top of page
prelegenci

Jakie ID ma Rafał Dubicki? Odpowiedź moŻe zaskoczyć

TO JEST MÓJ TEKST NA BLOGU Nr 200.

WIELKIE DZIĘKI ZE MNIE CZYTACIE.

I wiecie co? Naprawdę cieszę się jak diabli, że jubileuszowym tekście piszę o płycie Rafała Dubickiego.


Ci, którzy szydzą ze smooth jazzu, bezmyślnie wyrzucają do kosza płyty takich gigantów jak Freddie Hubbard, Wes Montgomery czy Stanley Turrentine. Zapominają, że to właśnie w katalogu kultowego, trójliterowego CTI Records – amerykańskiej potęgi lat 70. i 80. – wykuwało się szlachetne brzmienie, z którego ten gatunek dopiero się narodził. Kto więc tak gada, ten po prostu nie ma pojęcia, o czym mówi.


Po co o tym piszę? Albowiem właśnie z tego poziomu startuje Rafał Dubicki na swojej nowej płycie pt. ID. Dubicki sięga po tamte organiczne, klasyczne wzorce – proponuje , głębokie brzmienie trąbki, świetną sekcję i melodie, które zostają w głowie, ale nie mają nic wspólnego z tanią, radiową komercją. Jednocześnie Dubicki uśmiecha się szeroko do tej części widowni, która w jazzie lubi nade wszystko rozpoznawalne tematy i sypie nimi jak z rękawa. To jest wspaniała muzyka na ciepłe, letnie dni!


Noblesse oblige

Zanim przejdziemy do pana Rafała chciałbym na chwile sięgnąć do historii jazzu. Label CTI, CTI Records (vczyli Creed Taylor Incorporated) nie powstał przypadkiem – był genialną, biznesowo-artystyczną odpowiedzią na rewolucję, która na przełomie lat 60. i 70. rozorała rynek muzyczny.


Legendarny producent Creed Taylor, który wcześniej dał światu m.in. bossa novę Stana Getza, zauważył coś kluczowego: grono fanów jazzu gwałtownie rosło, ale tradycyjny bebop zaczynał tracić słuchaczy, bo zdaniem wielu z nich zjada; własny ogon, podczas gdy z drugiej strony scena coraz mocniej skręcała w stronę radykalnej, hermetycznej awangardy. Taylor doskonale rozumiał, że rzesze wrażliwych słuchaczy nie mają ochoty na genialne wprawdzie ale freejazzowe ściany dźwięku ani na pastwę nowatorskich głośnych eksperymentów – chcieli muzyki głębokiej, ale... (uwaga jazzowi puryście: brzydkie słowo) PRZYSTĘPNEJ. Postanowił więc stworzyć dla nich azyl idealny i połączyć dwa odrębne światy: bezkompromisowy, improwizacyjny etos jazzu z nowoczesną, soulowo-funkową motoryką, wielkomiejskim szykiem i bezbłędnym popowym wyczuciem melodii.


Taylor stworzył label na wskroś amerykański, działający z niespotykanym dotąd rozmachem i klasą. Te płyty nie tylko brzmiały potężnie; one wręcz definiowały styl życia. Wydawane w luksusowych, rozkładanych okładkach ze zjawiskowymi, artystycznymi zdjęciami Pete’a Turnera, były symbolem nowoczesnej, miejskiej elegancji, która udowadniała, że jazz może być jednocześnie elitarny brzmieniowo i masowy w odbiorze


Pierwszym albumem wydanym już na własny rachunek CTI (z katalogowym numerem CTI 6001) był właśnie ikoniczny album Freddiego Hubbarda – Red Clay (nagrany w styczniu, wydany w 1970 roku). To absolutny kamień milowy fusion i soulowego jazzu.


Za legendarne, ciepłe i przestrzenne brzmienie płyt CTI odpowiadał Rudy Van Gelder w swoim słynnym studiu w Englewood Cliffs.



Z kolei luksusowe, bogate aranżacje sekcji dętych i smyczkowych, które nadawały płytom ten niesamowity, filmowy rozmach, pisał nadworny aranżer wytwórni – Don Sebesky.


Do tego Taylor dbał o to, by te płyty były towarem premium. Prawie wszystkie albumy CTI były wydawane w grubych, laminowanych okładkach rozkładanych (gatefold).



