrocznię tak o nim napisał: “Schalk wykazuje godną podziwu wszechstronność. Bez względu na to, jak szalona i kojąca może stać się jego gra, zawsze gra z wyczuciem mistrza improwizacji”. Czyli nie wciskam wam żadnego grajka z okręgowej ligi, tylko gwiazdę światowego formatu. Gwiazda nagrała płytę “Dear Earth” w towarzystwie doskonałych czterech muzyków. Płyty słucha się przede wszystkim z przyjemnością, można przy niej się bujać, tańczyć, czy co tam kto lubi. Gitara idzie krok w krok pod rękę z fortepianem, osnuwa wszystko łagodny bas, a perkusja za nic w świecie nie chce im przeszkadzać, tylko trzyma to wszystko w kupie. Czasami robi się słodko, czasami noga  tupnie sama, bo nie sposób jej zatrzymać, zaś palec bezwiednie wystukuje rytm o kierownicę czy blat . Solówki gitarowe wprawdzie są, ale takie melodyjne, takie zachwycające, takie - wypowiem się oryginalnie - ładne, że będziecie puszczali je wielokroć i bez końca. Wszystko to razem kochani jak wypiszwymaluj alpejski pejzażyk na ścianę. Nawet krowy z dzwonkami nie przeszkadzają. No milka normalnie. Leszek Możdżer i Adam Bałdych “Passacaglia” Drodzy, jeśli chodzicie po świecie powtarzając, że nie rozumiecie jazzu, że go nie lubicie, bo to taki muzyczny dziwoląg, to ta płyta zmieni waszą opinię. Ba! Ja osobiście mniemam, że w dużej mierze powstała właśnie dla Was. A wiecie kto ją dla Was nagrał? Najwięksi, najbardziej utalentowani, najbardziej boscy i wybitni. Pan Leszek wszakoż nie ma sobie równych na świecie, to jest gigant, a nie żadna tam ekstraklasa, przecież specjalnie dla niego robią  fortepiany z różnymi strojami i jeszcze się proszą, żeby se na nich pograł. A pan Adam? Pan Adam byłby megagwiazdą, ale se wybrał instrument, na widok którego potencjalny słuchacz ucieka w stronę Pani Królowej Doroty Rabczewskiej. A niesłusznie, bo jak są skrzypce w zespole, to musi być melodia, musi być pasażyk, długie frazowanko, liryka, łzy, uczucia i błogostan! Skrzypce zostały stworzone, by wywoływać w ludziach emocje - dobre i złe. Pan Adam na tej płycie wprawdzie uparcie szarpie struny (mądrale mówią, że artykułuje pizzicato, jak dla mnie je piccikatuje), ale co on boski wyszarpie, to inni nawet nie zasmyczkują. Jest do tej płyty dopisana taka filozofia, że tytułowa passakalja  nawiązuje do tradycji tych z XVII wieku. Ja uważam, że to pitu, pitu, ale niech będzie, idźmy tym tropem. W XVII wieku passakalja była to po prostu piosenka uliczna, czyli grajkowie rżnęli muzykę, a zgromadzona gawiedź tupała, klaskała albo tańcowała (bo tańczyli to najwyżej państwo na dworach). Musiało się podobać i bamberce i koniuszemu, zatem musiało być melodyjnie, rytmicznie, chwacko, gracko i bez dupozadęcia, żeby ludziska rzucali pieniążki do łubianki. Panowie Leszek i Adam nie oczekują już datków, ale ich passakalji słucha się z wielką przyjemnością, którą czerpali z pewnością ich twórcy, co po prostu się czuje, gdy bawią się dźwiękami, podrzucają sobie tematy, wymieniają się zagrywkami. I nie ma tu nigdzie grama agresji. To jest taka niebiańska muzyka zagrana przez przez wirtuozów specjalnie dla Was, moi mili, nie lubiący jazzu, słuchacze. W tajemnicy powiem wam, że krytycy na tę płytę troszkę psioczą, może to was przekona, że jest niezła. Dla mnie masterklasse.