ZOBACZCIE JAKIE PIĘKNE OKŁADKI WYDAWAŁ CTI RECORDS

  • Hubert Laws – Crying Song [1969]

  • Joe Farrell – Outback [1972]

  • Deodato – Prelude [1973]

  • Deodato – 2 [1973]

  • George Benson – Body Talk [1973]

  • Airto – Fingers [1973]

  • Joe Farrell – Penny Arcade [1974]

  • Gabor Szabo – Rambler [1974]

  • Hubert Laws – Then There Was Light [1974]

  • Ron Carter – Spanish Blue [1975]

  • George Benson – Good King Bad [1976]


Rewolucja formatu i narodziny terminu


Na przełomie lat 70. i 80. ten zmysłowy, instrumentalny miks trafił na podatny grunt w amerykańskim eterze. Właściciele stacji radiowych w USA szybko zorientowali się, że tradycyjny rock i disco zaczynają męczyć dorosłego słuchacza, a klasyczny jazz jest dla niego zbyt absorbujący. Powstał rewolucyjny format radiowy „The Wave” – pasmo grające wyłącznie wygładzoną, instrumentalną muzykę tła. Radiowcy i wydawcy muzyczni odkryli żyłę złota: lekki, pulsujący jazz idealnie nadawał się do samochodów, biur i centrów handlowych.

W połowie lat 80. przemysł muzyczny musiał w końcu nazwać to bezprecedensowe zjawisko rynkowe. Tak narodził się oficjalny termin: smooth jazz. Brzmienie ostatecznie oczyszczono z drapieżności, zredukowano do prostych, chwytliwych melodii, a sekcję rytmiczną coraz częściej zaczęły zastępować chłodne syntezatory i automaty perkusyjne. Gatunek stał się globalną machiną do zarabiania pieniędzy, ale z każdym rokiem tracił resztki swojego pierwotnego, jazzowego DNA.


Ojciec brzmienia: Kim był Grover Washington Jr.?


Gdybym musiał wskazać swojego jedynego, biologicznego ojca, byłby nim bezapelacyjnie Grover Washington Jr. To on stworzył matrycę, z której później bezlitośnie kopiowano cały ten styl, choć sam zawsze uciekał od łatwych szufladek.

Urodził się 12 grudnia 1943 roku w Buffalo w stanie Nowy Jork, w rodzinie, gdzie muzyka była powietrzem. Matka śpiewała w chórze kościelnym, a ojciec – Grover Sr. – był zapalonym kolekcjonerem jazzowych płyt i amatorem saksofonistą. To on wręczył 8-letniemu synowi pierwszy instrument. Młody Grover szybko wsiąkł w muzyczny tygiel Buffalo, jako nastolatek wymykając się nocami do lokalnych klubów, by podpatrywać bluesmanów, a klasyczne lekcje gry łączył z surowym, miejskim soulem.

Jego droga na szczyt wcale nie była usłana różami. Po szkole średniej ruszył w trasę z zespołem The Four Clefs, ale w 1965 roku upomniała się o niego armia. Służba wojskowa okazała się jednak uśmiechem losu – stacjonując w Fort Dix, Grover poznał wybitnego perkusistę Billy'ego Cobhama. To Cobham po wyjściu do cywila wprowadził go na nowojorskie salony muzyczne i pomógł zakorzenić się w Filadelfii, z którą saksofonista związał się na całe życie.

Przełom przyszedł w 1971 roku i był dziełem czystego przypadku – tak klasycznego dla historii jazzu. Creed Taylor przygotowywał sesję nagraniową dla Kudu Records (podetykiety CTI). Gwiazdą wieczoru miał być saksofonista Hank Crawford, który jednak z przyczyn osobistych nie dotarł do studia. Taylor potrzebował natychmiastowego zastępstwa. Ktoś rzucił nazwisko Washingtona. Grover wszedł z ulicy, nagrał album Inner City Blues i z dnia na dzień stał się sensacją.

To, co zaproponował, było świeże, ciepłe i niesłychanie zmysłowe. Grover genialnie operował trzema odmianami saksofonu – sopranem, altem i tenorem – wydobywając z nich miękkie, śpiewne, niemal wokalne frazy. Jego opus magnum z 1975 roku, płyta Mister Magic, oraz wydany w 1980 roku album Winelight (z nieśmiertelnym megahitem Just the Two of Us zaśpiewanym przez Billa Withersa) zacementowały jego status legendy. Washington pokazał całemu światu, jak grać przystępnie, z ogromnym soulowym groove'em, zachowując jednocześnie techniczną maestrię i duszę rasowego jazzmana. Zmarł nagle na zawał serca w 1999 roku, po nagraniu telewizyjnego występu w Nowym Jorku, pozostawiając po sobie spuściznę, która do dziś definiuje pojęcie szlachetnego, instrumentalnego pop-jazzu.



No tak, ale po co ja to wszystko piszę? Bo słuchałem ostatnio wielokrotnie albumu ID Rafała Dubickiego - polskeigo trębacza, o którym Jazz Forum pisał nowa nadzieja polskiej trąbki.

I do jakiego doszedłem wniosku?

Że to:


Trębacz z jajami ten Dubicki


Rafał Dubicki to świetny polski trębacz, którego ogromnie cenię przede wszystkim za odwagę. Facet żyje i tworzy w kraju, gdzie scenę jazzową zdominowała loża mądrali, od lat bezskutecznie aspirujących do miana wielkich intelektualistów. W tym hermetycznym, nadętym środowisku Dubicki ma odwagę grać muzykę dla takiego jak ja – jazzowego Janusza.


Bo umówmy się: ani smooth jazz ani jego odmiany nigdy nie trafił do Polski na poważnie, nigdy nie miał u nas lekko. Od lat traktowany jest niemalże jak bękart szlachetnego gatunku. Sam doskonale pamiętam wiele targów audio i branżowych spotkań, na których o smooth jazzie mówiło się już nawet nie z ironią, ale z głęboką pogardą. Panowało przekonanie, że szanującemu się melomanowi takich rzeczy słuchać po prostu nie wypada.


Dlaczego Polska ominęła tę rewolucję?


Odpowiedź na pytanie, dlaczego w Polsce ta scena nigdy się nie wykształciła, tkwi w naszej żelaznej kurtynie i specyficznym, powojennym dystrybuowaniu kultury. W czasach, gdy na Zachodzie CTI Records budowało swoje imperium, do Polski docierały tylko ochłapy. Ludzie wracający z szychty na Zachodzie czy marynarze przywozili do kraju wyłącznie te płyty i te nazwiska, które już znali – te, które jakimś cudem zdołały przebić się przez sito cenzury i wąskie gardło Polskiego Radia. Królował u nas kult wielkich, uświęconych ikon: Milesa Davisa, Johna Coltrane’a czy brzmień stricte europejskich. Na importowanie luksusowej, amerykańskiej muzyki środka nie było ani miejsca, ani dewiz, ani przede wszystkim świadomości u odbiorców. Ponieważ nikt tych płyt masowo nie przywoził, polscy muzycy nie mieli z czego czerpać inspiracji. Polskie środowisko jazzowe, odcięte od naturalnego, rynkowego rozwoju crossover jazzu, uciekło w stronę akademickiego, surowego grania. Zamiast organicznego, bujającego groove’u, woleliśmy intelektualne łamańce i słowiański egzystencjalizm. W efekcie całe pokolenie słuchaczy i twórców zostało wychowane w przekonaniu, że jazz musi boleć, a każda nuta, która niesie ze sobą odrobinę słońca i przystępnej elegancji, to zdrada ideałów.


Ja z kolei strasznie lubię te rejony, które większości kojarzą się źle. Kiedy zacząłem głębiej wchodzić w ten gatunek, szybko odkryłem prostą prawdę: jak w każdym zakątku jazzu, jest tu mnóstwo gniotów, ale pod tą warstwą kurzu aż skrzy się od płyt absolutnie doskonałych.


Nie wiem, czy Rafał Dubicki obrazi się na mnie za to porównanie do smooth jazzu – trudno, może mnie nie poda do sądu. Prawda jest taka, że dla mnie na ID robi rzecz rzadką i piękną: odczarowuje ten i inne gatunki, odzierając je z taniego plastiku i przywracając im należną, organiczną klasę. Bo dla mnie jego album ID to muzyka z najwyższej półki uśmiechniętego jazzu.


Kiedy w pierwszym utworze Ciemna Strona Księzyca pojawia się trąbka Dubickiego i pierwszy z wielu melodyjnych motywów to tak, jakby ktoś w ciemnym pokoju zapalił światło. Ludzie! Gdyby to zagrał św. Wodecki gadałaby o tym cała Polska. Dubicki ma mnóstwo fajnych, niebanalnych pomysłów, bawi się niemi, plącze ekstra wątki, ale nie tworzy sfinksowych zagadek: tu wszystko się zgadza, tu ssystko jest na tip-top, po niemiecku wręcz dokładnie, ale z amerykanskim szaleństwem.



Żeby zrozumieć, jak wielowymiarowa jest to płyta, wystarczy zestawić ze sobą dwa utwory. Temat tworzony przez trąbkę w Lęku przed nieznanym meandruje jak dzika, rozlana wiosną Biebrza – leniwie, niespiesznie, drążąc własne, nieoczywiste ścieżki i hipnotyzując słuchacza każdym kolejnym zakrętem frazy. Z kolei utwór Autodiagnoza to zupełnie inna opowieść. Jest niesamowicie urokliwy, podszyty słodko-gorzkim nastrojem – trochę wesoły, a trochę smutny, jak życie każdego z nas. Co najważniejsze pod kątem aranżacyjnym, główny temat grany przez Rafała absolutnie dominuje tutaj nad tłem. A samo tło jest dokładnie tym, czym być powinno: doskonałą, nienarzucającą się i solidnie pulsującą ramą, która pozwala trąbce lśnić pełnym blaskiem.