  • na żywca - Jazzda słucha, jazzda proponuje

    Ulysses Owens Jr. and Generation Y "A New Beat" Ulysses jest takim gościem, który czego nie dotknie to mu wychodzi. Jako perkusista wymyślił sobie werbelek U. I ten werbelek U mu się wyprzedał całkowicie i teraz sobie na nim grają różne światowe gwiazdy werbelków. Gdy Ulysses chce coś powiedzieć o jazzie to pisze, ale nie do swej szuflady czy jakiegoś mikrobloga jak ten oto, ale Ulisses pisze z grubej rury, z wysokiego C, a właściwe D jak Downbeat lub ewentualnie J azz Times Magazine. Ulysses też czasem wygłasza, a w zasadzie naucza, na przykład był dyrektorem The Juilliard School. Czasem napisze sobie książkę o szuraniu na bębnach, taką o na przykład: J azz Brushes for the Modern Drummer: An Essential Guide to the Art of Keeping Time. Czasem odbierze Grammy, jak rok temu. Bo Ulisses jest wielce utalentowanym inteligentnym muzykiem, czego dowodem ta oto, kolejna płyta, wyprodukowana przez Jeremiego Pelta (o jacie!), w legendarnych studiach Rudy'ego Van Geldera (o, jacie, o jacie!) ze wspaniałym zespołem Generation Y. Repertuar albumu szlifował się przez 4 lata podczas tras koncertowych i - jak podkreśla Ulisses - powstał w hołdzie dla wspaniałych muzyków takich jak Mulgrew Miller, Roy Hargrove, Jackie McLean, George Cables, Wayne Shorter, Art Blakey, Donald Brow . Płyta perełka, do cna amerykańska w każdym rowku (czy trzeba tłumaczyć to porównanie zdaniem Państwa?), na której błyszczy wszystko, a najbardziej moim zdaniem błyszczą "Bird Lives" oraz "Soulful". Klamrując: płyta, na której znów Ulyssesowi wszystko się udało. Laketia Benjamin "Phoenix Reimagined (Live)" Uwielbiam kiedy płyty koncertowe zaczynają się w ten sposób. Lakecia Benjamin okrzykami w tempie wciąga słuchacza w nurt muzyki, nie daje mu szans słuchania na chłodno, gdy nad pędzącą melodią krzyczy "How you felling?"i zaprasza do wspólnego szaleństwa. I jest to skok na główkę w odmęty zawrotnego jazzu. Tutaj jest duszno od tematów coltrejnowskich, a wisienką na torcie jest jego "My favorite things" umieszczony na przedostatnim miejscu tej setlisty. Wcześniej pani Laketia szaleje, jej piosenki nie dają odetchnąć, pędząc w wariackim jakimś tempie, w poszukiwaniu wolności, swobody, życia bez granic. Jest taki utwór zagrany z Randym Brackerem, Jeffem "Tainem" Wattsem i Johnem Scofieldem "A Phoenix Reimagined" błyszczący jak miliony słońc w tym zestawie, gdzie muzycy nie dają ani taktu na oddech, na odpoczynek, przez ponad siedem minut trzymając słuchacza za gardło. Bardzo podziwiam talent pani Benjamin. Od pierwszej płyty słychać było, że w muzyce chce eksplorować tematy żywiołowe, że dzięki temu chce się podobać i nic w tym złego. Jej talent eksplodował na trzeciej " Pursuance: The Coltranes" z maja 2020 r , która była swoistym hołdem dla Johna i Alice Coltrane (interpretacje pieśni obojga wspaniałych artystów), którzy zdawałoby się są inspiracją tak ograną, że nic nowatorskiego już z niej nie wzrośnie. A jednak! Jestem pełen podziwu, z jaką determinacją wracała do zdrowia i do grania muzyki po wypadku samochodowym w 2021 roku - wszak jej wiara we własne niespożyte siły przyniosła jej 3 krotną nominację do Grammy za