To, co zachwyca na ID, to niezwykła rozpiętość nastrojów, które Dubicki dawkuje z wielkim wyczuciem. Weźmy taki Blues for Juice – jest niesamowicie szybki, zadziorny, wręcz bezczelny w swojej energii. Zaraz obok dostajemy jednak Zmowę milczenia, utwór, który dosłownie lepi się od głębokiego uczucia zawodu. To przepiękny, romantyzujący kawałek.


I wreszcie mój absolutny faworyt: genialnie samochodowy Nowy dzień. Ten utwór towarzyszył mi w drodze do arbajtu przez kilkanaście dni z rzędu, bo ma w sobie coś takiego, że z miejsca wprawia człowieka w dobry humor. To granie na wskroś niepolskie – radosne, skoczne, pogodne i pełne słońca. Dokładnie takie, jakiego u nas dramatycznie brakuje przez połowę roku.


Ale wszystko kończy tytułowy ID – ostry, bezkompromisowo prze-amerykański kawałek z ciekawymi partiami gitary. Jest szybko, energetycznie i zdecydowanie głośniej niż w poprzednich kompozycjach. To niezwykle wyrazisty, potężny punkt, który w wielkim stylu wieńczy to dzieło. Mam tylko ogromną nadzieję, że to stopniowe wyciszenie na samym końcu utworu ma charakter wyłącznie symboliczny – i że po nim, zamiast ciszy, nadejdzie kolejna płyta.



Panie Rafale, tylko niech Pan z tego nie rezygnuje!


Po publikacji tytułowego utworu „ID” Rafał Dubicki napisał w mediach społecznościowych słowa, które mnie poruszyły:

„Kończy się pewien etap, który trwał ostatnie 5 lat. Dziękuję, że słuchaliście moich utworów, które publikowałem przez cały ten czas. Teraz przyszedł moment, kiedy trzeba to wszystko podsumować i iść dalej”.

Czytając to, poczułem lekki niepokój. Panie Rafale – z całego serca życzę Panu, aby doszedł Pan dokładnie tam, gdzie Pan sobie zaplanował. Ale jednocześnie mam jedną, ogromną prośbę jako słuchacz, jako ten wspomniany jazzowy Janusz: proszę nie porzucać tak kompletnie tego nurtu!


W kraju, w którym szlachetny, melodyjny jazz omijano szerokim łukiem, a branżowi mędrcy wciąż wolą skomplikowane, ponure łamańce, płyta ID jest jak haust świeżego powietrza. Pokazał Pan, że można grać z klasą, lekkością nie tracąc przy tym ani grama artystycznej godności. Moim zdaniem polscy słuchacze potrzebują takiego grania – ciepłego, przestrzennego, z nieskazitelnym brzmieniem trąbki. Szkoda by było ten wydeptany z takim trudem szlak teraz zostawić. Iść dalej – tak, jak najbardziej. Ale proszę pamiętać, że tam, skąd Pan wyruszył z płytą ID, zostawia Pan rzeszę ludzi, którzy na takie brzmienie w polskim jazzie czekali od dekad.


Płyty Rafała Dubckiego są na strimingach, ale już znacie mój apel:

KUPUJCIE PŁYTY OD ARTYSTÓW, NIE ZOSTAWIAJCIE ICH NA PASTWĘ STRIMINGÓW, BO ROBIĄ ICH W KONIA


Kim jest Rafał Dubicki? (Sylwetka artysty)


Żeby w pełni zrozumieć fenomen brzmienia trąbki na ID, warto przyjrzeć się bliżej samemu liderowi. Rafał Dubicki to absolwent Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy (Wydział Jazzu i Muzyki Estradowej). Na swój dzisiejszy status wirtuoza trąbki pracował ciężko od najmłodszych lat, a jego talent szybko dostrzeżono na festiwalach – zdobył m.in. nagrodę specjalną na Europejskich Integracjach Muzycznych (2011) oraz główną nagrodę w kategorii improwizacji na Baszta Jazz Festiwal w Częstochowie (2016).


To muzyk niezwykle wszechstronny, aktywny koncertowo i fonograficznie, który nie boi się żadnych wyzwań. Współpracował z tak różnorodnymi markami jak Ray Wilson & Genesis Orchestra, Alex Band Aleksandra Maliszewskiego, Eljaz Big Band, Pendofsky, Patrycja Markowska, a także z Michałem Sołtanem, z którym po przeprowadzce do Warszawy stworzył projekt „Malogranie”. Na swoim koncie ma również nagranie ścieżki dźwiękowej do głośnego i nagradzanego w Gdyni filmu „Jestem mordercą”.


Komentarze


bottom of page