wspaniały "Phoenix" ! Wracając do omawianego albumu Laketii Benjamin : został nagrany na żywo w studiu w Bunker w Brooklynie , więc publiczności jest znacznie mniej niż na normalnym koncercie - ale witalność, siła życiowa, radość Laketii rozwala ściany studia Bunker, a słuchacz czuje się jakby uczestniczył w zaczarowanym, jazzowym misterium na największym stadionie świata, przed olbrzymią sceną. Ekstaza! Charles Gayle / Milford Graves / William Parker "WEBO" Obraz Jeffa Schlangera Webo, okładka płyty Webo Charles Gayle, Milford Graves, William Parker Dwugodzinna, genialna płyta trzech fenomenalnych panów: Charlesa Gayle'a (saksofon tenorowy - i jeśli zadajecie to pytanie, to odpowiadam: tak, tak to ten, który przez lata grał i mieszkał na ulicy), Milforda Gravesa (perkusja, głos), Williama Parkera (bas). Giganci free jazzu. Grali ze sobą ledwie 7 razy i są to owiane legendą koncerty, bo nie pozwalali się ani fotografować, ani nagrywać. Co więcej: nigdy nic wspólnie nie nagrali w studio, więc płyta jest potrójnym białym krukiem. Nagrania owiane są bezkompromisowym, oddolnym duchem New York Musicians Organization z lat 70. i ruchów loft jazzowych, z których się wyłonili. Zatem: oto są! Wreszcie się doczekałem! Nagrania zarejestrowane, dostępne dla wszystkich, z dwóch koncertów w nowojorskim klubie-efemerydzie o nazwie Lower East Side Webo , z 7 i 8 czerwca 1991 roku , z prywatnych taśm Gravesa, który całe szczęście złamał własny zakaz i je nagrał (dziś nikt nawet nie pamięta, kto na przykład siedział za konsolą podczas tych występów, więc " recording engineer unknown") . I nie biorą jeńców, nie mają litości - a poważnie grają dokładnie tak, jak każdy fan free marzy, by grali wielcy free. Zero struktur. Zero planu. Zero kombinacji. Pełna improwizacja. Jest głośno, jest żywiołowo, jest szybko. Nie wszystko wychodzi, nie wszystko się scala - jak wiemy, jest to powyższego cena, której wielu nie jest w stanie znieść i ja to szanuję. Pierwsze dwa utwory: 40 minut. Po nich 9 krótszych. W czasie zarejestrowanego koncertu wszyscy trzej są już dojrzałymi muzykami. Charles Gayle miał 52 lata i przez swoje wybory życiowe, grę na nowojorskiej ulicy był dla większości osób, z wyjątkiem najbardziej wtajemniczonych, bardziej mitycznym niż realnym muzykiem z krwi i kości. Milford Graves miał 50 lat i w sumie zaledwie jedną płytę " Pieces of Time" w wykonaniu kwartetu składającego się wyłącznie z perkusistów, w skład którego wchodzili Kenny Clarke, Andrew Cyrille i Famoudou Don Moye. Najmłodszy, basista William Parker też nie był wyrostkiem: liczył 39 wiosen, ale miał ledwie około pięćdziesięciu nagranych kawałków na koncie, a wszystko jeszcze było przed nim. Obecnie ma blisko 500. Subiektywnie: uwielbiam te płytę, to bliskie religijnemu przeżycie. Sączyłem ten koncert sobie dotąd kilkanaście razy. Za każdym razem znajduje w nim coś nowego. Na razie jest to moja płyta 2024, ale absolutnie się tym nie kierujcie. Ja ten styl bardzo lubię, zdając sobie sprawę, że ma wielu wrogów i jak powiedziałem - szanuję ich argumenty. PS. Zwróćcie uwagę na piękną okładkę. To obraz namalowany 8 czerwca, podczas koncertu, także na żywo, także w WEBO, przez Jeffa Schlangera.

  • Cztery radosne płyty jazzowe na weekend

    Uwielbiam dobrze skrojony i uszyty nowoczesny amerykański jazz - posłuchajcie przez chwilę uważnie (nie trzeba długo, błagam nie klękajmy przed muzyką, wszak ona ma nas cieszyć, a nie pętać definicjami) któregokolwiek z utworów Gregorego Groovera Juniora, doskonałego saksofonisty, z jego wydanej w maju płyty Lovabye, a poczujecie się jakbyście stanęli na szczycie Tarnicy w Bieszczadach latem: wiatr lekko ociera wasze twarze, słońce dodaje energii, ziemia pod nogami dziękuje wam za przebytą w górę podróż: chce się żyć! W płytę wprowadza perełka muzyczna, prawdziwy klejnot, trwający 1:20 utwór pt 30. Mario Varga Llosa często powtarzał, że chciałby napisać w końcu powieść, której treść rozwija się samoistnie, z jak najmniejszym udziałem autora, jak kwiat, powodując, że to my jesteśmy czytani, a nie książka. 30 tak właśnie brzmi: najpierw z nicości wyłaniają się lekkie dźwięki saksofonu, potem perkusja unosi go cudnie jak relikwię, następnie wibrafon rzuca na nich snop światła i nagle staje się dzień, oto buduje się melodia! Potem jest tylko lepiej. Fenomenalny zespół Groovera nie stroni od radosnych tonów, saksofon lidera wprawdzie gra rolę główną, ale każdy muzyk daje tu z siebie wszystko. Jeśli wam się chce wyłuskajcie proszę linię perkusji w May all your storms be Wetahered lub Stages: co Marcus Gilmore tam wyczynia, to przechodzi ludzkie pojęcie!  No i ten wibrafon Joela Rossa! Wibrafon w jazzie jest jak szósty bieg - zawsze to powtarzam, a gdy gra Ross to… zresztą sami posłuchajcie. Piękna, bardzo pozytywna, budująca dobry nastrój płyta. Groover dzieli się swoim talentem i umiejętnościami na Boston Arts Academy, gdzie prowadzi zajęcia z jazzu dla kolejnego pokolenia artystów. Jeśli mają być jak ich mentor: niech nadchodzą! Kolejna słoneczna, pozytywna płyta, zadająca kłam twierdzeniu, że jazz to muzyka dla smutasów, przegrywów, malkontentów. Oto Jasper Holby. Słyszeliście o nim? BO JA NIE, a wiedziony podszeptem bóstw jazzowych (są takie, uwierzcie mi) sięgnąłem po jego płytę z końca maja 3Element: Like Water. No i mnie zmyło z powierzchni ziemi. Kiedy kontrabasista (lub perkusista) bierze się za kompozycje robi się naprawdę w muzyce luźniej, ta płyta jest jak jazda do Poznania po  minięciu stacji Kutno: większość pasażerów wysiadła, przedziały są puste, można usiąść gdziekolwiek, uchylić okno, rozprostować nogi, wyglądać na świat słuchając pędu powietrza i stukotu kół. Jasper Holby to kontrabasista, a grał w jednym z najfajniejszych składów świata: Phroensis (nazwa stgr. φρόνησις – w filozofii starożytnej mądrość praktyczna, rozsądek, roztropność). Wziął się za granie indywidualne i wyszło doskonale. To jazz wysublimowany, melodyjny, pełen zmian tempa, dobrze przemyślany, choć emocjonalny,. Aranżacje są gęste - to trio, a jednak budowana przez nich przestrzeń muzyczna nie zna granic, a do tego w całości wypełniają ją dźwięki. Bardzo skondensowane, świetnie granie. Dla porządku: Jak łatwo się domyślić 3Element to część większej całości. Rok temu Jasper nagrał 3Element: Eartherness, po którą trzeba sięgnąć koniecznie. Cieszcie się jego muzyką. Jest dla was! Kolaboracja trębacza Jiri Kotaca ze szwedzkim, gęsto i chętnie nagradzanym gitarzystą młodego pokolenia Alfem Carlssonem przyniosła ciekawy owoc. Miękką jak czeski aksamit, otulającą jak norweskie futerko płytę Our stories. Nie, nie, nie moi drodzy, nie śmiejmy się z Czechów, a już nigdy jeśli rozmawiacie o jazzie. Zawsze byli w jego czołówce europejskiej, a jazz rockowych składów z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku możemy im jedynie zazdrościć - ponieważ grali, jak zachodni koledzy (a nawet lepiej), mając jednak dostęp do zdecydowanie lepszego instrumentarium od polskich wykonawców. Ou stories to jest zbiór lekkich, zwiewnych kompozycji, w których wraz z doskonałą sekcją rodem z Brna, perkusistą Kristiánem Kurucem oraz basistą Peterem Komanem, prowadzą słuchacza za rączkę przez labirynt swoich muzycznych talentów. Aby najlepiej je poczuć proszę was, zanurzcie się po uszy w gotyckiej trąbce Kotaca w utworze Relief. Przez pięć minut wznosi on smukłą muzyczna katedrę, przy idealnym akompaniamencie szumiącej gitary i szepczącej sekcji. Kontrabasista w Our Stories nader chętnie używa smyczka, co dodaje utworom tego specyficznego, mroźnego skandynawskiego wiatru. Carlsson, choć współtwórcą albumu, stoi zdecydowanie w głębi muzycznej przestrzeni płyty, grając w stylu Billa Frisella i nie narzuca się składowi. Całość aż lśni od melodycznych zagrywek, które muzycy widać lubią, ponieważ obdarzają nas nimi bez umiaru na tej płycie. Bardzo ciekawa nowość. Należę do grona tych, których początek ery strimingów bardzo ukontentował. Jednym z głównych powodów są niczym nieograniczone poszukiwania i odkrycia muzyczne, których dzięki nim można dokonywać. Efektem tychże jest odnalezienie płyty Folklore nigeryjskiego trębacza Victora Ademofe. To jest czysta radość! Radość rozpierająca, rozpychająca, wszędobylska. Victor Ademofe z zespołem zabiera nas w podróż przy wtórze charakterystycznych, afrykańskich rytmów. Płyta aż lśni od melodii, od wpadających w ucho refrenów, oraz zagrywek, które chcą się gwizdać bez końca. Lider śpiewa w języku mi nieznanym, więc na dobrą sprawę nie wiem o czym opowiadają jego teksty, niemniej wystarczyło mi, że słucham, aby gęba śmiała mi się od ucha do ucha. Ciekawym bardzo czy Wam też!

  • Ale jazzda. Dwie hiszpańskie, jedna francuska, czyli 2:1.

    Tak wyszło kochani. Dwie płyty hiszpańskie i jedna francuska, czyli 2:1. Co zrobić, wprawdzie przestrzeń jest informacją, jak przekonują buddyści, ale wpierw trzeba jej zaufać. Mogłem stawiać pieniądze u bokmachera (słuchałem i pisałem jeszcze przed meczem, którego rzecz jasna nie oglądałem), ale za to mam prawdziwe trzy cudeńka wyprodukowane przez wspaniałe kobiety jazzmanki. Ruszamy. Lucia Rey “Nómadas” Wakacyjny słuchaczu! Jeśli dziś rano wstałeś prawą nogą na swoim zasłużonym urlopie, w pocie czoła wykonałeś sobie przedziałek po czym pomyślałeś, że tak strasznie, ale to strasznie posłuchałbyś teraz radosnego, dynamicznego jazzu z nutą hiszpańskiego charakteru, oto niosę ci dar! Lucia Rey zaprosi się w długą podróż po świecie kultury Morza Śródziemnego, poczujesz zapach bliskowschodnich bazarów, usłyszysz gwar ulic Rabatu, zachwycisz się wszystkimi kolorami Marrakeszu, na skórze poczujesz, jak piecze żar pólnocnoafrykańskiego słońca, a stopy chłodzi woda rzeki Ghéris. Tak, tak - jest to, wbrew pozorom, płyta jazzowa, ale jej autorka w sobie tylko właściwy sposób łączy wywodzące się z krain sąsiadujących, jednakże różnorakie muzyczne światy, których kultury mieszały się przez wieki. Jak to bardzo słychać u pani Rey! Trzeba mieć naprawdę ogromny talent, aby - bądź, co bądź - jazzowemu projektowi nadać niepowtarzalne brzmienie mieniące się tyloma wpływami. To jest muzyka najwyższej jakości, która wykorzystuje melodie, ale się na nich nie opiera, nie idzie dzięki nim na skróty, materiał bywa głośny, a zespół przyspiesza i czasem zagłuszyłby niejednych hardrokowców (jaka jest cudna hard końcówka w inspirowanym powieścią Jorge Saramago El Viaje del Elfante). Nieobca jest im elektronika, która w utworze tytułowym idealnie wspiera, a wręcz lewaruje jej folkowy charakter. Lucia Rey, kompozytorka i pianistka, zwiedziła pół świata. Ukończyła studia z zakresu muzyki nowoczesnej i jazzu w Creative Music School oraz tańca współczesnego w „Real Conservatorio de Danza” w Madrycie. W 2005 roku otrzymała stypendium w „Instituto Superior de Arte de Cuba” w Hawanie. Później kontynuowała naukę w Nowym Jorku, w „Brooklyn Conservatory of Music” i „The Collective School of Music”. Koncertowała na całym świecie, występuje w wielu różnorakich projektach, ma przebogate doświadczenie. Na Nómadas towarzyszącej wspaniali muzycy Michael Olivera na perkusji, Ander García na basie i kontrabasie, Juan Carlos Aracil i Jorge Pardo na fletach. To jedna z najlepszych płyt, jakie usłyszałem w tym roku. Doskonała, dopracowana, zrodzona z idealnej proporcji pasji i profesjonalizmu. No to nie ma co czekać. Wciśnij PLAY i w drogę! Alexa Torres Quartet “In Situ” Piękna okładka. W jej kolażowym centrum urodziwa, 31-letnia dama, spuszczająca skromnie wzrok niczym Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada światu znana jako św. Teresa z Avilii. Oraz skrzypce. Nie pozostawia więc wątpliwości, kto gra role główne. Nad Alexą Torres, a dokładniej Alexą Torres Skillicorn (bo to Amerykanka o kubańskich korzeniach, która, by sprawę jeszcze bardziej zagmatwać, dorastała w Chile)  pręży się dumnie starą trzcionką wyrysowany tytuł "In Situ”. “W miejscu”. Jak Alexa go tłumaczy: To termin archeologiczny, który odnosi się do pierwotnej pozycji artefaktu znalezionego na miejscu. Kiedy miałam 21 lat, spędziłam pięć tygodni na wykopaliskach ruin Majów w belizeńskiej dżungli,  8 lub 9 godzin dziennie kopiąc mokrą ziemię. Pamiętam uczucie podziwu, gdy w końcu odkopałam artefakt. To był skrobak – rodzaj narzędzia wyrzeźbionego w kamieniu. Kiedy go trzymałam w ręku, myślałam o tym, że prawdopodobnie jestem pierwszą osobą, która go dotknęła od ponad tysiąca lat, i wyobrażałam sobie historie ludzi, którzy tak dawno temu używali tego narzędzia. To bardzo szczególne uczucie podziwu chciałam przenieść na ten album. Termin in situ przywołuje poczucie ponownego odkrycia i rekontekstualizacji, które są procesami, które moim zdaniem odgrywają dużą rolę w improwizacji. Hm. Skąd wykopaliska? Słuszne pytanie. Alexa jest przedstawicielką swojego multifunkcyjnego pokolenia. Oprócz programu jazzowych instrumentów smyczkowych na University of North Texas, który ukończyła jako pierwsza skrzypaczka w historii tej uczelni, ma licencjat z antropologii kulturowej i studiów latynoamerykańskich z University of Texas w Austin. Zaczynamy. Płytę zaczyna “Yes or No”. Grubo. Kompozycja Wayna Shortera, jazzowego giganta, z ikonicznej płyty “JuJu”. Trzeba mieć sporo odwagi, by się z nią mierzyć z tak wątłym orężem, jak skrzypce. Torres jednak nie walczy z oryginałem, ale ogranemu tematowi jazzowemu nadaje ton łagodniejszy, a że jest to utwór, który daje okazję do popisów improwizacyjnych, wiolinistka i jej gitarzysta Mario Wellmann korzystają z tej okazji skwapliwie. Jeszcze silniej stempel improwizacyjny przybito na blisko siedmiominutowym “When the Wind Breaks the Chime”, przy czym tutaj, dla odmiany, Mario Wellman dostaje większe pole do popisów. Jednym z ciekawszych jest ostatni kawałek “We see”, swingująca ramotka, staroć napisana przez Theloniousa Monka, która dla mnie lśni na płycie najmocniej, jest klasycznym jazzowym kawałkiem, w którym swoje sola gra każdy członek kwartetu, nawet perkusista. O dziwo mnie się także podoba. O dziwo, bo niezbyt lubię twórczość Monka. To o mnie chyba źle świadczy, ponieważ niektórzy jego wielbiciele powiadają, że świat dzieli się na tych, którzy znają się na jazzie, bo lubią Monka i tych, którzy o jazzie nie mają zielonego pojęcia, bo Monka nie znoszą. Wbrew domyślnym znaczeniu płyta “In situ” nie jest jednorodna. Nowoczesne, awangardowe granie w np. “Consolidation”, miesza się z głębokim pokłonem dla tradycji np. w  kolejnym “Inutil Paisagem”. Jedno można powiedzieć z całą pewnością: melodii jest tu sporo, dość dużo nostalgii za starym jazzem oraz szczypta (ale maleńka) awangardy. Sprawdźcie sami koniecznie czy wam ten koktajl smakuje! Joanne MIchard “Entre Las Flores” Jaka to przebogata w brzmienia, zmiany tempa, wywijańce rytmiczne, stylistyczne hołubce płyta. Dawno nie słyszałem takiej rozbudowanej produkcji jazzowej. Czego tu nie ma? Ano właśnie! Nie ma nudy, nie ma sztampy, nie ma ogrzewanego kotleta. Co jest? Jest wspaniały jazz (rym to moje drugie imię) czerpiący wielgachną chochlą zarówno z nowej awangardowej szkoły, jak i swingującej tradycji (tak, tak moi drodzy, jest na niej dokładnie tak, jak lubicie, czyli melodycznie), a całość wspiera… hiszpański rap. W tym tyglu pierwszoplanową rolę gra Joanne Michard, saksofonistka z Paryża, miejsca w którym zaczął się europejski jazz. To właśnie nad Sekwanę przybywali pierwsi czarnoskórzy muzycy z wojskiem lejącym po łbie hitlerowców, a po nich młodsi koledzy po fachu poszukując oddechu z dusznego (czasem śmiertelnie) amerykańskiego południa. Jeanne Michard w grudniu 2022 została wybrana przez redakcję Jazz Magazine i Jazz News „French Revelation of the Year”, zatem jest to nie byle kto. Wprawdzie jeszcze nie Fryderyk, ale już tuż tuż (co ja z tymi rymami dzisiaj?) Jej talent muzyczny cementują doświadczenia z wielu podróży do Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile i Argentyny, następnie na Kubę i wreszcie do Nowego Jorku. Jeanne w 2021 roku stworzyła własny projekt Latin 5tet. To właśnie z tych miejsc przywiozła wrażenia, którymi nasyciła “Entre Las Flores”, swoją drugą płytę. Kawałki na płycie aż lśnią tymi światami, chce się tego słuchać bez końca, na okrągło. Spośród wielu instrumentów obecnych na płycie pierwszy plan wysuwa się zawsze saksofon. Nic dziwnego. Ależ on ma przydymione, oldschoolowe brzmienie! Okazuje się, że instrument powstał w latach czterdziestych ubiegłego stulecia, ma bardzo obfity i taki specyficzny wszystkootulajacy bas, a Joanne wygrywa na nim doskonałe, śpiewające zagrywki. Nogi same chcą przy tym tańczyć, a pod powiekami wyłaniają się szalone paryskie imprezy z lat 50 - tych. Z Jeanne w studio znaleźli świetni muzycy, a najważniejsi, tworzący Latin 5tet to rewelacyjna, genialna wręcz perkusistka Nastasha Rogers, Clément Simon na fortepianie, Maurizio Congiu na kontrabasie, a także Pedro Barrios na instrumentach perkusyjnych. Ale to nie wszystko, ponieważ na płycie występują m.in. doskonała śpiewaczka flamenco Paloma Pradal, a w tytułowym utworze rapuje Rodin Sotolongo. I to jak rapuje. W jazzie! Genialny afro-kubański styl. Bierzcie i tańczcie sobie wszyscy!

bottom of page